Ekonomia

Wieczny odpoczynek pośród gór

Prawdziwe i symboliczne nagrobki w Himalajach oplatają modlitewne chorągiewki
Rzeczpospolita, Monika Witkowska MW Monika Witkowska
Kto kocha góry, wie, jak silna to miłość – niektórzy płacą za nią życiem. Przypominają o tym cmentarze wspinaczy. Ale zdarza się, że ich grobem zostaje tylko lodowcowa szczelina
Pamiętam, jak na jednej z dowodzonych przez Krzysztofa Wielickiego wypraw, jeszcze na samym początku, zaproponowałam zrobienie grupowego zdjęcia. – Nie teraz! Jak wrócimy! – sprzeciwił się lider. Potem wyjaśnił: – Lepiej nie kusić złego. Jeszcze okaże się, że ktoś ze zdjęcia nie wróci.
[srodtytul]Buty na krzyżu[/srodtytul] O tym, że nie dla wszystkich góry są łaskawe, świadczą górskie cmentarzyki. Do najbardziej przejmujących należy ten w argentyńskiej miejscowości Puente del Inca, u podnóża Aconcaguy (6962 m n.p.m.), najwyższej góry obydwu Ameryk. Groby zapełniają niewielki wzgórek w prawie bezdrzewnej dolinie. Na krzyżach wiszą górskie buty, na pamiątkowych płytach leżą czekany, śruby lodowcowe, czasem sztućce i inne przedmioty, które należały do tych, których nazwiska tam widnieją. Nazwiska z całego świata.
Większość pochowanych zginęła na słynnym Lodowcu Polaków (nazwa na cześć polskiej ekipy, która go przeszła jeszcze w 1934 roku) albo zmarła na skutek choroby wysokościowej. I tak nie ma tam wszystkich grobów – choćby Marka Warlikowskiego, wspinacza z Gdańska, który w 2003 roku właśnie na Lodowcu Polaków wpadł do szczeliny i nie udało się odnaleźć jego ciała. Zdobywając Aconcaguę, specjalnie zabrałam polską flagę i znicz, który na wysokości 6400 metrów zapaliłam ku pamięci rodaka. Górskie cmentarze odwiedzam zwykle już po zejściu z gór. Ilekroć jestem w szwajcarskim Zermatt, idę do grobów w pobliżu kościółka w centrum miasteczka. Większość leżących tam wspinaczy to ofiary góry, którą z cmentarza doskonale widać. Chodzi o Matterhorn, jeden z najpiękniejszych, a zarazem jeden z najbardziej zdradliwych szczytów świata. Mnie również dał zdrowo w kość. Choć stosunkowo niewysoki (4478 m n.p.m.), ze względu na kruchość skały i dużą ekspozycję (bardzo stroma ściana) zginęło tu sporo ludzi. Polskie groby w Zermatt też niestety są. Są jednak cmentarze, których wychodząc w góry, nie da się ominąć, bo szlak wiedzie między grobami – rzeczywistymi lub symbolicznymi. Tak jest np. w drodze do bazy pod Mount Everestem od strony nepalskiej, gdzie w otoczeniu buddyjskich chorągiewek modlitewnych widać kamienne tablice z nazwiskami himalaistów. Podobnie jest w Andach, przy wejściu na Chimborazo (6310 m n.p.m.), najwyższy szczyt Ekwadoru. Zaraz po wyjściu z pierwszego schroniska, mniej więcej na wysokości 4900 m, z mgły wyłaniają się nagrobki. Dominują nazwiska południowoamerykańskie, ale są też Brytyjczycy, Amerykanie, Azjaci. Również na tej górze największe zagrożenie to choroba wysokościowa, a poza nią lawiny spadających kamieni. [srodtytul]Grób w szczelinie[/srodtytul] W wysokich górach nie zawsze jest możliwość zabrania zwłok na dół. Nie chodzi nawet o koszty, ale o problemy techniczne – bardzo często trzeba by kilka dni wędrować wzdłuż dolin, gdzie robi się bardzo gorąco, a nie ma jak zabezpieczyć zwłok przed rozkładem. Może się też zdarzyć, że transportowanie ciała po prostu będzie stwarzać zagrożenie dla życia pozostałych wspinaczy. Zgodnie ze zwyczajem powszechnie akceptowanym przez ludzi gór – choć nie zawsze przez ich rodziny – za grób może służyć szczelina lodowcowa. Tak np. w 1986 r. na stokach Kanczendzongi (8586 m n.p.m.) w Himalajach pochowano Andrzeja Czoka, zdobywcę kilku ośmiotysięczników, w tym Everestu. W 1989 r. podobny los stał się udziałem naszego najwybitniejszego himalaisty, zdobywcy korony Himalajów Jerzego Kukuczki. Podczas wspinaczki po południowej ścianie Lhotse (8516 m n.p.m.) odpadł on na wysokości 8300 m i spadł w dwukilometrową przepaść. Pochowano go w górach, niedaleko miejsca, w którym odnaleziono ciało. A ostatnio, w tym roku, jedna ze szczelin na Daulaghiri (8167 m n.p.m.) stała się grobem młodego, 32-letniego, ale mającego wiele osiągnięć Piotra Morawskiego, który zresztą zaraz po wypadku (wracając do obozu wpadł w szczelinę), jeszcze będąc przytomny sam poprosił, aby go w ten sposób pochować. Koledzy Piotra zbudowali prowizoryczny kopiec z kamieni, na którym zamocowali tacę z okolicznościowym napisem zrobionym przez Słowaka, Petera Hamora, górskiego partnera naszego himalaisty. Obecnie, w dobie telefonów satelitarnych, w razie wypadku problem zwłok konsultuje się zwykle z rodziną. Trudne to wybory. Ale i tak ważniejsza niż nagrobek jest przecież ludzka pamięć.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL