Telewizja

Zapasiewicz gra Edelmana

Fotorzepa, Marcin Łobaczewski MŁ Marcin Łobaczewski
W spektaklu z 1981 roku reżyser Andrzej Brzozowski pokazał człowieka, którego powołaniem było ratowanie innych. Walczył o nich jako przywódca powstania w warszawskim getcie i po wojnie, jako kardiolog w jednym z łódzkich szpitali
Na spektakl, który przypomina telewizyjny dokument, pada cień śmierci. W tym roku odeszli Marek Edelman, bohater reportażu Hanny Krall, i Zbigniew Zapasiewicz, który zagrał go w tym świetnym przedstawieniu. Choć aktor nigdy nie spotkał Edelmana, znakomicie oddał jego sposób bycia, powagę, pozorną szorstkość i charakterystyczne skupienie.
Reżyser poprowadził swoich bohaterów (w roli reporterki Elżbieta Kępińska) poprzez miejsca opisane w reportażu. Są na Umschlagplatzu i przy pomniku na Miłej, który postawiono na ruinach bunkra. To w nim odebrali sobie życie Mordechaj Anielewicz i kilkudziesięciu powstańców. – Któregoś dnia SS-man strzelał do mnie kilkanaście razy – mówi bohater spektaklu. – Kula zawsze uderzała jakieś pół metra w lewo ode mnie. A więc astygmatyzm. To się da bardzo łatwo usunąć. Zwyczajny zabieg. No, ale on się najwidoczniej temu zabiegowi nie poddał. Słuchaj, to nie moja wina, że żyję.
Brzozowski dochował wierności literaturze Krall. Ciekawi go człowiek, który wedle swych słów: „przeżył, ale na nieszczęście nie nadaje się na bohatera”. Opowiada się za prawdą, za nic ma wzniosłe słowa, drwi z patosu. Ku oburzeniu wielbicieli legend opowiada, że matka Anielewicza handlowała rybami. Tym, które pozostały, malowała czerwoną farbą skrzela, aby wyglądały na świeże. – Ponieważ ludzkość umówiła się, że o wiele godniej jest umierać z bronią w ręku, zrobiliśmy powstanie – powie kobieta amerykańskiemu literatowi (Gustaw Holoubek). Edelman był strażnikiem pamięci. W jednej z najbardziej przejmujących scen opowiada o dziewczynce, którą udało mu się wyciągnąć z transportu do Treblinki. Kiedy wróciła do domu, okazało się, że Niemcy wzięli do wagonu jej matkę. Pędem wróciła więc z Leszna na Umschlagplatz i wmieszała się w tłum. – O Korczaku wiedzą wszyscy, prawda? – mówi. – Korczak był bohaterem, bo poszedł z dziećmi dobrowolnie na śmierć. A Pola Lifszyc, która poszła ze swoją matką? Kto wie o Poli Lifszyc? [ramka][srodtytul]Hanna Krall specjalnie dla „TV Magazynu”[/srodtytul] W przedstawieniu pojawiły się sceny, które są prawdziwe, chociaż się nie zdarzyły. Jedna z nich wiąże się z kobietą, którą nazwałam Córką Joachima. Jej ojciec przychodził na Umschlagplatz i codziennie liczył do 10 000. Tylu ludzi Niemcy wysyłali każdego dnia do obozów zagłady. Joachim był bogaty i bojownicy Żydowskiej Organizacji Bojowej zażądali od niego pieniędzy na broń. Odmówił, więc go zastrzelili. Córka Joachima, z którą spotkałam się za granicą, miała żal do ludzi Marka Edelmana. „Pieniądze były ojcu potrzebne na opłacenie mojej kryjówki po aryjskiej stronie – mówiła. – Dlaczego nie pozwolono mu umrzeć godną, męczeńską śmiercią?”. Zrelacjonowałam tę rozmowę Edelmanowi, a on odpowiedział mi tak, jak odpowiadałby Córce Joachima. W ten sposób stworzyłam dialog, który w rzeczywistości nigdy nie miał miejsca. Podobnie było z rozmową kardiologa Marka Edelmana z kardiochirurgiem profesorem Janem Mollem. Nie wiem, czy ich rozmowy tak właśnie brzmiały, ale wiem – bo profesor mi opowiadał – że Marek namawiał go do operacji, których nigdy wcześniej nikt nie wykonywał. Myślę, że odwaga Marka jako lekarza miała związek z jego odwagą jako przywódcy powstania. To pewnie była ta sama odwaga, tylko do różnych rzeczy w różnych czasach mu służyła.[/ramka] [i]Zdążyć przed Panem Bogiem 15.10 | tvp kultura | NIEDZIELA[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL