Mniejszości

Polskość trwa dzięki szkołom

Maciej Płażyński
Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
W październiku obchodzimy dzień edukacji narodowej, to dobra okazja do kilku słów o blaskach i cieniach polskiej edukacji za granicą. Zacznę od blasków
9 października otworzyliśmy szkołę polską w Pojana Mikuli na Rumuńskiej Bukowinie. Mieszka tam w kilku wsiach około 4 tysięcy Polaków. To potomkowie górali z Beskidu Śląskiego i okręgu czadeckiego oraz górników z Wieliczki i Bochni. Przybyli oni przed dwustu laty zagospodarowywać bukowińskie puszcze i budować kopalnię soli w miejscowości Cacica. Szkoła wybudowana przez Wspólnotę Polską z dotacji Senatu to swoiste podziękowanie za ich trwanie w polskości, w kulturze i wierze przodków. Szkoła w Pojanie działa w rumuńskim systemie oświatowym, podobnie jak sąsiednia w Nowym Sołońcu. Związek Polaków w Rumunii ma swojego posła w rumuńskim parlamencie, otrzymuje wysoką roczną dotację, która w przeliczeniu na liczebność polskiej społeczność okazuje się wyższa niż gdziekolwiek indziej. Trzeba oddać rumuńskim władzom niezwykłą życzliwość dla naszych spraw, dla języka polskiego i polskiej kultury.
Musimy zdać sobie sprawę z faktu, że byt Polonii i Polaków żyjących za granicą, byt określany przez narodową tożsamość, jest nieustannie zagrożony przez obiektywnie zrozumiały proces polegający na zastępowaniu w domu, w codziennych rodzinnych i towarzyskich kontaktach języka ojczystego językiem kraju zamieszkania. Negatywne skutki tego procesu, które bardzo szybko prowadzą do kulturowego i narodowościowego utożsamienia z dominującym liczebnie otoczeniem, powstrzymać może jedynie polskie szkolnictwo. Oświata polska w świecie „żyje” dzięki nauczycielom społecznikom. Na różnych kontynentach jest blisko tysiąc szkół sobotnich, kształcących ok. 90 tys. uczniów, w których działalność jest zaangażowanych kilka tysięcy społecznie pracujących polskich nauczycieli. Bez ich poświęcenia polskiej szkoły by nie było. Nie byłoby jej też bez działalności polskich księży – w dalszym ciągu najwięcej polskich szkół działa przy polskich parafiach, a nie możemy zapominać, że nauka języka ojczystego nie jest podstawowym zadaniem Kościoła. Podkreślam to jeszcze raz – fundamentem polskiej oświaty za granicą są społecznie działające szkoły sobotnie. Wyjątki, takie jak polskie, państwowe szkolnictwo na Litwie, Łotwie czy w Czechach, pojedyncze polskie szkoły na Ukrainie czy szkoły państwowe realizujące różne formy nauczania tzw. przedmiotów ojczystych, występują jedynie na obszarze byłego bloku wschodniego, nie naruszając powszechnej w innych częściach świata reguły. Za to poświęcenie nauczycieli – pasjonatów, księży i sióstr zakonnych powinniśmy być niezwykle wdzięczni. W ich rękach spoczywa przyszłość polskiego języka i kultury poza granicami ojczyzny.
Głosząc pochwały społecznych, sobotnich szkół, nauczycieli, opiekunów i działaczy zrzeszonych w Macierzach Szkolnych, nie powinniśmy zapominać, że w XXI wieku oświata powinna być przede wszystkim zadaniem państwa. Wolna Polska nie może się „wyręczać” społeczną pracą nauczycieli i księży. Etatowych placówek podlegających Ministerstwu Edukacji Narodowej, skupionych w Zespole Szkół dla Dzieci Obywateli Polskich Czasowo Przebywających za Granicą, jest 76. Te tzw. szkoły ambasadzkie są to pełne szkoły realizujące „pełnowymiarowy” program oraz liczne punkty konsultacyjne i punkty kształcenia na odległość. Pełnią one bardzo ważną rolę, niektóre z nich, np. szkoła w Atenach, to duże placówki oświatowe uczące około półtora tysiąca dzieci. Od 1999 r. w szkołach tych mogą się również kształcić dzieci pracowników migrujących oraz dzieci obywateli innych państw, deklarujących polskie pochodzenie. Popularność tych placówek oświatowych szybko rośnie. Od 2005 r. liczba ich uczniów wzrosła dwukrotnie, przekraczając 14 tysięcy. Niestety nakłady na szkoły ambasadzkie nie rosły proporcjonalnie, wzrastając w tym samym okresie z 24 do 32 milionów złotych. Sądzę, że rola tych szkół, jako swojego rodzaju wzorcowych pod względem programu i poziomu kształcenia, jest niedoceniana przez nasze władze oświatowe, a ich poważne doinwestowanie mogłoby stać się wzmocnieniem również dla pozostałych form polonijnej oświaty. Istotną pomocą dla oświaty polskiej na Wschodzie są nauczyciele wysyłani przez podlegający MEN Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli. Pracują oni w państwowym systemie oświaty, wspomagając też szkółki sobotnie, parafie i polskie stowarzyszenia, stając się często prawdziwymi dobrymi duchami polskich środowisk. Do ponad 70 szkół prowadzonych za granicą bezpośrednio przez MEN uczęszcza kilkanaście tysięcy uczniów. To bardzo ważne placówki, które trzeba wspierać. Skoro podnosimy często fakt, że jest nas poza granicami Polski blisko 20 milionów, to powinno to być dla nas przesłanką do bardzo poważnego traktowania oświaty polonijnej przez nasz system edukacji. Ta powaga traktowania powinna wyrażać się przede wszystkim w wysokości ponoszonych nakładów. Ale tak niestety nie jest. Wydatki na edukację polonijną to promile całości budżetu przeznaczonego na edukację. Łączne wydatki MEN, Senatu, MSZ i Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego to około 100 milionów, to tyle ile kosztuje budowa niedużej oczyszczalni ścieków. To zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę skalę zadań i ich wagę dla naszej przyszłości. Bez języka tracimy dla Polski dziesiątki tysięcy młodych Polaków. Pani minister Hall i jej współpracownikom należy podziękować za dostrzeganie problemu, za aktywną pracę na rzecz programu wsparcia polskiej szkoły za granicą. Trzymamy kciuki, by tak potrzebny program powstał. Wspólnota Polska chce być aktywnym uczestnikiem dyskusji na temat problemu polskiej szkoły za granicą. Niestety bez większych pieniędzy żadnej „rewolucji” nie będzie. Życzymy sukcesów, ale rozliczać będziemy z efektów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL