Piłka nożna

PZPN – dalej tylko ściana

Prezes PZPN Grzegorz Lato
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Reprezentacja przegrywa, sponsorzy odchodzą, kibice bojkotują, działacze przyznają sobie nagrody. PZPN znalazł się w sytuacji, w jakiej jeszcze nigdy nie był
30 października upływa rok od wyboru Grzegorza Laty na prezesa związku. Jedyne, co można powiedzieć o tym okresie, to to, że kiepski wizerunek PZPN pogorszył się jeszcze bardziej.
Przez ostatnią dekadę były przynajmniej sukcesy sportowe (awanse kadry do mundialu, mistrzostw Europy, mundialu młodzieżowego, mistrzostwo Europy juniorów) i dyplomatyczne (przyznanie prawa organizacji Euro 2012, organizacja mistrzostw Europy U-19). Skończyły się zwycięstwa piłkarzy, a ludzie wybrani do zarządu, stwarzający początkowo wrażenie osób zatroskanych o dobro polskiego futbolu, pokazali swoje prawdziwe oblicze. Poważnie potraktowali opinie, że skończyły się czasy działaczy społecznych, i nie tylko wyznaczyli sobie stawki za udział w obradach zarządu (po 2 tys. zł od posiedzenia), ale i przyznali sobie nagrody pieniężne rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych na głowę.
[wyimek]Przykro patrzeć i słuchać, jak bohaterowie z przeszłości stają się wrogami publicznymi[/wyimek] Jeśli doda się do tego 50 tys. złotych pensji pobieranej przez Grzegorza Latę (niemal 100 procent więcej w porównaniu z poprzednikiem, Michałem Listkiewiczem), będziemy mieli obraz wyjątkowej pazerności i dowód braku jakiegokolwiek wyczucia sytuacji. Coś, co do tej pory mówiło się o politykach, stało się aktualne w przypadku działaczy PZPN – arogancja władzy. Z ponad 40 etatowych pracowników związku coraz mniej identyfikuje się ze swoimi pracodawcami, a coraz więcej się za nich wstydzi. [srodtytul]Dewaluacja bohaterów[/srodtytul] Przykro patrzeć i słuchać, jak bohaterowie przeszłości stają się wrogami publicznymi. Noszony przed laty na rękach Grzegorz Lato obrażany jest na każdym polskim stadionie. Antoni Piechniczek z trenera porównywanego pod względem sukcesów z Kazimierzem Górskim stał się synonimem betonu. A wywiad, jakiego udzielił „Gazecie Wyborczej”, wydaje się zmyślony, bo przecież inteligentny, doświadczony i kulturalny człowiek, w dodatku senator RP, nie może mówić takich głupstw. Czy Antoni Piechniczek, który raczej nie musi wiązać końca z końcem, nie widzi niestosowności w swoim postępowaniu? Że praca w PZPN powinna być służbą, a nie źródłem zysku, a łączenie funkcji wiceprezesa związku z członkostwem w radzie nadzorczej Odry Wodzisław jest dwuznaczne? Czy władza aż tak może zmienić człowieka? [srodtytul]Rozwiążcie się![/srodtytul] Naiwne są nadzieje kibiców odpowiadających w telewizyjnej sondzie twierdząco na pytanie: czy zmiana władz PZPN poprawi sytuację polskiego futbolu? Nie poprawi. Przynajmniej nie od razu. Przypadek Antoniego Piechniczka jest dość typowy. Każda osoba, która dostała się do zarządu PZPN, pochodzi z wyborów spośród delegatów. A delegaci reprezentują okręgi wojewódzkie i kluby. Wybory są demokratyczne i choćby nawet prezes chciał się pozbyć działacza, który mu się nie podoba, przynosi wstyd lub nie nadaje się z innych powodów, to nie może tego zrobić. Tym bardziej że zwycięzcy wyborów szybko tworzą wokół siebie winogrona dobranych akolitów, którym dają funkcje w związkowych komisjach lub pracę w siedzibie PZPN. Dzięki temu wiedzą wszystko, co dzieje się w związku, i mogą wyprzedzić niekorzystne dla siebie lub swoich protektorów decyzje. Dzisiejszy zarząd PZPN przypomina koalicję PiS z jej agonalnego stadium (zresztą jeden z członków zarządu, Jan Bednarek, jest byłym posłem Samoobrony). Chciałbym zwrócić się z apelem do tego gremium: rozwiążcie się, zrezygnujcie, odejdźcie jak najszybciej, bo im prędzej to zrobicie, tym mniej będzie wstydu i więcej nadziei, że wszystko wróci do normy. Ludzie was nie chcą i mają powody. Jest nawet po temu okazja. 19 grudnia odbędą się w Warszawie uroczystości 90-lecia PZPN, a następnego dnia zjazd sprawozdawczy. Rezygnacja zarządu byłaby ładnym prezentem dla kibiców na piękny jubileusz związku, który z tych 90 lat zaledwie kilka krótkich okresów ma wstydliwych. Ale nie jest to możliwe. Po pierwsze, nie wyobrażam sobie, by zrezygnował ktokolwiek z 18-osobowego zarządu, bo straciłby pieniądze, wycieczki do stolicy i na mecze reprezentacji, a wraz z nimi trochę życia na poziomie Sheratona, z możliwością bezkarnego i darmowego upijania się, co nadal należy w środowisku piłkarskim każdego szczebla do dobrego tonu. Po drugie, niewiele by to dało. Podczas zjazdu 116 delegatów, tych samych, którzy wybrali przed rokiem obecne władze, będzie głosowało nad wotum zaufania dla zarządu. Ale nie in corpore, ale indywidualnie, dla każdego członka. Zgodnie z zasadami, kto nie otrzyma absolutorium, tego miejsce zajmie działacz, który przed rokiem nie zebrał wystarczającej liczby głosów. A więc 19. na liście, 20. i tak dalej. Może więc być 17 nowych członków zarządu, ale będą to nadal ci sami ludzie, których dobrze znamy. Przynajmniej do zakończenia kadencji, a więc jeszcze przez trzy lata. I żadne listy pisane do FIFA i UEFA (jest taka akcja zainicjowana w Internecie) nie pomogą. Jest jednak i coś nowego. O ile do tej pory z PZPN walczyły jedynie czułe na krzywdę kibiców (i biorące pod uwagę słupki sondażowe swoich partii oraz wybory) władze polityczne, o tyle teraz armaty wytoczyli kibice. Dwaj ministrowie mieli dobre intencje, ale nie mieli zielonego pojęcia, jak walczyć ze związkiem. Akcja kibiców nawołująca do bojkotu meczu ze Słowacją była spontaniczna, efektowna, wzmocniła poczucie solidarności, ale czy coś dała? Byłem przeciwny bojkotowi, bo nie obrażam się na reprezentację, nawet kiedy gra słabo, i jeżdżę na jej mecze nie tylko z obowiązku, ale i dla przyjemności, zresztą coraz mniejszej. Ale skoro kibice podkreślali, że nie walczą z piłkarzami, tylko z działaczami, to idąc na mecz, pomogliby reprezentacji. Być może widok pustych krzesełek na stadionie zrobił na niektórych wrażenie, ale może większe byłoby, gdyby kilka tysięcy spośród ponad 160 tys. podpisanych pod akcją poszło na ulicę Bitwy Warszawskiej 1920 Roku. Tam znajduje się siedziba PZPN. Władz PZPN nie wybiera się w głosowaniu powszechnym, więc trudno tam się dostać z ulicy. Może więc wprowadzić chociaż kilka zasad ograniczających możliwości korupcji, a przynajmniej dających nadzieje na podejmowanie decyzji w zgodzie z interesem całej polskiej piłki (jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało), a nie konkretnych grup, klubów, zawodników czy okręgów. Powinno się przyjąć zasadę o zakazie łączenia funkcji w klubach lub okręgach i w PZPN albo o parytetach. Są we władzach przedstawiciele wszystkich klubów ekstraklasy albo nie ma żadnego. [srodtytul]Piłka przyciąga „Fryzjerów”[/srodtytul] Mam świadomość, że to są pomysły nierealne. Bo jeśli ekstraklasa, to dlaczego nie I liga. Jeśli okręg mazowiecki, to dlaczego nie śląski itp. Powszechne mniemanie, jakoby wszystkiemu winien był PZPN, jest nieprawdziwe. Związek strzela gafę za gafą, jest źle zorganizowany, można mu wytknąć wiele błędów i zaniedbań. Ale to, że piłkarze reprezentacji niewiele potrafią, a w dodatku traktują swoje obowiązki niepoważnie, piją na zgrupowaniach i za nic mają zaszczyt, to w niewielkim stopniu wina PZPN. Wszystko zależy od ludzi. Piłka fascynuje prawie każdego, przyciąga też „Fryzjerów”. Poziom wielu działaczy nawet o najbardziej znanych nazwiskach bywa katastrofalny. Nie ma z nimi o czym rozmawiać, bo nie mają żadnych zainteresowań poza zabawą w knucie. Oszustwo jest cnotą. Lepszy jest ten działacz, który skuteczniej oszukuje, ma więcej układów i dłużej potrafi usiedzieć na barowym stołku. Mimo że mecze łatwiej kupić i sprzedać, niż wygrać na boisku, nikt na nikogo się nie skarży w sądzie, żeby nie musieć odpowiadać na niewygodne pytania. Mało kto ma tyle odwagi co były wiceprezes Eugeniusz Kolator. Znamy tych działaczy, ale przecież nie możemy napisać wprost, że są prostakami i prymitywami. Jeśli wiceprezes Adam Olkowicz z Lublina (znany w środowisku Polski i Ukrainy z legendarnie mocnej głowy), odpowiedzialny za zorganizowanie w Polsce mistrzostw Europy, daje się nagrać, kiedy w wulgarnej formie ocenia Stefana Majewskiego, to przecież nie jest fałszywka niechętnych mu dziennikarzy. To można zobaczyć w Internecie. Jak traktować głównego organizatora kampanii wyborczej Grzegorza Laty Kazimierza Grenia z Rzeszowa, który grozi publicznym samobójstwem na sali obrad? Może jednak jego miejsce nie jest w zarządzie PZPN, tylko tam, gdzie można mu pomóc. [srodtytul]Z pomocą pociotków[/srodtytul] Trzeba zmienić obecne władze PZPN także ze względów kulturowych. Jak widać, nawet to nie jest łatwe. Jeszcze trudniej powiedzieć, kim ich zastąpić. Związek pod kierownictwem Jana Tomaszewskiego? Ludzie, to jest poważna sprawa, a nie kabaret. Już trzej dobrze znani działacze zwracali się do mnie z prośbą, czybym im nie pomógł wystartować w wyborach na prezesa. Jeden większy przekręciarz od drugiego. Większość tych ludzi piłki, którzy mają realne szanse zajęcia w nieokreślonej przyszłości miejsc obecnych działaczy, zachowuje się jak opozycja parlamentarna. Wytyka władzy błędy, obiecuje zmiany, a kiedy już zajmie miejsca w ławach, robi dokładnie to samo co poprzednicy. W dodatku bierze do pomocy pociotków i tych, którzy pomogli wygrać wybory, pozbawiając pracy fachowców, a takich, wbrew pozorom, jest w PZPN wielu. Grzegorz Lato zrobił dla polskiej piłki wyjątkowo dużo, kiedy jeszcze nie był prezesem. Ale dziś stał się zakładnikiem tych, którzy go wybrali, a dla nich dobro polskiej piłki jest frazesem. [i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: [mail=s.szczeplek@rp.pl]s.szczeplek@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL