Sport

Mecz w meczu

Pojedynek o ćwierćfinał turnieju w Szanghaju, Jo-Wilfried Tsonga walczy z Robinem Soderlingiem. Pod koniec pierwszego seta Szwed atakuje bekhend rywala
[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/10/19/karol-stopa-rotacja-wsteczna/]Skomentuj na blogu[/link][/b][/wyimek]
Odpowiedzią jest minięcie wzdłuż linii. Liniowy krzyczy "aut!". Na stołku, gdzie siedzi pan Damian Steiner, dyplomatyczne milczenie i wzrok skierowany w stronę Francuza. Ten - przekonany, że trafił - zamiast prosić o elektroniczną weryfikację, wyraźnie czeka na decyzję głównego arbitra. Za moment słychać, że na tzw. challenge jest już za późno, więc punkt dla Szweda. Animacja komputerowa pokazuje jednak, że sędziowie się pomylili. Piłkę w rzeczywistości wygrał Tsonga, a przyznano ją Soderlingowi. Wściekły Francuz przegrywa seta, potem mecz. Schodząc z kortu, odwraca się plecami do argentyńskiego arbitra i nie podaje mu ręki. System Hawk-Eye, czyli Jastrzębiego Oka - nazwany tak nie od spostrzegawczego ptaka, lecz od nazwiska inżyniera wynalazcy - w ułamku sekundy łączy obraz specjalnej kamery z programem komputera. Urządzenie wyłapuje auty szybciej i dokładniej niż człowiek. Dzięki animacji komputerowej potrafi też pokazać, jak było naprawdę. To gracz decyduje, czy sprawdzić sędziego, ale ogranicza jego ruchy przyznany limit pomyłek.
Genialny wynalazek zaprzęgnięty został na korcie do obsługi średniej jakości pomysłu. Podstawowe zarzuty są dwa. Po pierwsze - przyjęto obcy tenisowi sposób orzekania, rodzaj meczu w ramach meczu. Przeniesienie odpowiedzialności za ocenę piłki na grających coraz częściej daje takie sytuacje jak w Szanghaju. Wynik zaczyna zależeć od tego, czy zawodnik podejmie decyzję o sprawdzaniu śladu, a nie od tego, gdzie na korcie piłka faktycznie wylądowała. Sędziowie niby mają urządzenie, które powinno poprawić jakość ich pracy, lecz zamiast z niego korzystać, stają się arbitrami w zabawie przypominającej telekonkurs. Po drugie - ta elektroniczna nowinka funkcjonuje tylko na niektórych stadionach, więc w tej samej imprezie zrywa się z zasadą równości szans. Wyznaczeni do gry na korcie centralnym mają do dyspozycji challenge, ci z dalszych kortów muszą cierpieć z powodu ewentualnych sędziowskich błędów. Czas zakończyć eksperyment i z gigantycznych kwot, jakimi żonglują tenisowe organizacje, wysupłać trochę kasy na kilkanaście przenośnych zestawów Hawk-Eye. Urządzenia powinny pracować na wszystkich turniejowych kortach i oceniać w każdym meczu wszystkie piłki, a nie tylko te wątpliwe dla zawodnika. Arbiter na stołku musi otrzymać elektroniczną pomoc podobną do tej, z jakiej korzysta, od kiedy czujnik na siatce zastąpił sędziego netowego, nawet jeśli będzie to trochę kosztowało. W końcu na biednego nie trafiło.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL