Warszawa

Ze skalpelem w zoo

Maciej Pietrak, jest weterynarzem w ogrodzie zoologicznym już 26 lat. To on, m.in. operował tygrysicę Zoję, gdy wykryto u niej przepuklinę
ZOO
Dyrektor ornitolog operował żółwia, stomatolog od ludzi plombował ciosy słonia, a dwóch ortopedów prostowało nogę kondora wielkiego. Każda zwierzęca operacja to wyzwanie
Na gęsi napadł lis.
– Pokaleczył 24 sztuki. Od godz. 7 rano do prawie 13 je cerowałem, to jest zszywałem. Tak się umęczyłem, jak podczas trzech operacji na bocianach, które zrobiłem jednego dnia. Zazwyczaj robi się jedną taką operację dziennie – przypomina sobie ornitolog dr Andrzej Kruszewicz, szef zoo. [srodtytul]Patroszenie oczodołów[/srodtytul]
Kruszewicz ma wiele umiejętności: strzela z łuku, tłumaczy z niemieckiego książki, sam pisze, może być sekretarką w centrali zoo. Ostatnie 12 lat był szefem azylu ptasiego. Przez jego ręce przechodziły wszystkie ptaki przywożone do zoo przez warszawiaków, strażników miejskich czy celników z Okęcia. W tym czasie przyjęto aż 20 tys. chorych zwierząt. W zeszłym roku padł rekord, bo azyl przyjął 2,5 tysiąca zwierzaków. – Najbardziej nie lubię patroszenia oczodołów. U bocianów i pingwinów najczęściej dochodzi do uszkodzenia oka. Nie ma szans, by je wyleczyć, a jeszcze może się wdać zakażenie. Dlatego trzeba oko wyjąć. Wiem, że ratuję ptaka, ale nie jest to przyjemne – mówi szef zoo. Na pytanie o przyklejanie piór sokołom śmieje się, że to „rutyna”. Pióra klei na super glue. Czy dlatego, że reklamuje go sam Pudzian hasłem: „Skleja nawet złamane serca”? – Nie. Po prostu dobrze trzyma. Pióra bierze się ze skrzydła martwego ptaka i wkleja żywemu, żeby mógł latać. Trzeba tylko to zrobić bardzo precyzyjnie – mówi Kruszewicz. Najbardziej nietypowe zabiegi? – Operowanie brzucha żółwia. Dlaczego? Bo najpierw trzeba przeciąć piłą pancerz. Potem operacja i wsadzenie do pancerza. Następnie klej i się zrasta – mówi ornitolog. Dr Kruszewicz wydobywał w swojej karierze także różne rzeczy ze zwierząt – haczyki rybackie z gardła łabędzi, jaja z papug, które nie mogły ich same znieść, czy śrut, który utkwił w tłuszczyku wokół ptasiego serca. [srodtytul]Ostronos, który zapomniał o ogonie[/srodtytul] Na 40 hektarach zoo żyje 4,5 tysiąca zwierząt. Leczy je doktor Maciej Pietrak. Jest w ogrodzie weterynarzem od 26 lat. Spotkaliśmy go w meleksie na głównej alei ogrodu. Jechał właśnie usypiać antylopę, która razem z tygrysicą Zoją odjechała w tym miesiącu do Francji. – Zoję w tym meleksie brałem na przejażdżki po zoo. Blisko ludzi była – wspomina dr Pietrak. To właśnie on zoperował przepuklinę tygrysicy. – Łatwo nie było, bo Zoja i duża, i ciężka. Ale z lwicą Rosą przy cesarskim cięciu było gorzej. Bo jak 240 kilogramów załadować na stół operacyjny? Sześciu chłopa ją dźwigało – mówi weterynarz. Musiał także kilka razy amputować kończyny zwierzętom. – Był taki ostronos, który w zimie wszedł do swojej budki, ale zapomniał schować ogon. I on mu odmarzł. Trzeba było odciąć. Największym jednak przeżyciem było dla niego uśpienie samca żyrafy Largo. – W przednią racicę wszedł mu gwóźdź. Trzeba wyjąć. Ale jak uśpić żyrafę, która musi mieć szyję i głowę w górze, które ważą razem setki kilogramów? – pyta Pietrak. Wpadł na pomysł, by na końcach długich drągów zrobić lassa. Gdy usypiany Largo się kładł, szyję i głowę przytrzymywały pętle ze sznurów. Trudne jest samo usypianie zwierząt. – Są takie jak żyrafa, których się nie waży, bo jak? Słonia się zważy, nosorożca też. Ale z żyrafą to jest tak, że podają w literaturze, ile może ważyć samiec. Tylko że każdy samiec może ważyć inaczej, różnica może wynosić nawet do 300 kilogramów. A ja mogę się pomylić o 20 kilogramów. A zwierz nie ma prawa się wybudzić w trakcie operacji. Bo co, brzuch rozpruty, zwierzę się wybudza, a ja do domu? Dlatego w trakcie zabiegu obserwuje się zachowanie i robi dokładki środka usypiającego – mówi Pietrak. W zoo usypiano także słonia Lotka, któremu stomatolog zaplombował oba ciosy – pierwszy raz w Polsce. Przy tej operacji asystował nawet anestezjolog, a ciosy borowało dwóch stomatologów – takich, którzy leczą ludzi. – Często pomagają nam lekarze od ludzi. Kiedyś odkręcałem nogę kondora wielkiego, skręconą o 90 stopni z dwoma ortopedami – wspomina Andrzej Kruszewicz. [ramka][link=http://www.zyciewarszawy.pl/temat/1.html" "target=_blank]Życie Warszawy On Line[/link][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL