Historia

Cel – Normandia

Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill i amerykańscy generałowie Dwight Eisenhower i Omar Bradley mierzą do wyimaginowanego wroga przed inwazją na Francję
Rzeczpospolita
Decyzje o lądowaniu we Francji zapadły w styczniu 1943 roku na konferencji w Casablance, a na przełomie listopada i grudnia w Teheranie zachodni sprzymierzeńcy zapewnić mogli „wuja Jo” o rychłym otwarciu drugiego frontu.
Od marca 1943 roku działał w Londynie anglo-amerykański sztab, którego szef (Chief of Staff Supreme Allied Command – COSSAC), brytyjski generał Frederic Morgan, zapoznał w sierpniu w Quebecu prezydenta Roosevelta i premiera Churchilla z planem inwazji zakodowanym jako „Overlord”.
Alianci zgodzili się w Casablance na przyspieszenie zajęcia Włoch (oraz Korsyki) i wyrwania ich z osi oraz na wzmożenie działań przeciw Japonii. Wbrew pragnieniom Churchilla, który (odwrotnie niż Stalin i Roosevelt) chciał zahamować postępy Armii Czerwonej uderzeniem z Grecji ku Europie Środkowej, akcje na Bałkanach ograniczyć się miały do wsparcia antyniemieckiej partyzantki. Przygotowania operacji „Overlord” obejmowały transport i przyjęcie na brytyjskiej ziemi kolejnych amerykańskich dywizji oraz planowanie desantu na kontynent. Anglicy chcieli wesprzeć inwazję systematycznym bombardowaniem nadbrzeżnych umocnień, dróg, fabryk i koszar (target bombing), Amerykanie woleli rzucać bomby na całe strefy (area bombing). Po długich rozważaniach odrzucono pomysł lądowania w najbliższej brytyjskim brzegom strefie Pas-de-Calais, a wybór padł na obszar między Bayeux, Caen i Saint-Lô. A więc na Normandię, z której dziewięć wieków wcześniej wyruszył jedyny w dziejach zwycięski desant na Wyspy Brytyjskie. „Plaże Normandii wybraliśmy jako miejsce lądowania – pisał później marszałek polny Bernard Law Montgomery of Alamein – gdyż dawały lepszą osłonę transportów, a zarazem nie były tak silnie bronione jak inne nadające się do lądowania odcinki wybrzeży, położone wzdłuż kanału. Wystarczyły więc stosunkowo najmniejsze siły lotnicze do zaopatrywania odcinka lądowania i parasola osłony lotniczej, a to dzięki bliskości baz macierzystych”.
[srodtytul]5 mln ton zaopatrzenia i sztuczne porty[/srodtytul] Do odbicia zachodniej Europy z rąk Hitlera potrzebna była nie tylko mobilizacja milionowych mas, lecz także potężna machina gospodarcza i logistyka o nieznanym dotąd zasięgu. Przestawiona na tory wojenne, podporządkowana (od 1943 roku) dekretom prezydenckim gospodarka USA wyprodukować miała do 1945 roku prawie 90 tys. czołgów, 150 tys. ciężarówek, 634 tys. jeepów, 180 tys. dział, 6,5 mln karabinów… W 1944 roku amerykańskie stocznie co miesiąc wodowały lotniskowiec, a niektóre wytwarzały jeden transportowiec typu Liberty ship dziennie. Bodaj trudniejszym zadaniem stało się przetworzenie tych przemysłowych rekordów Guinnessa w sprawną machinę wojenną. Ogromnym wysiłkiem (głównie amerykańskim) do czerwca 1944 roku przewieziono, skoncentrowano, wyszkolono, zakwaterowano i wyżywiono na Wyspach ok. 1,5 mln „G.I.’s” (nazwa zrodziła się podczas pierwszej wojny z oznaczenia stali galwanizowanej – galvanized iron). Przypomnijmy, że jeszcze w czerwcu 1942 roku stacjonowało w Zjednoczonym Królestwie ledwie 36 tys. żołnierzy US Army. Od kwietnia tego roku do kwietnia 1944 roku konwoje atakowane na Atlantyku przez U-Booty wyładowały w brytyjskich portach 5 mln ton zaopatrzenia, 50 tys. różnych pojazdów, 450 tys. ciężarówek i 450 tys. ton amunicji! Nieudany desant pod Dieppe (sierpień 1942 roku) przyniósł aliantom sporo gorzkich nauk. Dowiedzieli się m.in., że nawet kilkuset rezerwistów może skutecznie bronić małego portu przed wielokrotnie silniejszym desantem. Należało więc szybko lądować i wyładować sprzęt na otwartej plaży, a dopiero później zdobyć port – życiową arterię uchwyconego przyczółka. Do tego czasu lądujące we Francji masy wojsk zaopatrywać miał sztuczny port, którego wizję wyobraźnia Churchilla pieściła jeszcze przed Dieppe. Urzeczywistnieniem jednej z wielu fascynacji premiera (otoczenie zwało je „północnymi fantazjami” – midnight follies, gdyż posiedzenia gabinetu często odbywały się po północy) zajmował się zespół dowodzącego w COSSAC marynarką entuzjasty sztucznego portu, admirała Johna Hughesa Halleta. Po miesiącach starań z udziałem 45 tys. pracowników z niemal 300 firm powstały porty Mulberry A (amerykański) i Mulberry B (brytyjski). Składały się ze 147 pływających, łatwo zatapialnych bloków betonowych Phoenix (najcięższe ważyły ponad 6 tys. ton!) i 16 km metalowych ramp osłoniętych sztucznym falochronem (Bombardons). Od sukcesu logistyki zależał los wojny – zakładano, że do skutecznej walki żołnierz potrzebuje dziennie do 3 kg zaopatrzenia. Tak więc 1000 ludzi to ponad 2,5 tony, 100 tys. to 250 ton, a 1 mln – 2500 ton dziennie! [srodtytul]Lis chce walczyć na plażach[/srodtytul] W końcu 1943 roku Hitler odwołał z frontu włoskiego sławnego Lisa Pustyni Erwina Rommla, powierzając mu przygotowanie obrony wybrzeża Atlantyku do nieuchronnej alianckiej inwazji. Inspekcje dowodzącego Grupą Armii B feldmarszałka ukazały iluzoryczność wiary Führera, żołnierza z okopów wielkiej wojny, w moc wału atlantyckiego – pasa umocnień ciągnącego się wzdłuż wybrzeży kanału La Manche. W odróżnieniu od sceptycznego wobec wału, niemal symulującego jego rozbudowę feldmarszałka Gerda von Rundstedta, który od marca 1942 roku dowodził wojskami niemieckimi na zachodzie (Oberbefehlshaber West), zmagający się z brakiem cementu i stali (brano ją m.in. z Linii Maginota) Lis Pustyni chciał bronić wybrzeża. Nie tylko bronić, ale i zniszczyć przeciwnika podczas lądowania, nie dając mu czasu na uchwycenie przyczółków i przegrupowanie. „Wojna będzie wygrana albo przegrana na plażach” – mawiał. Jak wspominał gen. Heinz Guderian, „zgodnie z otrzymanymi wytycznymi, aby uważać wybrzeże za główną linię obrony, [Rommel] zabezpieczył przedpole obrony, zakładając przeszkody w wodzie. W rejonach tyłowych na terenach prawdopodobnych desantów lotniczych ustawiono pale – tzw. rommlowskie szparagi. Założono rozległe pola minowe. Wszystkie podległe mu wojska musiały czas wolny od szkolenia poświęcać budowie umocnień ziemnych. W obrębie Grupy Armii B wrzało życie”. W czerwcu 1944 roku przy fortyfikacjach we Francji pracowało 291 tys. robotników z organizacji Todta. Naznaczony doświadczeniami z Afryki i Włoch Rommel domagał się pancernych rezerw w pobliżu linii obrony. Twierdził bowiem, że miażdżąca przewaga alianckiego lotnictwa nie pozwoli na ich przerzucenie ani w dzień, ani w nocy. Jednak von Rundstedt oraz wspierający go pancerniacy Guderiana (przysłanego w kwietniu 1944 roku przez Hitlera w roli eksperta) i Geyr von Schweppenburg bali się zniszczenia czekających na zapleczu frontu czołgów przez samoloty i aliancką flotę. Niepewność co do miejsca lądowania przeciwnika, nie pozwalała na ryzyko ugrzęźnięcia rozproszonych rezerw pod wrogim ogniem. Za to bezpiecznie oddalone od wybrzeża odwody dywizji pancernych i grenadierów pancernych mogły zostać przerzucone nocą na zagrożone odcinki, przy czym (Guderian) „ruchy te należało zawczasu ułatwić przez odpowiednie przygotowania w zakresie rozbudowy sieci dróg i środków przeprawy przez rzeki (mosty podwodne i pontonowe)”. Spór przetrwał wojnę. Guderian ubolewał we wspomnieniach, że „Rommel nie był w stanie zrozumieć znaczenia ruchliwych odwodów. Wobec beznadziejnej dla nas przewagi przeciwnika w powietrzu i na morzu wielka operacja przeprowadzona siłami szybkimi stanowiła naszą jedyną szansę. Rommel nie wierzył w jej możliwość i dlatego ani się o nią nie starał, ani jej nie ułatwiał”. Za to szef sztabu Grupy Armii B gen. Hans Speidel (przyszły dowódca wojsk NATO!) do śmierci utrzymywał, że tylko plan Rommla mógł uratować Niemcy. I że klęska w Normandii jemu przyznała rację. Spory stojących nad grobem weteranów nie mogły (na szczęście!) odwrócić biegu wypadków. Albowiem gdy decydował się los Europy i całej wojny, Niemcy podjęli fatalne, czyli kompromisowe, decyzje. Upór Rommla i interwencja Guderiana zakończyły się pozostawieniem czterech z dziesięciu dywizji pancernych w rejonie Paryża i skierowaniem dwóch do obrony Calais. W dniu inwazji niemieckich czołgów nie było w pobliżu plaż, a dywizje pozostały w rozproszeniu: 2. DPanc. – pod Amiens i Abbeville, 116. DPanc. – na północ od Sekwany (a na wschód od Rouen), 21 DPanc. – pod Caen, 12 DPanc. SS „Hitlerjugend” – na południe od Sekwany (pod Lisieux), 1. DPanc. SS „Leibstandarte Adolf Hitler” w belgijskim Beverloo, szkolna DPanc. w rejonie Le Mans, Orleanu i Chartres, 17. Dywizja Grenadierów Pancernych SS – w rejonie Saumur, Niort, Poitiers, 11. DPanc. koło Bordeaux, a 2. DPanc. SS „Das Reich” – na południu, w rejonie Awinionu, Nimes i Arles. Tylko cztery pierwsze podlegały Rommlowi, trzy kolejne pozostawały w gestii naczelnego dowództwa (Oberkommando der Wehrmacht – OKW), czyli faktycznie Hitlera. Dwie ostatnie oraz 9. DPanc. chronić miały południe Francji przed desantem z Morza Śródziemnego. Za ten stan odpowiadał Führer, który chciał dowodzić i rozstrzygać spory. Pozornie zgadzając się z Rommlem, nie pozwolił mu na samodzielność, nie dał też jednak Rundstedtowi nieograniczonego prawa rozkazodawstwa wobec Grupy Armii B i nie zwolnił odwodów OKW. 48 dywizji miało ciężko zapłacić za te błędy. [srodtytul]Wylądują – ale gdzie?[/srodtytul] Alianci pewni byli przewagi w powietrzu i na morzu, jednak do sukcesu wojsk lądowych potrzebowali – poza sprzętem – czasu. A ten dać im miała operacja dezinformacyjna, ukryta pod kryptonimem „Fortitude” („hart ducha”). W grudniu 1943 r. utworzony w miejsce COSSAC, kierowany przez generała Dwighta Eisenhowera, SHAEF (Supreme Headquarters Allied Expeditionary Forces) opracował plan dezinformacji przedstawiony 23 stycznia 1944 roku pod nazwą Plan Bodyguard. Pierwsza faza zakładała jak najstaranniejsze ukrycie przygotowań do lądowania w Normandii („Overlord”) i Prowansji („Anvil”, potem „Dragoon”) oraz przykucie uwagi Niemców do kierunków peryferyjnych. Wobec toczących się walk na froncie wschodnim i we Włoszech chodzić mogło jedynie o Bałkany i Skandynawię. Drugą fazę oparto na założeniu, że Niemcy wykryją przygotowania do inwazji, należało więc zmylić ich co do miejsca i czasu, w którym nastąpi desant, oraz wielkości użytych sił. Najważniejszym elementem operacji „Fortitude” była osłona lądowania w Normandii, przewidzianego pierwotnie na 1 czerwca 1944 roku; równoległe w pierwszej wersji planu lądowanie w Prowansji przesunięto w czasie. W końcu lutego 1944 roku gen. Eisenhower zatwierdził plan „Fortitude South”, którego celem było przekonanie OKW, że akcja na normandzkim wybrzeżu to dywersja poprzedzająca „prawdziwą” inwazję w Pas-de-Calais. W rezultacie Niemcy winni zgromadzić tam maksymalną ilość czołgów i samolotów, osłabiając tym samym obronność innych regionów, a zwłaszcza strefy wokół Caen. Drugim elementem planu było skuteczne ukrycie przed nieprzyjacielem daty ataku. Po jego roz-poczęciu gra toczyć się miała o jak najdłuższe (do 14 dni) utrzymanie niemieckich odwodów w rejonie Pas-de-Calais. Od tego zależały losy inwazji. Dezinformacyjny jad sączono wieloma kanałami. Decydujące okazało się zmylenie Abwehry i Sicherheistdienst doniesieniami kontrolowanych przez brytyjski kontrwywiad niemieckich agentów na Wyspach (tzw. Double Cross System). Działania służb uprawdopodobniono wielorako, przewożąc np. „przypadkowo” przez okolice pełne wojska, a ucharakteryzowane (drogowskazy, nazwy ulic itd.) na Dover, odsyłanego do Szwecji chorego gen. Cramera. Zakładając, że Luftwaffe i tak wykryje zgrupowanie wojsk w południowej Anglii (Brytyjczyków okrętowano w rejonie Southampton i Portsmouth, Amerykanów – w Poole i Plymouth), stworzono rzekome siły inwazyjne na wybrzeżu południowo-wschodnim. Tysiące fałszywych baraków, składów i barek desantowych miały – podobnie jak drewniane armaty czy nadmuchiwane czołgi i samoloty – trzymać Niemców w Pas-de-Calais. Sztucznie, w tym radiowo, rozmnażano liczbę jednostek, tworząc np. First US Army Group (FUSAG) gen. Pattona, której tylko część istniała naprawdę. Rozpoznania lotnicze i bombardowania organizowano tak, by przeciwnik nie mógł odpowiedzieć na trapiące go zagadki. Jedną z nich była zaś liczba stojących na Wyspach dywizji. W końcu maja 1944 roku Niemcy naliczyli ich aż 79, choć faktycznie były 52. Przyznali też sprzymierzonym zdolność do przeprawienia 15 dywizji pierwszego rzutu, podczas gdy transportowe „wąskie gardło” miało trzykrotnie mniejszą przepustowość. Pamiętajmy też, że zaszyfrowane niemieckie dyspozycje, przechwycone przez nasłuch radiowy, odczytywali brytyjscy i polscy specjaliści z Bletchley Park. [srodtytul]Niemcy w rozkroku[/srodtytul] Niemcy nie „łyknęli” groźby masowej inwazji na kierunku skandynawskim i bałkańskim. Nie wykluczając jednak dywersji, pozostawili 18 dywizji w Norwegii i Danii, a 21 na Bałkanach. Skoro zaś 165 dywizji walczyło z Rosjanami i 25 kolejnych we Włoszech, do innych działań pozostało im niespełna 90 dywizji, niektóre istniejące prawie wyłącznie na papierze. Niespełna 60 dywizji przewidzianych do walki z aliancką inwazją należało więc użyć jak najskuteczniej. OKW spodziewało się desantu na wybrzeżu atlantyckim (najpewniej między Calais a Cherbourgiem), zgranego z atakiem na wybrzeżu śródziemnomorskim. Nie miało jednak pewności co do miejsca ataku. Operacja „Fortitude” powiodła się znakomicie. Także dlatego, że – zgodnie z regułami sztuki – nie próbowała wmusić Niemcom nowej idei, lecz umiejętnie podtrzymała ich błędne, wcześniejsze założenia. Zapatrzony w wyrzutnie rakiet V-1 i V-2. Hitler i von Rundstedt opowiadali się bowiem twardo za Pas-de-Calais. Guderian utrzymuje, że („w każdym razie w okresie mojej wizyty”) także Rommel „widział” Amerykanów i Anglików tylko na północ od Sommy, dziwnie milczy jednak o własnych poglądach. Skądinąd wiemy, że do końca maja 1944 roku nie tylko Rommel, ale także wielu innych niemieckich dowódców uznało, że cios spadnie na słabiej umocnioną Normandię, nie wykluczając jednak drugiej opcji – lądowania aliantów w najwęższym miejscu kanału La Manche. Podtrzymywany przez alianckie służby specjalne niemiecki „rozkrok” decyzyjny trwał dłużej niż wymodlone w planach dwa tygodnie. Dopiero w końcu lipca, a więc po sześciu tygodniach, Niemcy zrozumieli, że drugiego ataku nie będzie. W strategicznym wymiarze zyskany dzięki temu czas okaże się bezcenny dla aliantów. Nawet jeśli praktyczny rezultat wahań OKW daleki był od popularnego obrazu setek tysięcy żołnierzy daremnie oczekujących w rejonie Pas-de-Calais. Francuski historyk wywiadu Gilbert Bloch przypomina, że większość dywizji XV Armii i tak przypisanych było do swych pozycji. Na konto „Fortitude” zapisuje spóźnione wprowadzenie do walki jedynie (lub aż) pięciu dywizji: 1. DPanc. SS (18 tys. ludzi, opóźnienie dziesięć dni), 116. DPanc. (13 tys. ludzi, sześć tygodni), 84., 85. i 331. Dywizji Piechoty (12 – 13 tys. ludzi w dywizji, dwa miesiące). [srodtytul]Obrońcy Normandii[/srodtytul] W 1944 roku podzielone na Grupę Armii B Rommla i Grupę Armii G gen. Blaskowitza niemieckie siły we Francji liczyły ok. 1,4 mln żołnierzy, z czego 865 tys. w wojskach lądowych (Heer), 326 tys. w lotnictwie i 102 tys. w Waffen SS i policji. Górnej Normandii (m. in. rejonu Pas-de-Calais) broniło 242 tys. żołnierzy XV Armii – 18 dywizji w czterech korpusach armijnych (KA). Dwa razy dłuższego (1556 km) normandzkiego i bretońskiego brzegu pilnowało tylko 161 tys. żołnierzy z VII Armii gen. Dollmanna, zgrupowanych w trzech korpusach armijnych – 25., 75. i 84. Dwa pierwsze stały w Bretanii, Dolnej Normandii zaś (300 km wybrzeża) oraz wysp anglonormandzkich (150 km) pilnował 84. KA gen. Marcksa. Jego cztery dywizje (716., 709., 243. i 319. DP) były niekompletne i składały się po części z rezerwistów (średnia wieku w 709. DP wynosiła 36 lat) oraz byłych jeńców sowieckich. Do tego silną 319. DP (35 tys. ludzi) pozostawiono na wyspach, gdzie skapituluje bez walki w maju 1945 roku. Rommlowi nie udało się nakłonić Hitlera do przesunięcia w rejon Lissay dywizji pancernej, zdołał jednak wzmocnić obronę dolnej Normandii siłami 352. i 91. DP. Pierwsza da się we znaki Amerykanom w sektorze Arromanches, druga stoczy zacięte boje pośród normandzkich płotów. W maju przybył też w rejon Lessay-Carentan doskonały 6. Pułk Spadochronowy, złożony z młodych fanatycznych nazistów (3500 ludzi, średnia wieku 17,5 roku). [srodtytul]Orły skoczą na spadochronie[/srodtytul] Zanim barki wyruszyły z angielskich portów, strefę lądowania zabezpieczono przed niespodziankami. Pierwsze zabezpieczenie przyniósł opracowany przez brytyjskiego zoologa i… eksperta lotniczego Solly’ego Zuckermana tzw. Transportation Plan: odcięcie Normandii od reszty Francji przez zbombardowanie arterii komunikacyjnych. Od marca do maja 1944 roku sojusznicy zrzucili 80 tys. t bomb na prawie 80 celów kolejowych i drogowych. Ceną za zniszczenie węzłów kolejowych i mostów była śmierć 12 tys. Francuzów i Belgów, co wywołało protesty nie tylko de Gaulle’a, ale także Churchilla, który obawiał się wrogości cywilów po lądowaniu. Francuski ruch oporu mógłby zapewne wykonać zadanie za mniejszą cenę, jednak sprzymierzeni nie chcieli zależeć od siły, której nie kontrolowali. Partyzanci rozpoczną dzieło zniszczenia (tory, mostki, przejazdy i przepusty kolejowe) dopiero w nocy z 5 na 6 czerwca. Opóźnią tym marsz 2. DPanc. SS i wielu innych jednostek. Zabezpieczenie przyszłego pola walki mieli też zapewnić spadochroniarze. Zrzucone z 733 samolotów i przewiezione 355 szybowcami typu Horsa „czerwone diabły” (od koloru beretów) z brytyjskiej 6. Dywizji Powietrznodesantowej chroniły lewe, brytyjsko-kanadyjskie skrzydło operacji „Overlord”. Uchwycenie mostów na Orne i kanale Caen zamykało Niemcom dostęp do plaż, a zarazem ułatwiało rozszerzenie przyczółka. Dodatkowym celem była bateria ciężkich dział pod Merville. Dostępu do prawego amerykańskiego skrzydła bronić miały dwie dywizje powietrznodesantowe: 101., od swego znaku zwana krzyczącymi orłami (Screaming Eagles), oraz 82., której nazwa – All Americans, przypominała poprzedników walczących we Francji już w 1918 roku. W chwili inwazji 13 tys. spadochroniarzy pod wodzą gen. Taylora (101. Dywizja) i Ridgwaya (82. Dywizja), przewiezionych przez 1662 samoloty transportowe i 512 szybowców, miało uchwycić drogi i zablokować dostęp do plaży „Utah”, a w kolejnych dniach przygotować odcięcie półwyspu Cotentin, przyspieszając izolację i kapitulację portu w Cherbourgu. Pierwsi na ziemi francuskiej zameldowali się zwiadowcy (Pathfinders) wyposażeni w sprzęt do automatycznego naprowadzania samolotów. [srodtytul]Operacja „Neptun”[/srodtytul] Spór o porę ataku – marynarka wolała działać za dnia, wojska lądowe i lotnictwo doceniały zaś efekt nocnego zaskoczenia – zakończono kompromisem. Lądowanie miało nastąpić wczesnym rankiem, nieco ponad sześć godzin po nocnym desancie spadochroniarzy. Data inwazji zależała od pogody i tego, że tylko przez trzy dni w miesiącu przypływ zbiegał się z pełnią księżyca. Szalejąca od 1 czerwca, najsilniejsza od 20 lat, burza zmusza Eisenhowera do odwołania 4 czerwca operacji przewidzianej na następny dzień. Stłoczone na pokładach okrętów i barek wojska oczekują nowego rozkazu, a spadochroniarze koczują przy samolotach. Dopiero następnego dnia alianckie służby meteorologiczne zapalają zielone światło dla inwazji. Eisenhower zrzuca z siebie ciężar, mrucząc: „Nie podoba mi się to, ale ruszamy”. Tymczasem po drugiej stronie panuje pewność, że kiepska aura utrzyma się i ponurego 6 czerwca nic się nie zdarzy. Wielu dowódców korzysta z niepogody, by odetchnąć, a Rommel jedzie na naradę z Hitlerem. Po drodze zatrzyma się w Herrlingen, by złożyć życzenia urodzinowe żonie. Nocą z 5 na 6 czerwca nad Francję wylatuje 23 tys. spadochroniarzy, a złożona z 7016 jednostek flota grupuje się w pięć wielkich konwojów. W ramach operacji „Neptun” wiozą one ku Francji pięć dywizji (ponad 150 tys. ludzi), którym wyznaczono pięć plaż. Ze względu na teren i fale przypływu najwcześniej (ok. godz. 6.30) lądować mają Amerykanie na plażach „Utah” (4. DP) i „Omaha” (1. DP), nieco później dotrą do plaży „Juno” Kanadyjczycy z 3. DP Brytyjskie 50. DP i 3. DP wylądują na plażach „Gold” i „Sword”, gdzie jako pierwsi zameldują się francuscy komandosi. Lądującą piechotę wesprzeć ma ogień siedmiu pancerników, 23 krążowniki i setka niszczycieli, a ponad 300 jednostek oczyszczać będzie drogę z min. Panowanie w powietrzu zapewni 11 590 samolotów. Ok. godz. 2 w nocy flota zbliża się do normandzkiego brzegu przy zaskakująco wysokiej fali powodowanej wiatrem o sile 4 – 5 stopni w skali Beauforta. Wymiotujący, obciążeni sprzętem żołnierze są na barkach desantowych 18 km od celu, poza zasięgiem niemieckich dział. O godz. 5.50 osłonięte sztuczną mgłą barki z piechotą i czołgami płyną do brzegu, a na niemieckie pozycje spadają pociski z dział okrętowych. Rusza największa operacja desantowa w dziejach. [srodtytul]Największy desant w dziejach[/srodtytul] Lądująca na słabo bronionej plaży „Utah” (choć nie w przewidzianym miejscu) 4. DP za cenę niespełna 200 zabitych, rannych i zaginionych chwyta przyczółek, na którym do następnego dnia pojawi się 32 tys. żołnierzy, 3200 pojazdów i 2500 t zaopatrzenia. Dramat dosięga za to lądujących na sześciokilometrowej, bronionej przez 15 niemieckich punktów ogniowych plaży „Omaha” sąsiadów ze słynnej „Wielkiej Czerwonej Jedynki”. Niespodziewane przeszkody dla barek, wysoka fala i niemiecki ogień dziesiątkują Amerykanów. Panuje chaos, pozbawieni osłony sa-perzy lądują w pierwszej linii i zamiast przygotowanych na ćwiczeniach 16 przejść przez niemieckie przeszkody otwierają tylko trzy, i to za cenę 270 poległych. Płk Taylor podrywa zalegających wśród trupów i rannych przerażonych żołnierzy 16 RCT (Regimental Combat Team) okrzykiem: „Tylko dwa rodzaje ludzi zostają na plaży! Zabici i ci, którzy zginą! Sp… y stąd, i to migiem!” Do 1. DP nie dotarła przekazana zbyt późno informacja, że byłych sowieckich jeńców zastąpili w bunkrach weterani z 352. DP. Na szczęście dla Amerykanów dywizję uzupełniono słabowitymi poborowymi, a jej część odciągnął nocą dywersyjny zrzut „wybuchowych” lalek pod Carentan. Jednak setki „G.I.’s” zginą od kul chorowitego 21-letniego Heinricha Severloha, który odpowiadał za „kombinowanie” żywności na pobliskich fermach. Zanim o godz. 15.30 opuści on bunkier Widerstandsnest 62, wystrzeli ze swego karabinu maszynowego MG 42 aż 12 tys. pocisków. Na swoje szczęście nie zostanie rozpoznany wśród jeńców. Przed południem dowodzący 1. Armią gen. Bradley rozważa przerwanie ataku na feralnej plaży i skierowanie napływającego wciąż wojska i czołgów na „Utah”. Jednak weterani z 1. DP wyrywają się z matni. Do wieczora odpychają Niemców na ok. 2 km, ale ze spodziewanych 2400 t zaopatrzenia dociera tylko 100 t. Cena sukcesu to 2500 poległych, rannych i zaginionych. W sektorze brytyjskiej 2. Armii D-Day nie przynosi wielkich niespodzianek. Lądująca z powodzeniem na plaży „Gold” 50. DP wieczorem wdziera się do Arromanches i Bayeux. Na „Juno” Kanadyjczycy z 3. DP odpierają czołgi 21. DPanc., mszcząc się za klęskę pod Dieppe. Ich kolejnymi celami będą Caen i Carpiquet. Ciężkie walki toczą lądujący na plaży „Sword” brytyjscy i francuscy komandosi oraz piechurzy z 3. DP, ale i oni tworzą przyczółek, łącząc się do wieczora z „czerwonymi diabłami” przy dźwięku marsza granego przez dudziarza Billa Millina. Lądujący nocą spadochroniarze walczą ze zmiennym szczęściem. Brytyjczycy w zasadzie wykonują plan, za to Amerykanie w większości zostają zrzuceni poza przewidzianymi strefami. Aż 1500 żołnierzy 101. Dywizji ginie (wielu tonie w bagnach wraz z 60 proc. sprzętu dywizji) lub idzie do niewoli w pierwszych godzinach walki. Do historii przechodzi okupione ciężkimi stratami lądowanie 82. Dywizji na głowach Niemców w Sainte-Mére-Eglise. Mimo straty 20 proc. ludzi energiczni oficerowie formowali pomieszane oddziały i osiągnęli większość celów. Kolejnym celem „krzyczących orłów” stało się Carentan. Straty sprzymierzonych nie przekraczały 9500 ludzi. Byłyby wyższe, gdyby nie zaskoczenie i fatalne dowodzenie po stronie niemieckiej. Po doniesieniach o nocnych zrzutach prawdziwych spadochroniarzy oraz odciągających uwagę, imitujących wystrzały kauczukowych lalek von Rundstedt wydał o 4.30 rozkaz do wymarszu pancernej dywizji szkolnej oraz 12. DPanc. SS. Rozkaz ten anulowało OKW, które dopiero o… godz. 15.40 zezwoliło sztabowi nieobecnego Rommla na użycie obu jednostek. Dlatego pierwsze poważne kontrataki wyprowadzili Niemcy dopiero o godz. 16. Zbyt późno, by powstrzymać wylewające na plażach potoki ludzi i sprzętu. Wał atlantycki się walił. Czas grał tylko w jedną stronę. Pierwsze elementy ciągniętych przez 160 holowników sztucznych portów przybyły pod Vierville-Saint-Laurent (Mulber-ry A) i Arromanches (Mulberry B) 9 czerwca, a ich budowa pozwoliła na szybkie wsparcie przyczółków. Wprawdzie sztormy szalejące na kanale między 19 a 22 czerwca zniszczyły Mulberry A, ale aż do uruchomienia portu w Cherbourgu (połowa lipca) jego brytyjski odpowiednik z powodzeniem pełnił rolę życiodajnej arterii. Zajęcie wyspy Walcheren i oczyszczenie z min portu w Antwerpii pozwoli w końcu listopada na puszczenie tamtędy strumienia 19 tys. ton zaopatrzenia dziennie i zakończy służbę Mulberry B. W ciągu pięciu miesięcy umożliwił on posłanie do walki ponad 2 mln żołnierzy, miliona pojazdów i transport 4 mln ton zaopatrzenia. Rzeka paliwa popłynęła na ląd z tankowców specjalnie zbudowanym rurociągiem. [srodtytul]Normandzki Stalingrad czy Dunkierka?[/srodtytul] 6 czerwca to tylko początek wielkiej bitwy, w której walczący o życie, ściągający wojska z frontu wschodniego Niemcy stawią pośród otoczonych płotami normandzkich pól (bocages) zaciekły opór. Cherbourg padnie dopiero 27 czerwca, zrujnowane alianckimi bombami Caen – 19 lipca. Dopiero tydzień później niemieckie dywizje rozpoczną odwrót, odgryzając się jednak 7 sierpnia pod Mortain. Ich niepowodzenie doprowadzi 11 sierpnia do zamknięcia ponad 120 tys. żołnierzy Führera w „butelce” pod Falaise, której „korkiem” do 21 sierpnia będzie polska 1. DPanc. generała Maczka. Błędy w dowodzeniu i nieszczelności alianckiej obręczy sprawią jednak, że potencjalny Stalingrad stanie się tylko niemiecką Dunkierką. Niemcy stracą wprawdzie 220 czołgów, 990 dział i 7 tys. pojazdów, ale połowa otoczonych żołnierzy przerwie się ku Sekwanie. W trzy miesiące padło 54 754 Niemców, 339 tys. odniosło rany lub poszło do niewoli. Poległo 20 138 Amerykanów, 105 tys. zostało rannych, a z jednostek brytyjskich, kanadyjskich i polskich ubyło 21 138 poległych i 62 tys. rannych. Do listy strat trzeba dopisać 16 tys. lotników, z których 8536 nosiło skrzydełka USAAF. Mimo strategicznego zwycięstwa aliantów koniec wojny był wciąż daleki. Pewien amerykański oficer zauważył: „Może i Niemcy nie mają już nic. Ale tym niczym potrafią się diabelnie dobrze posługiwać”. [i]Andrzej Nieuważny, historyk z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL