Publicystyka

Afganistan – jaka piękna katastrofa

Artur Bilskirz
Rzeczpospolita
Jeśli szybko nie wycofamy się z Afganistanu, wojna ta okaże się prawdziwą czarną dziurą, która wessie resztki naszych sił zbrojnych – twierdzi ekspert wojskowy
Grek Zorba na widok walących się w gruzy marzeń o kopalni westchnął z podziwem: „Jaka piękna katastrofa”. Z podobnym uczuciem patrzę na to, co się dzieje z naszą polityką bezpieczeństwa oraz armią z powodu forsowania sojuszu z Waszyngtonem i udziału w wojnach irackiej i afgańskiej.
Straszenie ludzi zamachami terrorystycznymi w Polsce, jak robi to nowy dowódca wojsk lądowych gen. Tadeusz Buk („Nie prowadzimy wojny kolonialnej” w „Polska The Times” z 16.09.), by uzasadnić nasz udział w operacji afgańskiej, to zwykłe nadużycie i manipulacja. Wynika zapewne z poprawności politycznej, a nie z chłodnej kalkulacji, jaka przystoi tak wysoko postawionemu dowódcy. Problem w tym, że wojna z terroryzmem to nie nasze zmartwienie i wcale nie musimy jej wygrywać, jak chciałby gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca WL („Tę wojnę musimy wygrać”, „Dziennik Gazeta Prawna” z 30.09.). Jej wynik nie wpłynie zasadniczo na nasze bezpieczeństwo.
Paradoksalnie bowiem wygrana wojna z talibami wzmocni bezpieczeństwo USA , Zachodniej Europy i Rosji – osłaniając tej ostatniej południową granicę od ekspansji skrajnego islamu. Natomiast dla nas jedno jest pewne – długotrwały udział w walce z talibami, u boku USA , wyczerpie nasze zdolności do obrony granic. Koszt operacji afgańskiej bowiem według gen. Stanisława Kozieja („Gazeta Wyborcza” z 1.10.) wyniesie w przyszłym roku miliard złotych, a więc 20 proc. sumy przeznaczonej na modernizację naszych sił zbrojnych. [srodtytul]Rosyjski pokaz siły[/srodtytul] Taka sytuacja jest groźna w obliczu demonstracji siły, jaka ostatnio miała miejsce podczas rosyjsko-białoruskich ćwiczeń Zachód 2009. Nieopodal naszego kraju ćwiczyło 12 tys. żołnierzy i duże siły pancerne oraz lotnicze. Odpowiedzią Warszawy powinno być zorganizowanie w szybkim czasie podobnej wielkości ćwiczeń w Polsce. To oczywiście niemożliwe, ponieważ nasze wojsko to tylko wirtualna potęga, a jej realne siły trwoni się w walce z terroryzmem w Iraku i Afganistanie. W takiej sytuacji do obrony polskich granic niewiele zostało. Dziwią więc słowa generała Skrzypczaka o konieczności pozostania w Afganistanie, ponieważ jeszcze niedawno wydawało się, że podając się do dymisji, manifestował zupełnie coś innego. Jeśli bowiem wie, jak wygrać w Afganistanie i zachować przy tym sprawność armii do obrony kraju, to z pewnością miał większą władzę, by ten plan wcielić w życie, będąc dowódcą Sił Lądowych, niż teraz jako publicysta. Nasza walka z terroryzmem (czyt. sojusz z USA) nie ma nic wspólnego ze wzmacnianiem polskiego bezpieczeństwa. Przeciwnie. Odbywa się kosztem innych dziedzin życia, w tym konsolidacji i umacniania armii i budowania bezpieczeństwa europejskiego. „Polska jest krajem europejskim i swoje bezpieczeństwo musi budować tu, w Europie” – powiedział 21 września szef MSZ Radosław Sikorski w Radiu TOK FM. Rzadko cytuję Sikorskiego, ale w tym momencie wypowiedział kluczowe słowa. Mam nadzieję, że to jest jego autentyczna refleksja, a nie gra pod publiczkę rozżalonego polityka porzuconego przez Waszyngton. W Europie bowiem możemy zaznaczyć swoją obecność – w relacjach z Ameryką nie ma na to szans. Niszcząc zaś polską armię w Afganistanie w imię reelekcji prezydenta Baracka Obamy, na własne życzenie degradujemy się do trzeciej ligi państw europejskich, jeśli chodzi o potencjał wojskowy. Udział Polaków w wojnie irackiej „w imię walki z terroryzmem” był błędem wynikającym z grzechu naiwności i nadmiernego zaufania do USA w sytuacji, gdy „stara Europa” – jak się okazało – oceniała intencje Amerykanów w Iraku bardziej realistycznie i była przeciw. Rzeczywiście straciliśmy wtedy okazję, „by milczeć”. Podsumowanie naszego udziału w tej wojnie jest zdecydowanie negatywne. Nie zyskaliśmy nic, a straciliśmy wiele. Podobnie wygląda sprawa tarczy antyrakietowej. Potężna inwestycja kapitału politycznego powodująca podziały w Unii Europejskiej, machanie szabelką przeciw Rosji. Efekty są znane. Największe wyzwanie jednak przed nami. Sytuacja w Afganistanie wymyka się spod kontroli i Amerykanie mają nóż na gardle. Będą z pewnością naciskać na kraje europejskie, by zwiększały swoje kontyngenty. Również polski rząd będzie poddany politycznej presji. Sytuacja Polski zaś jest taka, że jeśli szybko nie wycofamy się z Afganistanu, wojna ta okaże się prawdziwą czarną dziurą, która wessie resztki naszych sił zbrojnych. Wybór dla Polski jest więc jasny: albo Amerykanie dotrzymają słowa i pomogą unowocześnić i dozbroić polskie wojsko, albo wycofujemy naszych żołnierzy z Afganistanu, traktując spójność i gotowość naszej armii do obrony granic jako podstawowy priorytet bezpieczeństwa Polski. Dużo ważniejszy od zagrożenia terroryzmem, do którego zwalczania i tak wnieśliśmy znaczący wkład. [srodtytul]Nowa stara strategia[/srodtytul] Dzisiaj priorytet Waszyngtonu w polityce bezpieczeństwa to Afganistan. Stąd, nieco ironizując, będzie to również priorytet dla nas. Amerykanie dają sobie nie więcej niż dwa, trzy lata, by powstrzymać proces szybko załamującego się zaufania Afgańczyków wobec sił międzynarodowych. Jego widocznym objawem jest coraz częstsza współpraca wysokiej afgańskiej biurokracji wojskowej, policyjnej i cywilnej z talibami i przeciekanie kluczowych informacji o ruchu wojsk koalicji międzynarodowej. Stąd udane zasadzki na patrole NATO i gwałtowny wzrost zabitych żołnierzy. W tym roku zginęło ich już (rekordowo) 340. [wyimek]Tak samo jak Amerykanie mieli prawo wycofać się z budowy tarczy antyrakietowej mimo podpisania umowy, tak i my mamy prawo wycofać się z Afganistanu[/wyimek] Strategia talibów jest prosta. Polega na męczeniu podstępnymi atakami oddziałów międzynarodowych do momentu, aż opuszczą kraj na skutek utraty zaufania Afgańczyków, wysokich strat i niechęci do tej wojny opinii publicznej w USA i Europie Zachodniej. Działania partyzanckie prowadzą w oparciu o nieszczelną granicę afgańsko-pakistańską, pieniądze ze sprzedaży narkotyków, okupów i haraczy. Wzmacnia ich również pomoc finansowa i materiałowa płynąca z krajów znad Zatoki Perskiej. Aktywność militarna talibów nabrała teraz nowej, szokującej dynamiki. Według badań londyńskich analityków z Międzynarodowej Rady Bezpieczeństwa i Rozwoju wpływy talibów są już widoczne na 80 proc. terytorium Afganistanu. Sięgają nawet bezpiecznych, wydawałoby się, rejonów północy kraju, gdzie stacjonuje kontyngent niemiecki. Jaka jest w tej sytuacji nowa strategia sił międzynarodowych? Na razie nie wiadomo. Ale pole manewru już jest niewielkie. Decyzja USA może więc być jedna: drastyczne zwiększenie obecności wojskowej i radykalna poprawa bezpieczeństwa, uszczelnienie granic, przerwanie linii zaopatrzenia dla partyzantów, szybsze szkolenie wojska i policji afgańskiej – wynika z raportu gen. Stanleya McChrystala. Jeśli w ciągu roku nie zwiększy się amerykański kontyngent w Afganistanie, misja wojskowa w tym kraju zakończy się klęską – napisał w poufnym raporcie generał. Sekretarz Stanu Hillary Clinton szybko zdystansowała się od tego raportu. Amerykanie potrzebują trochę czasu, by przygotować do tego opinię publiczną. Zwiększanie obecności wojskowej w Afganistanie to fakt. Pod koniec 2009 roku siły USA w tym kraju mają liczyć 68 tys. ludzi, a wszystkie koalicyjne ponad 100 tys. To ciągle za mało. Stany Zjednoczone będą musiały wysłać do Afganistanu więcej żołnierzy – ocenił przewodniczący Kolegium Połączonych Sztabów admirał Mike Mullen. Dodatkowo społeczność międzynarodowa musi błyskawicznie przygotować nowy plan Marshalla (pieniądze m.in. z USA, UE, Japonii i krajów arabskich) w celu konsekwentnej odbudowy i poprawy życia w Afganistanie. Alternatywą jest powolne oswajanie opinii publicznej z możliwością klęski, co jednak z powodu długofalowych celów walki z islamskimi radykałami byłoby dla Amerykanów katastrofalną porażką. Sojuszowi – traktowanemu jako wojskowa struktura organizacyjna – wycofanie z Afganistanu nie przyniesie większych reperkusji. Nie zagrozi to jego istnieniu, najwyżej NATO zrezygnuje z odgrywania roli globalnego policjanta i wróci do korzeni, czyli obrony strefy euroatlantyckiej, i być może będzie dzięki temu bardziej „europejski”. Jednak niepowodzenie w Afganistanie może osłabić jego pozycję Zachodu – traktowanego jako wspólnota cywilizacyjna – w starciu z islamskimi radykałami, a tych ostatnich moralnie wzmocnić na całym świecie. [srodtytul]Rebelianci grają o wszystko[/srodtytul] Najdziwniejsze jest jednak to, że bogata Europa Zachodnia z radykalizującymi się mniejszościami muzułmanów i bezpośrednio zagrożona terroryzmem (stamtąd przecież planowane były ataki terrorystyczne na USA, a także na Londyn i Madryt), w odróżnieniu od biednej i niezagrożonej Polski, misją w Afganistanie specjalnie się nie przejmuje. Pisze o tym amerykański komentator polityczny Charles Krauthammer: „Lekceważenie atrakcyjności radykalnego islamu jest także błędem niewierzących. Radykalny islam nie tylko jest niespotykanie fanatyczny i nienasycony w swym antyamerykanizmie i antymodernizmie. Ma szczególną przewagę w postaci zakorzenienia w szacownej religii, liczącej ponad miliard wyznawców, która dostarcza mu coraz to nowych ochotników – wyszkolonych i przygotowanych w meczetach i madrasach, znacznie bardziej skutecznych, autonomicznych i wszechobecnych niż dowolne obozy Hitlerjugend czy Komsomołu – a na dodatek pozwala czerpać z długiej i bogatej tradycji religijnego ferworu, mesjanistycznych oczekiwań i kultu męczenników. Hitler i Stalin musieli to wymyślać od zera. Wersja Mussoliniego była parodią. Islamski radykalizm zbiera się pod sztandarem, który zatknięto w znacznie głębszej i atrakcyjniejszej tradycji historycznej, niźli miało to miejsce w przypadku namiastkowych religii swastyki oraz sierpa i młota, które okazały się historycznie mierne i wyprane z treści”. Dlatego skrajni w poglądach talibowie, mimo sygnałów ze strony Waszyngtonu, nie są zainteresowani wejściem do procesu politycznego i prowadzeniem rozmów pokojowych z rządem w Kabulu, którego zresztą legitymacja polityczna w obliczu oskarżeń o sfałszowanie wyborów jest wyjątkowo słaba. Grają teraz o znacznie większą stawkę: pełnię władzy nad Afganistanem i wzmocnienie ideologiczne ekstremistów islamskich w Europie Zachodniej. Najważniejsze jednak, czy siły międzynarodowe zdołają odbudować wiarę Afgańczyków w to, że są w stanie zapewnić im bezpieczeństwo, odbudowę i rozwój, i pozostaną długofalowo w Afganistanie? Czy też będą samotnymi wyspami otoczonymi morzem wrogiej ludności? Odpowiedź na te pytania nie jest jednoznaczna w obliczu coraz częstszych deklaracji państw koalicji o przygotowaniach planów wyjścia z Afganistanu. Na razie wiemy na pewno, że Kanadyjczycy w 2011 r. wycofają z Afganistanu cały kontyngent 2800 żołnierzy. Być może następni będą Niemcy. W kolejce są Włosi, którzy chcą ograniczyć swój kontyngent przed świętami Bożego Narodzenia. Przegrana w Afganistanie będzie dla nich miała sromotne skutki w postaci postępującej integracji środowisk radykalnego islamu w ich krajach. [srodtytul]Kolejna kpina z opinii publicznej[/srodtytul] W tej sytuacji Polacy nie unikną politycznych nacisków Waszyngtonu na zwiększenie liczebności naszego kontyngentu. 2 tysiące naszych żołnierzy nie poradzi sobie z tak olbrzymią strefą jak Ghazni, która obejmuje 24 tys. km kwadratowych – jedną siedemnastą terytorium Polski. Potwierdza to gen. Skrzypczak, który w wywiadzie dla „GW” z 17 września mówi: „Żeby kontrolować Ghazni, trzeba mieć od 4 do 6 tys. żołnierzy plus 12 szturmowych śmigłowców Mi-24 i sześć transportowych Mi-17”. Jeśli zostaniemy w Afganistanie, będzie to katastrofa dla naszych sił zbrojnych, których proces modernizacji – ze względu na drenaż pieniędzy i sprzętu na misję afgańską – zostanie zatrzymany na lata. Trzeba również przygotować Polaków do sytuacji, kiedy raporty o ofiarach śmiertelnych będą napływać z Afganistanu regularnie i często. Trzeba też w końcu powiedzieć wyraźnie, jak długo polscy podatnicy mają płacić za chronienie w Afganistanie rosyjskiej południowej granicy przed atakami islamu. Jaki mamy w tym interes? To dobry moment, by wycofać się z tej misji i nie wpadać przy tym w histerię z powodu „zdrady narodowych interesów”, bo w Afganistanie takich nie mamy. Tak samo jak Amerykanie mieli prawo wycofać się z budowy tarczy antyrakietowej mimo podpisania umowy, tak i my mamy prawo wycofać się z Afganistanu. Jesteśmy tam od ośmiu lat i nie służy to już dłużej naszemu bezpieczeństwu. Grozi rozpadem polskich Sił Zbrojnych, których Amerykanie – wbrew publicznym deklaracjom – ani nie pomagają zreformować, ani nie wyposażają w nowoczesny sprzęt. Polska wspiera USA i ma prawo spodziewać się ze strony Waszyngtonu rewanżu. Tym bardziej że wojna w Iraku okazała się być prowadzona na podstawie fałszywych przesłanek i zostaliśmy oszukani. Zamiast nowego uzbrojenia dostaliśmy kurtuazyjne podziękowanie i pouczenie z Departamentu Stanu, że „walka z terroryzmem to wspólny obowiązek”. To za mało! W tym kontekście twierdzenie ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, że żołnierze ginący w Afganistanie to filary polskiego bezpieczeństwa, jest wyjątkowo bałamutne i może być uznane za kolejną kpinę z opinii publicznej. [i]Autor, komandor porucznik rezerwy, jest absolwentem Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni, a także Wydziału Bezpieczeństwa Międzynarodowego Naval Postgraduate School w Monterey w Kalifornii, USA. Był oficerem Naczelnego Dowództwa Sojuszniczych Sił NATO w Europie. Autor książki „Widok na Sarajewo” o misji NATO na Bałkanach. Obecnie niezależny analityk ds. bezpieczeństwa[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL