Wiadomości

Strach przed kryzysem odegrał dużą rolę

Arogancja Brukseli miała wpływ na wynik pierwszego referendum. Teraz było inaczej - uważa prof. Kenneth Benoit, politolog z Trinity College w Dublinie
[b]Rz: Czy kampania przed referendum była bardziej oparta na faktach czy na emocjach? [/b]
[b]prof. Kennethem Benoit:[/b] Po stronie obozu „tak” mieliśmy kampanię opartą zdecydowanie bardziej na faktach. Irlandczykom próbowano wytłumaczyć, po co potrzebny jest traktat, i przekonać ich, że dzięki zdobytym gwarancjom nikt nie będzie ingerował w sprawy podatków, próbował znieść zakazu aborcji czy siłą wciągać Irlandczyków do europejskiej armii. Obóz „nie” grał ewidentnie na emocjach. Mimo uzyskanych przez rząd gwarancji ciągle straszył, że Irlandia utraci neutralność albo że traktat wprowadzi płacę minimalną 1,84 euro. Po tej stronie było więcej argumentów, które miały wywołać strach i były wyraźnie skierowane do ludzi z klasy robotniczej i mniej zarabiających. Do końca wynik nie był przesądzony, bo ten obóz był bardziej widoczny i bardzo zdeterminowany. W centrum Dublina widziałem dom cały udekorowany plakatami, nalepkami i neonami, na wszystkich był ten sam przekaz: głosuj na „nie”. Po stronie obozu popierającego traktat nie było takich emocji.
[b]Sporo ludzi, którzy wcześniej głosowali na „nie”, teraz poparło traktat. Wystraszyli się kryzysu? [/b] Mimo członkostwa w Unii kryzys jest bardzo dotkliwy, ale Irlandczycy dostrzegli, że gdyby nie członkostwo i euro, sytuacja mogłaby być jeszcze gorsza, jak w Islandii, która praktycznie zbankrutowała. Strach przed znalezieniem się poza głównym rdzeniem Unii odegrał dużą rolę. Ale także to, że do poparcia traktatu przekonywały wszystkie liczące się ugrupowania polityczne. Opozycja, intelektualiści – główne związki zawodowe, biznes i rolnicy – albo mówili, że traktat jest dla Irlandii korzystny, albo – tak jak Kościół – że przynajmniej jej w niczym nie zaszkodzi. To zepchnęło partie zachęcające do głosowania na „nie” na margines. [b] Poprzednio wielki wpływ na odrzucenie traktatu miała kampania szefa Libertasu Declana Ganleya. Teraz jego miejsce zajął zwolennik traktatu, szef linii lotniczych Ryanair Michael O'Leary? [/b] Po tym, jak Declan Ganley nie dostał się do Parlamentu Europejskiego, całkowicie stracił wiarygodność i rzeczywiście o wiele bardziej widoczny i przekonujący był teraz Michael O’Leary. Ponieważ nieraz walczył o swoje interesy z Komisją Europejską, wszyscy wiedzą, że nie jest bezkrytycznym euroentuzjastą. To, że on poparł traktat, mogło być dla ludzi przekonujące. Do tego doszły jego osobowość i rubaszny dowcip. To prawdziwy Irlandczyk, z którym ludzie mogą się utożsamiać. A Ganley, choć formalnie ma irlandzkie obywatelstwo, brzmi jak Brytyjczyk i mieszka w Wielkiej Brytanii, więc ludzie zaczęli postrzegać jego działania jako próbę wywierania nacisków przez kogoś z zewnątrz. [b]Ale były też naciski ze strony Brukseli. [/b] Arogancja Brukseli miała wpływ na wynik pierwszego referendum. Wszyscy wiedzą, że jesteśmy bardzo proeuropejskim krajem. Pamiętamy, że Europa wspierała nasze dążenia niepodległościowe, a Unia przyniosła nam same korzyści, rozkwit gospodarczy. Ale traktat był po prostu niezrozumiały, a Irlandczycy nie podpisują się pod unijnym prawem, jeśli go nie rozumieją. Tym bardziej kiedy próbuje się ich do tego zmusić. Teraz było inaczej. Wytłumaczono im, jakie będą konsekwencje reform, i uspokojono obawy, dając Irlandii dodatkowe gwarancje. I to przyniosło efekt.

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL