fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Nadzieja lewicy woli Europę

Włodzimierz Cimoszewicz
Fotorzepa, Bartosz Siedlik
Eliza Olczyk
Gdy Włodzimierz Cimoszewicz zgodził się startować na sekretarza generalnego Rady Europy, w SLD uznano to nieomal za zdradę
Jutro się rozstrzygnie, czy były premier SLD i kandydat lewicy na prezydenta zostanie wybrany na to stanowisko.
Na wieść o tym, że rząd zgłosił tę kandydaturę, Marek Siwiec, europoseł SLD, napisał w blogu: "Nie dziwię się premierowi, bo tym ruchem chce wyeliminować Cimoszewicza z ewentualnej walki o prezydenturę. Tanim kosztem i odpowiednio wcześnie. Dziwię się Cimoszewiczowi, bo zgodził się dać swoje nazwisko Tuskowi w walce skazanej na przegraną".
W PO przekonują, że Cimoszewicz nie zabiegał o tę nominację u Donalda Tuska. – Był naszym pomysłem, bo spełniał dwa ważne warunki: miał wysokie kwalifikacje i umożliwiał Platformie ukłon w kierunku lewicowego elektoratu – mówi polityk z otoczenia premiera.
Profesjonalizm Cimoszewicza podkreśla też Krzysztof Lisek, europoseł PO. – Ale w działalności partyjnej trochę przypomina Andrzeja Olechowskiego – mówi. – Obaj mają trudności z podejmowaniem odważnych decyzji, wahają się, robią krok do przodu i dwa kroki w tył.
Spora część polityków PO, szczególnie z frakcji konserwatywnej, była mocno zmieszana nominacją dla prominentnego polityka SLD. Zaskoczony zapewne był też obecny szef MSZ – w 2001 r. to właśnie Cimoszewicz zablokował jego wyjazd na placówkę w Brukseli, choć Radosław Sikorski przeszedł całą procedurę wymaganą przy powoływaniu ambasadorów. Pretekstem było jego podwójne obywatelstwo.
[srodtytul] Fatalna kampania[/srodtytul]
– Gdyby w 2005 r. Cimoszewicz włożył tyle pracy w kampanię prezydencką, ile włożył w tym roku, walcząc o fotel sekretarza generalnego Rady Europy, to już od czterech lat byłby prezydentem – wzdycha Wojciech Olejniczak, europoseł SLD. – Nawet jeżeli nie zostanie wybrany, to może powiedzieć, że zrobił wszystko, co mógł, żeby zdobyć to stanowisko. O kampanii prezydenckiej nie może tego powiedzieć.
Bo w tym roku były premier intensywnie zabiegał o głosy na swoją rzecz. Ruszył w objazd po Europie i odbył dziesiątki spotkań, żeby przekonywać europejskich polityków do swojej wizji Rady Europy.
Ale fakt, że Cimoszewicz, lewicowy kandydat zgłoszony przez prawicowy rząd, sprawił, że do końca nie było wiadomo, czy ma szanse na sukces. Z jednej strony – jak podkreślają rozmówcy "Rz" z lewicy – niecała frakcja europejskich chadeków chce na niego głosować. A z drugiej strony – socjaliści w wyścigu o stanowisko sekretarza generalnego Rady Europy mają własnego kandydata Thorbjoerna Jaglanda, byłego premiera Norwegii. Ale Cimoszewicz walczył do końca.
Kampania w 2005 r. przebiegła zupełnie inaczej. Były premier długo się zastanawiał, czy walczyć o prezydenturę. Najpierw ogłosił, że nie wystartuje, po miesiącu zmienił zdanie. Gdy walka wyborcza ruszyła na całego i w kampanii pojawiła się Anna Jarucka, była asystentka Cimoszewicza z czasów MSZ, która oskarżała go o fałszowanie oświadczeń majątkowych, kandydat lewicy na miesiąc przed wyborami uciekł z placu boju.
Olejniczak, który był wówczas szefem SLD, mówi, że Cimoszewicz od początku nie miał woli walki i dlatego wszystko skończyło się fiaskiem. – Poinformował mnie o rezygnacji z wyborów, tłumacząc, że z tej kampanii i tak nic już nie będzie, bo ataki na niego są zbyt zajadłe – opowiada Olejniczak. – Uważałem, że nie wykorzystał wszystkich szans, ale doskonale wiadomo, iż Cimoszewicz jest uparty i jeżeli podejmie decyzję, to nie da się od niej odwieść.
Na dowód uporu Cimoszewicza europoseł SLD przytacza anegdotę z czasów, gdy obaj byli ministrami w rządzie Leszka Millera. Polecieli rejsowym samolotem do Brukseli na spotkanie ministrów UE. Gdy mieli wracać, okazało się, że lotnisko w Warszawie jest zamknięte z powodu awarii elektryki.
– Czekamy godzinę, dwie i nic. Zdecydowałem, że zostaję na noc w Brukseli, kupiłem szczoteczkę do zębów, poszedłem na dobrą kolację i przenocowałem w hotelu. Nazajutrz rano spotykam na lotnisku Cimoszewicza, który całą noc czekał na samolot – śmieje się Olejniczak.
Ale w 2005 r. politykom SLD nie było do śmiechu. Jeszcze rok po niefortunnych wyborach prezydenckich, po których Cimoszewicz zaszył się w swojej leśniczówce w Puszczy Białowieskiej, nie chcieli słyszeć o jego powrocie na scenę polityczną.
[srodtytul]Trudny w grze zespołowej [/srodtytul]
Nie była to pierwsza ucieczka Cimoszewicza na Podlasie. Po raz pierwszy wyjechał z Warszawy w latach 80. Ten absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego w czasach PRL postawił na karierę naukową. Studia skończył w 1972 r., należał już wtedy do PZPR. Sześć lat później miał na koncie doktorat z prawa międzynarodowego. Rok 1980, kluczowy dla opozycji walczącej o zalegalizowanie NSZZ "Solidarność", spędził w Nowym Jorku na stypendium fundacji Fulbrighta. Wrócił do kraju w 1981 r., gdy "S" święciła triumfy, a uniwersytecka organizacja partyjna postawiła na rozwój struktur poziomych. Trzy lata później niespodziewanie porzucił uczelnię i wyjechał do Kalinówki Kościelnej, by objąć gospodarstwo po teściu. – Wszystkich zaskoczyła jego emigracja – opowiadał "Rz" Tomasz Nałęcz. – Był przecież warszawiakiem z krwi i kości, a przeistoczył się w rolnika.
Ale po upadku komunizmu Cimoszewicz przebojem wrócił na warszawskie salony. W 1989 r. zdobył mandat poselski z listy PZPR, a gdy w 1990 r. stanął do z góry przegranej walki o prezydenturę i zdobył nieco ponad 9 proc. głosów, stał się dla lewicy symbolem możliwego sukcesu w nowych realiach ustrojowych. Politycy prawicy natomiast przypominali, że Cimoszewicz jest synem zawodowego wojskowego, szefa Informacji Wojskowej WAT. Poseł OKP Jan Beszta-Borowski sugerował, że ojciec Cimoszewicza "miał zwyczaj rozmawiania z ludźmi, trzymając w ręku pistolet i obracając nim na palcu cynglowym". W odpowiedzi poseł Klubu Parlamentarnego Lewicy Demokratycznej nazwał Besztę-Borowskiego "załganym łobuzem".
Ta historia nie przeszkodziła mu zostać w 1993 r. ministrem sprawiedliwości. Ryszard Czarnecki, europoseł PiS, wspomina, jak świeżo upieczony minister bawił się na balu Polsatu w Marriotcie, a w tym czasie złodzieje skradli mu rządowego mercedesa. – Śmiano się z tego w całej Warszawie – mówi Czarnecki.
Jak mówią jego partyjni koledzy, były premier nie jest zdolny do gry zespołowej. – Zawsze myślał tylko o sobie – twierdzi polityk SLD.
Mimo tej cechy, a może właśnie dzięki niej, Cimoszewicz zajmował kolejno stanowiska: premiera, ministra spraw zagranicznych i marszałka Sejmu. A wielu na lewicy ciągle ma nadzieję, że to właśnie on uratuje SLD od stoczenia się w polityczny niebyt. Co prawda Cimoszewicz wielokrotnie dawał do zrozumienia, że nie jest zainteresowany pracą partyjną. Ale kto wie? Zawsze może zmienić zdanie.
[ramka][b]rada europy[/b]
To organizacja skupiająca prawie wszystkie państwa Europy. Zajmuje się głównie ochroną praw człowieka, demokracji i współpracą krajów członkowskich w dziedzinie kultury. Powstała 5 maja 1949 roku w wyniku podpisania przez dziesięć państw traktatu londyńskiego. Jej siedzibą jest Strasburg. Pracami Rady Europy kieruje sekretarz generalny. Jest wybierany na 5-letnią kadencję.
[i]—js[/i][/ramka]
Źródło: wprost.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA