fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Luftwaffe – narzędzie terroru

Piloci Luftwaffe podczas zajęć teoretycznych
Archiwum „Mówią wieki”
Od pierwszych godzin wojny hitlerowska Luftwaffe siała w zaatakowanych krajach śmierć i terror. Ofiarą niemieckiej furii padły: Wieluń, Warszawa, Rotterdam, Londyn, Coventry, Belgrad, Kijów, Stalingrad. Brytyjczycy postanowili odpowiedzieć Hitlerowi pięknym za nadobne i wysłali bombowce nad Niemcy. Wsparta przez Amerykanów ofensywa powietrzna wydatnie osłabiła machinę wojenną Rzeszy, dzięki czemu wojna trwała krócej. Ale ceną była śmierć tysięcy lotników, a przede wszystkim setek tysięcy cywilów z obróconych w perzynę niemieckich miast i ośrodków przemysłowych
Samolot umożliwił atakowanie przeciwnika bez zajmowania jego terytorium. Choć moralnie naganne, możliwe, a nawet celowe okazało się atakowanie ludności cywilnej. W 1921 roku ukazała się rozprawa włoskiego generała Giulia Douheta „Panowanie w powietrzu”, który uznał lotnictwo za oręż rozstrzygający o wyniku wojen, który sparaliżuje siły zbrojne i zaplecze wroga, a także zniszczy jego morale. „Będziemy musieli się pogodzić ze skierowanymi przeciwko nam ofensywami nieprzyjaciela, dążąc wszystkimi siłami do zadania mu większych strat” – pisał. Lotnictwo miało zatem przekształcić konflikt w wojnę totalną.
Te poglądy znalazły odbicie we Francji i Wielkiej Brytanii, które stworzyły floty ciężkich bombowców. Zainspirowały też Adolfa Hitlera i jego prawą rękę Hermanna Göringa, którzy po przejęciu władzy w 1933 roku – wbrew postanowieniom traktatu wersalskiego, który zabraniał Niemcom posiadania lotnictwa wojskowego – przystąpili do odbudowy sił powietrznych. Luftwaffe nie tylko miała być nowoczesnym narzędziem prowadzenia wojny, ale także, a może przede wszystkim, zastraszać przeciwnika i łamać jego wolę oporu. Niemcy mieli w tej dziedzinie pewne tradycje – w czasie pierwszej wojny światowej wielkie sterowce i bombowce Gotha dokonywały nalotów na miasta belgijskie, francuskie i brytyjskie.
Wdrażana w drugiej połowie lat 30. przez armię niemiecką doktryna wojny błyskawicznej zakładała ścisłe współdziałanie lotnictwa z wojskami lądowymi, przede wszystkim jednostkami pancernymi i szybkimi. Dlatego Niemcy zrezygnowali z produkcji ciężkich i kosztownych ciężkich bombowców, a postawili na lekkie maszyny nurkujące (Junkers Ju-87 Stuka) i średnie bombowce, przenoszące od 1 do 2,5 t bomb (Dornier Do-17, Junkers Ju-86 i Ju-88, Heinkel He-111).
Göring, wypróbowany towarzysz Hitlera, niegdyś as myśliwski, dbał nie tylko o rozwój Luftwaffe, ale także o to, by panował w niej nazistowski duch. Lotnikom wpajano, że jako elita niemieckiej „rasy panów” mają być bezwzględni i wykonywać rozkazy bez skrupułów. O tym, że te nauki nie szły w las, świadczy tragiczny los baskij-skiego miasteczka Guernica zbombardowanego 26 kwietnia 1937 roku przez niemiecki Legion Condor wspierający w hiszpańskiej wojnie domowej wojska gen. Franco; zginęło ponad tysiąc mieszkańców, a 60 proc. zabudowy miasta zostało zniszczonych. Groźba bombardowania Pragi zmusiła w marcu 1939 roku władze czechosłowackie do przyjęcia niemieckiego ultimatum.
O brutalności niemieckich lotników wkrótce przekonali się Polacy. 1 września 1939 roku, w dniu rozpoczęcia drugiej wojny światowej, bombowce zmasakrowały leżący w pobliżu granicy Wieluń, w którym nie było żadnych celów wojskowych. Nie oszczędzono nawet szpitala. Na porządku dziennym były terrorystyczne ataki z powietrza na miasta, osiedla czy zatłoczone uchodźcami drogi. Po zrzuceniu bomb Niemcy bardzo często ostrzeliwali bezbronnych ludzi z broni pokładowej. Głównym celem nalotów Luftwaffe stała się Warszawa. Bomby burzące i zapalające zniszczyły wiele budynków, w tym zabytków, takich jak Zamek Królewski, zginęło i zostało rannych ponad 40 tys. cywilów.
W maju 1940 roku Niemcy barbarzyńsko zbombardowali Rotterdam. Gdy nie powiodło się zniszczenie Królewskich Sił Powietrznych (RAF), Hitler postanowił rzucić Brytyjczyków na kolana zmasowanymi uderzeniami na miasta i ośrodki przemysłowe. Przy okazji pałał żądzą rewanżu za atak brytyjskich bombowców na Berlin nocą z 24 na 25 sierpnia 1940 roku. 15 września ponad tysiąc niemieckich bombowców atakowało Londyn. Bitwę o panowanie nad brytyjskim niebem wygrał jednak RAF (wspomagany m.in. przez polskich pilotów myśliwskich) i Hitler musiał odwołać inwazję. Niemcy stracili ponad 1700 maszyn, czyli
50 proc. stanu, a przede wszystkim swe najlepsze kadry – 3500 poległych, rannych i wziętych do niewoli lotników.
W 1941 roku niemieckie bomby spadły na miasta jugosłowiańskie (bardzo mocno ucierpiał Belgrad), greckie i sowieckie.
[srodtytul]Brytyjska odpowiedź[/srodtytul]
Królewskie Siły Powietrzne przystąpiły do wojny słabo przygotowane. Brakowało zwłaszcza nowoczesnych bombowców (podstawowe typy maszyn bombowych RAF w pierwszej fazie wojny: Fairey Battle, Bristol Blenheim i Bristol Beaufighter, miały zbyt mały udźwig i prędkość) oraz myśliwców dalekiego zasięgu mogących stanowić eskortę dla nich. Szwankowało też wyszukiwanie celów.
Dowództwo Bombowe (Bomber Command) RAF opowiadało się za bombardowaniami precyzyjnymi. Starano się atakować tylko cele wojskowe. Już w kwietniu 1940 roku brytyjscy lotnicy ze względu na ponoszone straty zostali zmuszeni do atakowania nocą. Wydatnie utrudniło to trafianie w wyznaczone cele. Raport z 1941 roku stwierdza, że tylko jedna załoga na pięć trafiała mniej niż 5 mil od celu. W miejscach silnie bronionych już tylko co dziesiąta załoga zrzucała bomby w tym promieniu. Dowództwo Bombowe doszło więc do wniosku, że tylko bombardowania obszarowe (pokrycie bombami danego terenu) będą efektywne.
Celem stały się zatem również obiekty cywilne położone w pobliżu baz wojskowych i ośrodków przemysłowych. Miały one nie tylko osłabić niemiecką machinę wojenną, ale także wywrzeć presję psychologiczną na Niemców, których potęga w 1941 roku sięgnęła zenitu. Politycy brytyjscy z premierem Churchillem na czele przystali na tę koncepcję. O rozpoczęciu nocnych nalotów dywanowych na niemieckie miasta przesądziła dyrektywa z 14 lutego 1942 roku: „postanowiono, że główny ciężar waszych operacji będzie koncentrował się na niszczeniu morale ludności cywilnej wroga”. Osiem dni później na czele Dowództwa Bombowego stanął marszałek Arthur Harris, zdecydowany zwolennik bombardowań strategicznych Niemiec, za co otrzymał przydomek „Bomber-Harris”.
Brytyjczycy mieli już potężne czterosilnikowe samoloty, które mogły sprostać takim zadaniom – bombowce Short Stirling, Handley Page Halifax, Avro Manchester i Avro Lancaster. Ogółem na przełomie 1941/1942 roku Bomber Command dysponowało ok. 700 bombowcami i ich liczba stale rosła. Przegrupowanie amerykańskich jednostek lotniczych do Europy i Afryki Północnej rozpoczęło się w lutym 1942 r., ale w czerwcu do walki zdolny był zaledwie dywizjon lekkich bombowców. Załogi średnich i ciężkich bombowców nie były jeszcze dostatecznie przeszkolone. Trzeba też pamiętać, że dla Amerykanów priorytetem były walki na Pacyfiku. Samoloty z białą gwiazdą miały atakować w dzień małe cele, np. pojedyncze fabryki, elektrownie, linie komunikacyjne, natomiast Brytyjczycy i ich sojusznicy ze Wspólnoty Brytyjskiej nocą duże ośrodki przemysłowe i miasta.
Niemcy, zaangażowani w ciężkie walki na froncie wschodnim i Afryce Północnej, nie spodziewali się dużej ofensywy powietrznej aliantów. Na początku roku 1942 terytoriów okupowanych w Europie Zachodniej i Północnej strzegły 3. i 5. Flota Powietrzna, które mogły rzucić przeciwko bombowcom ok. 300 myśliwców Me-109 i FW-190. Na terytorium Rzeszy stacjonowała 1. Dywizja Lotnictwa Nocnego z ok. 250 myśliwcami. Jednostki te w ciągu roku zostały wzmocnione kolejnymi 300 maszynami. Obronę przeciwlotniczą stanowiło prawie 2 tys. baterii dział różnych kalibrów (od 20 do 105 mm) oraz 173 baterie reflektorów. Łącznie w jednostkach przeciwlotniczych służyło ok. 1 mln żołnierzy.
[srodtytul]„Nalot tysiąca” i inne bombardowania 1942 roku[/srodtytul]
Pierwszy duży atak przeprowadzono nocą z 2 na 3 marca 1942 roku siłami 235 bombowców na francuską miejscowość Billancourt pod Paryżem. Znajdowała się tam fabryka sprzętu wojskowego, która została poważnie uszkodzona. Następnie bomby spadły na Dortmund, Essen, Kolonię, Hamburg i czterokrotnie na Rostok. W tym ostatnim, przy stracie 32 bombowców, zniszczono jedną trzecią miasta – 6 tys. cywilów zginęło bądź zostało rannych, kolejnych 100 tys. ewakuowano.
Nocą z 30 na 31 maja 898 bombowców, w tym ponad 300 ciężkich, czteromotorowych, pojawiło się nad Kolonią, zrzucając 1455 t bomb burzących i zapalających. Brytyjczycy wypróbowali tu nową taktykę: nieduża awangarda złożona z najbardziej doświadczonych załóg odnalazła cel za pomocą nowej aparatury radiolokacyjnej i oświetliła go flarami, ułatwiając atak głównej fali bombowców. Pierwszy raz zrzucono też wielką liczbę bomb zapalających, które spowodowały tysiące pożarów. Legło w gruzach, spłonęło lub zostało poważnie uszkodzonych aż 50 tys. budynków! Niemiecka obrona nie zdołała powstrzymać napastników, ale zestrzeliła 40, a uszkodziła 116 bombowców. Operacja ta zyskała miano „nalotu tysiąca”.
Następne duże naloty przeprowadzono na Essen i Bremę, jednak bez tak spektakularnych efektów. Te wielkie operacje zużyły dywizjony bombowe i przez następne miesiące naloty przeprowadzało 200 – 300 alianckich maszyn. Atakowano przede wszystkim przemysłowe serce Rzeszy – Zagłębie Ruhry. Brytyjskie maszyny pojawiły się nawet nad Gdańskiem. W październiku, w związku z desantem w Afryce Północno-Zachodniej, Bomber Command skierowała część sił przeciwko miastom włoskim. Sześciokrotnie atakowano Genuę, siedmiokrotnie Turyn, dwa razy Mediolan, nie ponosząc przy tym dużych strat. Ogółem w 1942 roku RAF zrzucił ponad 45 tys. t bomb przy stracie 1616 samolotów.
Lotnictwo amerykańskie pierwszą akcję przeprowadziło 4 lipca, wysyłając nad Francję sześć lekkich bombowców. Dwa zostały strącone, a jeden uszkodzony. Dopiero w październiku Amerykanie przeprowadzili atak w sile 70 maszyn na rafinerię w Lille. Celność była katastrofalna – większość bomb upadła ok. 3 km od celu. Najważniejszym efektem pojawienia się jankesów nad Europą były zmiany w taktyce. Z powodu siły ognia potężnych latających fortec B-17 i liberatorów B-24 Niemcy zostali zmuszeni do atakowania całymi jednostkami i zwiększenia siły ognia myśliwców. Amerykanie w odpowiedzi wymyślili charakterystyczną formację bojową zwaną box, w której lecące samoloty zapewniały sobie nawzajem wsparcie ogniem krzyżowym.
[srodtytul]Cel: miasta, fabryki, porty[/srodtytul]
Z początkiem 1943 roku na alianckie bombowce czyhało 965 myśliwców, w połowie roku już 1288. Nieba nad Rzeszą broniło z ziemi 1439 baterii ciężkich dział plot. oraz 988 baterii lekkich dział plot.; ciągle przybywały nowe. Rozwijano radiolokacyjny system ostrzegania. Niemcy włożyli też wiele wysiłku w maskowanie i przenoszenie produkcji przemysłowej do miejsc zapewniających ochronę przed bombardowaniem, jak fortyfikacje i podziemne sztolnie, oraz oddalonych od brytyjskich baz, m.in. w Saksonii i na Dolnym Śląsku.
System obrony powietrznej i przeciwlotniczej Rzeszy stworzyło pięć dowództw terytorialnych, które koordynowały działania na danym terenie. Każde dysponowało dywizją myśliwców dziennych i nocnych. We Francji stacjonowała rozbudowana 3. Flota Powietrzna.
Tymczasem sprzymierzeni uzgodnili na konferencji w Casablance „stopniowe niszczenie i zdezorganizowanie niemieckiego systemu wojskowego, przemysłowego i ekonomicznego oraz podcięcie morale społeczeństwa niemieckiego do tego stopnia, by jego zdolność do zbrojnego oporu została osłabiona”. Marszałek Harris stał na stanowisku, że najlepszą strategią są naloty na miasta, Amerykanie zaś opowiadali się za uderzeniami na zakłady przemysłowe. Aby uniknąć sporów, sztaby lotnicze obu armii same wybierały cele dla swych maszyn.
Bomber Command mogła jednocześnie skierować nad Europę ponad 500 bombowców z 1100, które posiadała. Wśród nich było coraz więcej bombowców ciężkich i średnich. Amerykańska 8. Armia Powietrzna mogła jednorazowo rzucić do boju ok. 100 maszyn.
Kryzys w bitwie o Atlantyk sprawił, że w pierwszych miesiącach 1943 roku alianci skupili się na niemieckich stoczniach i bazach okrętów podwodnych. Wilhelmshaven bombardowano siedem razy, Hamburg i Bremę – trzykrotnie. Atakowano też bazy Kriegsmarine we francuskich portach Lorient i St. Nazaire, ale bomby nie były w stanie przebić betonowych stropów bunkrów.
Kontynuowano naloty na miasta, m.in. Essen, Duisburg, Kolonię, ale wskutek coraz silniejszej obrony i złych warunków atmosferycznych efekty nie były zadowalające. Brytyjczycy wprowadzili udoskonalone urządzenia radiolokacyjne i nowe bomby – fosforowe i z opóźnionym zapłonem. Te pierwsze powodowały gigantyczne pożary, ponieważ płonącego fosforu nie dało się ugasić wodą. Ładunki z opóźnionym zapłonem wybuchały już po odlocie bombowców, zabijając ocalałych i ekipy ratownicze.
[srodtytul]Wszystkie siły na Zagłębie Ruhry[/srodtytul]
W marcu 1943 roku marszałek Harris zdecydował o skoncentrowaniu sił na Zagłębiu Ruhry i miastach nad Renem. Był to rejon wysoko uprzemysłowiony, o kluczowym znaczeniu dla gospodarki Niemiec, dlatego jego obrona była wyjątkowo silna – 400 myśliwców. Pierwsze uderzenie spadło na Essen. Poważnie uszkodzono fabrykę Kruppa, samo miasto też mocno ucierpiało. Następna była Norymberga oraz fabryki Siemensa i Mana, które uszkodzono.
Naloty na Zagłębie Ruhry trwały do końca czerwca. Essen i Duisburg bombardowano pięciokrotnie, obracając je w gruzy (w Duisburgu niemal zrównano z ziemią aż 20 ha miasta). Bomby leciały również na Dortmund, Düsseldorf, Bochum (zniszczono ponad 50 ha miasta), Akwizgran. Prawie całkowicie zniszczony został Wuppertal, gdzie 29 maja 611 bombowców dokonało nalotu dywanowego na 500 ha zabudowy. Prawie 120 tys. ludzi zostało bez dachu nad głową, ok. 2,5 tys. zginęło, wielokrotnie więcej odniosło rany. Kilka dni później ten sam los spotkał Oberhausen. Alianckim lotnikom nie przeszkodziło nawet silne zachmurzenie. Dzięki naprowadzaniu przez radar bombardowanie znad pułapu chmur okazało się morderczo skuteczne. Cena sukcesów marszałka Harrisa była jednak duża. Nalot na Wuppertal kosztował RAF 33 zestrzelone i 71 uszkodzonych maszyn. Z wyprawy na Oberhausen nie wróciło 17 samolotów, a 43 wymagały poważnych napraw.
Brytyjscy planiści obmyślili zniszczenie zapór wodnych Möhne, Edar i Sorpe oraz zatopienie znacznych obszarów Zagłębia Ruhry. Tradycyjne bombardowanie nie mogło zniszczyć potężnych betonowych konstrukcji. Atak torpedowy nie wchodził w grę, ponieważ Niemcy zabezpieczyli się siatkami antytorpedowymi. Z pomocą RAF przyszedł dr Barnes Wallis, pracownik firmy zbrojeniowej Vickers, który wykazał, że eksplozja wielkiej, najlepiej 10-tonowej, bomby nie na samej tamie, lecz w jej pobliżu pod powierzchnią wody sprawi, że siła uderzeniowa rozerwie konstrukcję i uwolni masy wody. Stworzono taką bombę w ramach specjalnego projektu o nazwie „Upkeep”, tyle że z mniejszym ładunkiem, ważącą ok. 3 t. Bomba miała być zrzucona na taflę zbiornika wodnego i odbijać się od niej niczym rzucona przez dziecko kaczka. Sformowano specjalny Dywizjon 617 złożony z najbardziej doświadczonych lotników. Mimo to zadanie wydawało się niewykonalne. Samoloty w nocy miały lecieć 20 m nad wodą z prędkością 220 mil/h i zrzucić bomby dokładnie 400 m od celu.
W nocy z 16 na 17 maja 19 zmodyfikowanych lancasterów wystartowało. Powiódł się atak na zapory Möhne i Edar. Tama Sorpe ocalała. Za cenę siedmiu straconych samolotów Brytyjczykom udało się zalać część Zagłębia Ruhry, w tym spore miasta –Dortmund i Hagen. Powódź zniszczyła fabryki, linie kolejowe, elektrownie, magazyny. Kilka milionów ludzi zostało bez dostępu do wody pitnej.
W 1943 r. Brytyjczycy stracili 872 bombowce. Ponad 2 tys. zostało uszkodzonych. Kilka miast zostało prawie całkowicie zniszczonych, wiele następnych poważnie uszkodzonych. Paradoksalnie jednak produkcja przemysłowa nie została poważnie zmniejszona – szacuje się, że opóźnienia w stosunku do planu produkcyjnego sięgały miesiąca – dwóch. Większe znaczenie miało ściąganie robotników, w tym ok. 50 tys. z Wału Atlantyckiego, do usuwania zniszczeń. Niemcy przyspieszyli dyslokację fabryk. Do podziemnego kompleksu Dora k. Nordhausen w Górach Harzu przeniesiono np. produkcję rakiet V2.
[srodtytul]Hamburg w ognistej kuli[/srodtytul]
W tym czasie amerykańska 8. Armia Powietrzna dalej atakowała niewielkimi siłami (10 – 70 samolotów) bazy okrętów podwodnych, stocznie oraz urządzenia kolejowe we Francji. Nawet jeśli Amerykanie odnosili sukcesy, to okazywały się one nietrwałe – np. zbombardowanie stacji kolejowej w Rennes zablokowało ruch zaledwie na cztery dni.
Pierwszą akcję, w której wzięło udział ponad 100 bombowców amerykańskich, przeprowadzono 17 kwietnia 1943 roku. Ze 155 samolotów, które wystartowały, nad cel – zakłady lotnicze Focke Wulf w Bremie – dotarło 106. Bomby trafiły – połowa kompleksu została zburzona lub uszkodzona. Ale Niemcy nie próżnowali. W efekcie zażartej walki z myśliwcami i artylerią plot. 22 bombowce zostały zestrzelone, a 46 uszkodzonych. Amerykańskie straty były bardzo duże i wciąż rosły. Do maja jankesi stracili 153 samoloty zestrzelone, a w czerwcu 90 kolejnych.
Również w atakach na cele położone w krajach okupowanych, takich jak Francja, Belgia czy... Polska, nierzadko ginęli cywile. Tylko podczas nalotu na Rennes zginęło i odniosło obrażenia ok. 300 Francuzów. Rządy na uchodźstwie stanowczo protestowały. Alianci postanowili jednak kontynuować bombardowania bez względu na straty sojuszników.
Rosnące straty wymuszały kolejne innowacje. I tak pod koniec lipca Brytyjczycy wprowadzili do użytku paski folii, które miały zakłócać pracę niemieckich stacji radarowych. Marszałek Harris postanowił także atakować jednocześnie kilka celów, co miało zdezorientować i rozproszyć obronę przeciwlotniczą wroga. Ta runda zmagań rozpoczęła się nocą z 24 na 25 lipca 1943 roku.
Najsilniejszy cios spadł na Hamburg, który był już wcześniej bombardowany. Duże portowe miasto było dla aliantów dobrym celem, gdyż znajdowało się stosunkowo blisko lotnisk na Wyspach Brytyjskich. Samoloty RAF leciały wzdłuż 54. równoleżnika, następnie skręciły na południowy wschód, by dotrzeć do Hamburga od strony lądu. Awangarda formacji w sile 20 maszyn o godz. 0.57 25 lipca żółtymi bombami oświetlającymi wyznaczyła cel. Następnie pojawiły się bombowce tzw. korektorskie, które markerami w kolorze zielonym go uszczegółowiły. Trzy minuty później nad miasto dotarła pierwsza fala bombowców z 728 wysłanych. Zniszczenia były znaczne. Paski folii spełniły swoje zadanie, zaskakując obronę przeciwlotniczą Niemców. Potwierdzają to stosunkowo niskie straty brytyjskie: 12 samolotów zestrzelonych i 31 uszkodzonych.
Analiza zdjęć lotniczych wykonanych po nalocie nie zadowoliła dowództwa aliantów, które spodziewało się większych efektów. Zatem już kilkanaście godzin później bomby na Hamburg zrzuciło 68 ciężkich bombowców amerykańskich. 26 lipca Amerykanie ponownie się zjawili i zrzucili śmiercionośny ładunek na zasnute dymami miasto. Nocą po drugim ataku amerykańskich bombowców ponownie nadlecieli Brytyjczycy. 722 maszyny były
w znacznej części załadowane bombami zapalającymi, które runęły na wschodnią część miasta, wywołując tzw. burzę ogniową. Taki pożar nieustannie zasysa tlen z otoczenia, co podnosi temperaturę płomieni nawet do 1600 stopni. Ofiary, które nie spłoną, duszą się z braku powietrza. Dzieła zniszczenia dopełnił wiatr wiejący z ogromną prędkością 240 km/h. Nikt w jego zasięgu nie mógł ujść z życiem. Ponad 20 km kw. Hamburga zmieniło się w płonące piekło.
Bomber Command straciła 17 strąconych i 49 uszkodzonych bombowców – za mało, aby odwieść Harrisa od trzeciego nalotu. Nocą z 29 na 30 lipca RAF znowu uderzyła w sile 699 maszyn. Pożary objęły 60 km kw. miasta, a burza ogniowa jeszcze raz zebrała śmiercionośne żniwo. Nie był to jednak koniec gehenny. Dwie noce później brytyjskie samoloty po raz czwarty ruszyły nad Hamburg. Leciały nad Morzem Północnym, gdzie panowały tamtej nocy trudne warunki atmosferyczne – wysokie chmury i wiatr. Mimo to ok. 350 bombowców odnalazło cel. Bomby zapalające ponownie stworzyły ogniową burzę. W tej operacji brytyjskie straty były najpoważniejsze: 30 samolotów zniszczonych oraz 51 uszkodzonych.
Ogółem na miasto spadło prawie 9 tys. ton bomb – po połowie zapalających i burzących. Całkowicie zburzonych zostało ponad 40 tys. budynków, prawie dwie trzecie miasta obróciło się w gruzy. Ludność została zdziesiątkowana – 80 tys. zabitych i rannych. Pięciokrotnie więcej zostało bez dachu nad głową.
Bomber Command świętowała sukces. Za cenę 86 maszyn udowodniła skuteczność przyjętej taktyki. Paski folii spełniły pokładane nadzieje. Obrońcy pozbawieni namiarów z naziemnych stacji radiolokacyjnych mogli korzystać tylko z nasłuchów rozmów pilotów z dowództwem.
[srodtytul]Drezno i fabryki na ostatek[/srodtytul]
Harris postanowił kontynuować naloty dywanowe na niemieckie miasta, będąc przekonanym, że złamie to morale Niemców i doprowadzi do zakończenia wojny. Ostateczny koniec Trzeciej Rzeszy przewidywał na kwiecień 1944 roku. W rozmowach z politykami i wysokimi oficerami alianckimi z przekąsem twierdził, że wojska lądowe gromadzone i ćwiczone do przeprowadzenia wielkiej inwazji na Francję doskonale nadadzą się na siły okupacyjne, gdy Niemcy poproszą o łaskę.
Celami aliantów stały się ośrodki przemysłowe: Essen, Manheim, Frankfurt n. Menem, Hanower, Kassel. Najpoważniejszym wyzwaniem ze względu na skomasowaną niemiecką obronę był Berlin. Na przełomie sierpnia i września bombowce RAF pojawiły się nad nim trzy razy, tracąc jednak prawie 250 maszyn zestrzelonych i uszkodzonych.
Ofensywa powietrzna marszałka Harrisa trwała do marca 1944 roku. Ostatnim jej akordem był nalot na Norymbergę nocą z 26 na 27 marca. Nocne myśliwce rozbiły zwartą formację bombowców i rozpoczęły polowanie. 95 alianckich maszyn spadło na ziemię, 71 było uszkodzonych. Tego było już za wiele dla Amerykanów, którzy wymogli na Brytyjczykach podporządkowanie sił lotniczych gen. Eisenhowerowi, najwyższemu dowódcy sił sprzymierzonych w Europie. Ten zaś rozkazał się skupić na działaniach związanych z planowaną na czerwiec inwazją w Normandii.
Po wyzwoleniu Francji alianci wzmogli naloty na niemieckie miasta. W nocy z 13 na 14 lutego 1945 roku Bomber Command (na prośbę Sowietów) wysłała 805 bombowców na Drezno. Zrównały one miasto z ziemią. Burza ogniowa zabiła 18 – 25 tys. ludzi, z czego 70 proc. zmarło w wyniku uduszenia.
Chociaż naloty dywanowe nie załamały Niemców, jak tego chciał Harris, niewątpliwie przyczyniły się do ich ostatecznej klęski. Obrona przeciwlotnicza odciągała wielką liczbę żołnierzy i sprzętu od walk na froncie – w 1945 roku w tych jednostkach służyło ok. 650 tys. ludzi. Do tego trzeba dodać
500 – 800 tys. robotników usuwających zniszczenia (w znacznej części przymusowych, zwiezionych z krajów okupowanych). Przemysł zbrojeniowy musiał produkować sprzęt przeciwlotniczy i ciężkie myśliwce, ograniczając produkcję dla wojsk lądowych. Sam też ponosił ciężkie straty, chociaż mniejsze od zakładanych przez aliantów. Warto pamiętać, że mimo nalotów w 1944 roku produkcja przemysłowa Niemiec wzrosła. Był to efekt uporu marszałka Harrisa, który absolutnie nie chciał odejść od koncepcji nalotów strefowych na miasta na rzecz nalotów precyzyjnych na wybrane kompleksy przemysłowe. Zmuszony w końcu do tego, osiągnął największy sukces, niszcząc rafinerie.
Problemem, który rozwiązano dopiero w kwietniu 1944 roku, były rozbieżne cele i działania lotnictwa brytyjskiego i amerykańskiego. Amerykanie od początku skupili się na niszczeniu przemysłu i zaplecza wroga. Jednak wskutek powolnego przyrostu swoich sił długo nie mogli zrealizować zadań. Ta dwutorowość rozdrabniała i osłabiała wysiłek strategicznego lotnictwa sprzymierzonych.
[srodtytul]Polskie dywizjony[/srodtytul]
Pierwsze nasze dywizjony bombowe w Wielkiej Brytanii zaczęto formować równocześnie z ich bardziej znanymi myśliwskimi kuzynami. 300. Dywizjon Bombowy Ziemi Mazowieckiej powstał już w lipcu 1940 roku. W sierpniu utworzono 301. Dywizjon Ziemi Pomorskiej. Do końca wojny zorganizowano jeszcze dwa: 304. DB Ziemi Śląskiej oraz 305. DB Ziemi Wielkopolskiej. Wskutek poniesionych strat w 1943 roku 301. Dywizjon został rozformowany, a jego załogi zasiliły pozostałe jednostki. Część z nich utworzyła polską eskadrę do zadań specjalnych przy jednym z dywizjonów brytyjskich. Później uzyskała ona niezależność i jako 1586. Eskadra Specjalnego Przeznaczenia dokonywała zrzutów w okupowanej Europie, m.in. wspierała walczącą Warszawę w 1944 roku.
Polscy lotnicy uczestniczyli w największych alianckich operacjach, takich jak „nalot tysiąca” na Kolonię czy ataki na Lubekę i Hamburg. Ponieśli bardzo wysokie straty. Ponad 1000 zginęło w akcji lub podczas szkolenia, a ponad 200 dostało się do niewoli. Bardzo dobre opinie zbierali też polscy piloci myśliwscy eskortujący bombowce. Amerykanie wręcz domagali się polskiej osłony.
[ramka][srodtytul]Widziałem samoloty w każdym stadium zniszczenia...[/srodtytul]
17 sierpnia 1943 r. amerykańska 8. Armia Powietrzna przeprowadziła dwa zmasowane naloty na zakłady niemieckiego przemysłu lotniczego: fabrykę Messerschmitta w Ratyzbonie i fabrykę łożysk kulkowych w Schweinfurcie. Jej uczestnikiem był ppłk Beirne Lay Jr, nawigator w załodze latającej fortecy B-17 z 100. Grupy Bombowej:
„O godz. 10.17 w pobliżu Woensdrecht zauważyłem przy nas pierwsze krzaczki artylerii przeciwlotniczej. Ostrzał był słaby i niecelny. Kilka minut później dwa FW-190 pojawiły się na godzinie pierwszej i śmignęły przez formację przed nami w czołowym ataku, trafiając dwa B-17 w skrzydła i przebijając się pod nami w półbeczkach. Oba bombowce natychmiast zaczęły ciągnąć za sobą smugi dymu, lecz utrzymały swoje pozycje (...) To był dopiero początek. Trzy minuty później strzelcy zameldowali o nadlatujących ze wszystkich stron, pojedynczo i parami, zwiększających wysokość lotu myśliw- cach. Były tam FW-190 i Bf-109 (...) Dwie fortece z naszego dolnego dywizjonu i jedna z grupy przed nami stanęły w ogniu i wypadły z szyku, a ich załogi wyskakiwały na zewnątrz (...) Patrząc na te wszyst- kie myśliwce, miałem wyraźne uczucie, że jestem w pułapce (...) Odwracając swoje żółte nosy w szero- kim zakręcie, dywizjon liczący tuzin Bf 109 parami i w czwórkach nadleciał z kierunku godziny 12. Nad naszym prawym skrzydłem przefrunął błyszczący, srebrny obiekt. Poznałem, że były to główne drzwi wejściowe. Sekundę później ciemny obiekt przekoziołkował przez formację, ledwie mijając kilka śmigieł. Był to człowiek przyciskający kolana do głowy i wirujący jak po skoku z trampoliny w potrójnym salcie.
Jedna z fortec, utrzymując wysokość, stopniowo odłączała się z szyku z prawej strony. W ułamku sekundy samolot ten zniknął w oślepiającej eksplozji (…).
Widziałem rzucane za nas pędem powietrza włazy awaryjne, drzwi wejściowe, przed- wcześnie rzucane spadochrony, ciała i rozmaite fragmenty B-17 i szwabskich myśliwców.
Widziałem B-17 spadające na ziemię w każdym stadium zniszczenia – od odstrzelonych silników do urwanych sterów. Spoglądałem też na nasze i nieprzyjacielskie spadochrony spływające w dół. Był to nadzwyczajny spektakl. Żaden wytwór fantazji nie mógł się z nim równać”.
[i]przeł. Janusz Błaszczyk[/i]
[srodtytul]Strategia i taktyka: obrona powietrzna Rzeszy[/srodtytul]
Obrona powietrzna Rzeszy składała się z trzech linii. Pierwszą stanowiły grupy myśliwców przechwytujących, które operowały wzdłuż wybrzeży Francji, Belgii, Holandii i Niemiec. W drugim rzucie, wzdłuż granic Niemiec, znajdowały się kolejne grupy
myśliwców współpracujących z siatką stacji radiolokacyjnych, które naprowadzały pilotów na alianckie bombowce. Trzecią linię obrony stanowiły dywizje i pułki dział przeciwlotniczych, reflektorów oraz balonów zaporowych wokół dużych miast, zakładów przemysłowych i innych obiektów strategicznych. Samoloty alianckie musiały zazwyczaj pokonać dwa – trzy pierścienie ognia plot., zanim dotarły do celu.
Pojawienie się na niebie Rzeszy ciężkich amerykańskich bombowców B-17 Latająca Forteca i B-24 Liberator zmusiło niemieckich pilotów do opracowania nowej taktyki walki. Zestrzelenie dużej i silnie opancerzonej czterosilnikowej maszyny nie było łatwe. Zadanie to utrudniał zwarty szyk bombowców. Dobrze uzbrojone samoloty alianckie tworzyły wokół siebie trudną do przebycia zasłonę z ognia karabinów maszynowych.
Podejście na odległość skutecznego strzału wymagało od pilotów Luftwaffe żelaznych nerwów. Część z nich – szczególnie ci mniej doświadczeni – otwierała ogień zbyt wcześnie, nie wyrządzając wrogowi dużych szkód, lub wyłamywała się z szyku, nie wytrzymując napięcia. Klasyczne ataki od tyłu nie przynosiły oczekiwanych efektów. Na przełomie 1942/1943 roku Niemcy zaczęli więc uderzać na alianckie formacje bombowe od czoła, gdzie ogień obrony był najsłabszy. Celem pierwszego ataku było wytrącenie jak największej ilości wrogich maszyn z szyku, a następnie dobijanie pojedynczych bombowców z dala od grupy. Wkrótce taktycy Luftwaffe opracowali optymalny kąt ataku i straty aliantów zaczęły wyraźnie rosnąć. W odpowiedzi w kwietniu 1943 roku Amerykanie wyposażyli swoje myśliwce w dodatkowe zbiorniki paliwa, dzięki czemu wydłużyli zasięg osłony. Niemieckim maszynom coraz trudniej było się przedrzeć do bombowców.
Niemcy próbowali odzyskać inicjatywę, tworząc myśliwskie eskadry szturmowe, tzw. Sturmstaffel.
Dodatkowo opancerzone i wyposażone w działka 30 mm oraz rakiety 210 mm samoloty
Focke-Wulf 190 uderzały z dużą prędkością na formację bombową, oddawały morderczą salwę i odskakiwały, unikając walki z myśliwcami wroga. Taktyka ta okazała się jednak zbyt kosztowna ze względu na konieczność eskortowania ociężałych szturmowców przez własne myśliwce.
[i]Aleksander Socha[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA