fbTrack

Świat

Ganley wraca do gry

Declan Ganley: Zostałem sprowokowany
Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Twórca Libertasu tłumaczy „Rz”, dlaczego włączył się do kampanii przed referendum w sprawie traktatu lizbońskiego
– Zdecydowałem się wziąć udział w kampanii, bo zostałem sprowokowany. Władze wprowadzają ludzi w błąd w taki sposób, że zwyczajnie nie mogę tego dłużej znieść – powiedział „Rz” Declan Ganley. Biznesmen, który w znacznym stopniu przyczynił się do odrzucenia traktatu reformującego UE w pierwszym referendum w 2008 r., znów stanął do boju, choć trzy miesiące temu zapowiadał, że wycofuje się z polityki.
Irlandzki premier Brian Cowen jest zdziwiony. – Jak zrozumiałem, jego stanowisko po wyborach do Parlamentu Europejskiego było takie, że bez mandatu nie będzie odpowiednią osobą do przewodzenia kampanii. Ale, jak wszyscy wiemy, w referendum każdy obywatel może wyrazić swą opinię – stwierdził szef rządu. Sukces odniesiony w pierwszym referendum lizbońskim miał być dla Ganleya trampoliną do wielkiej kariery, ale założona przez niego ogólnoeuropejska partia Libertas poniosła sromotną klęskę w wyborach do europarlamentu. Ganley nie uzyskał mandatu. Do porażki biznesmena przyczyniły się oskarżenia o niejasne powiązania jego firmy z wojskiem i służbami specjalnymi USA. Chadecki poseł Jim Higgins nazwał nawet Ganleya marionetką amerykańskiej armii. Po porażce twórca Libertasu ogłosił, że wycofuje się z polityki i zajmie się wyłącznie swą firmą Rivada Networks, dostarczającą urządzenia telekomunikacyjne armii i policji USA.
Czy Ganley ma szansę na ponowne zablokowanie traktatu? Według sondażu w „Sunday Business Post” 62 proc. Irlandczyków zamierza głosować obecnie za Lizboną, a tylko 23 proc. jest przeciw. Z wyjątkiem lewicowo-narodowej partii Sinn Fein wszystkie ugrupowania w parlamencie prowadzą kampanię na rzecz „tak”. Cowen podkreśla, że po referendum z 2008 r. Irlandia zagwarantowała sobie prawo do posiadania komisarza w Komisji Europejskiej oraz niezależność w sprawach podatkowych i światopoglądowych. Brak tych gwarancji był powodem sprzeciwu wobec Lizbony, więc – jak podkreślają zwolennicy traktatu – teraz kampania „nie” jest już bez sensu. – Coraz więcej ludzi dochodzi poza tym do wniosku, że w Europie jesteśmy mocniejsi, że skala i nasilenie problemów, wobec których stoimy, wymagają od nas wspólnej pracy z innymi państwami, które mogą nam pomóc w rozwiązaniu naszych problemów – podkreśla Cowen. Ganley przedstawia kampanię prolizbońską jako spisek rządzącej w Irlandii klasy politycznej. – Oni po prostu uciekają się do kłamstw w ich desperackim dążeniu do przeforsowania swojego stanowiska – powiedział. Według niego gwarancje, o których mówi rząd, nic tak naprawdę nie znaczą, bo nie wpisano ich do traktatu. Susan O’Keeffe z Partii Pracy uważa, że powrót Ganleya na scenę to efekt dobrze zaplanowanej strategii politycznego PR. Zdaniem komentatorów Ganley może wzmocnić kampanię obozu „nie”, pozbawionego dotychczas lidera, który potrafiłby skupić na sobie uwagę mediów. „Pan nie” zaczął już brylować w radiu i telewizji. – Jeśli zagłosujecie „tak”, pomożecie Brianowi Cowenowi w wyprzedaży interesów tego kraju na rzecz przez nikogo niewybranych elit z Europy! – ostrzegał wczoraj słuchaczy rozgłośni RTÉ. [i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autora [mail=m.szymaniak@rp.pl ]m.szymaniak@rp.pl [/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL