Media

Sumienia propagandystów

Rzeczpospolita
Skąd właściwie tak zwane środowisko dziennikarskie czerpie wiedzę o tym co dobre, a co złe – zastanawia się publicysta „Rzeczpospolitej”
Prośby o zawetowanie ustawy medialnej płynęły do prezydenta z rozmaitych środowisk, włącznie z takimi, które trudno podejrzewać o jakąkolwiek sympatię do PiS: od przedstawicieli OBWE po rodzimych twórców kultury. Ponieważ prezydent prośby spełnił, można mieć nadzieję, że nie wejdzie ona w życie, co jest ze wszech miar dobrą wiadomością.
Wraz z szeregiem kuriozalnych zapisów, jakie się w ustawie znalazły, przepadnie też wtedy senacka poprawka o „klauzuli sumienia” umieszczona tam wskutek lobbingu części mediów, a wymyślona przez komentatora „Polityki” Jacka Żakowskiego. Być może będzie to ostateczny koniec tego pomysłu. [wyimek]Dlaczego nieumieszczenie w lekturach obowiązkowych Gombrowicza przez ministra Giertycha było zamachem na polską kulturę, a radosna twórczość minister Hall nie budzi zastrzeżeń (choć i ona Gombrowicza z lektur wykreśliła, przy kompletnym milczeniu jego obrońców)?[/wyimek]
Nie można jednak wykluczyć, że wspomniane lobby, zachęcone raz odniesionym sukcesem, jakim było wprowadzenie zapisu do tekstu ustawy, podejmie kolejne próby zatroskania się o sumienia pracowników mediów publicznych. Przecież to tak pięknie brzmi: „dziennikarskie sumienie”! Któż byłby tak nikczemny, aby opowiadać się za łamaniem sumień?! [srodtytul]Męczeństwo Hanny Lis[/srodtytul] Za piękną nazwą kryje się jednak, jak to często bywa, coś niepięknego. Wymowny jest fakt, iż nieszczęsna „klauzula sumienia” zaistniała jako pokłosie sprawy Hanny Lis, której niesubordynację w „Wiadomościach” TVP usiłowano przedstawić w podobnej aurze męczeństwa, jaką otoczono niegdyś odsunięcie jej męża od kierowania „Wydarzeniami” Polsatu. Kreowano więc prezenterkę „Wiadomości” na osobę, która odmówiła udziału w manipulacji i za to spotkały ją represje. Prawda była inna. Hanna Lis odmówiła przeczytania istotnej części informacji – a mianowicie, że sondaż w nader pozytywnym świetle stawiający kandydatów Platformy Obywatelskiej przygotowała instytucja, której twórczyni i wieloletnia szefowa także kandyduje z tej listy. Każdy sam ocenić może, że nie szło tu o trzymanie dziennikarskiego standardu, a wręcz przeciwnie – o podkadzenie władzy. Rada Etyki TVP w każdym razie nie miała co do tego wątpliwości. Osobna sprawa, że powodem zwolnienia prezenterki nie było samo to zdarzenie, ale zlekceważenie służbowego polecenia przełożonych żądających od niej wyjaśnień. To zdaje się świadczyć, iż Hanna Lis czuła się w „Wiadomościach” bardzo mocno, będąc zapewne przekonaną, iż przełożeni są już „na wylocie” i rychło zastąpią ich nominaci z jedynie słusznego rozdania. [srodtytul]Prawo do agitacji [/srodtytul] „Klauzula sumienia”, taka, jak ją wymyślił Żakowski, a gorąco poparła „Gazeta Wyborcza”, miała na przyszłość takie zachowania usankcjonować – dać dziennikarzom mediów publicznych prawo do lekceważenia sekretarza redakcji, redaktora naczelnego i innych redakcyjnych przełożonych w imię głoszenia poglądów uznawanych przez dziennikarski establishment za właściwe. Niezwykle ważne jest, że prawo do kierowania się „sumieniem” mieliby jedynie pracownicy mediów publicznych. Przypomnijmy tylko, jak gazeta, która tak gorąco gardłowała za „klauzulą sumienia”, potraktowała własnego dziennikarza Romana Graczyka, kiedy ten w swoim sumieniu uznał, że antylustracyjna histeria szerzona przez jego gazetę jest zła i szkodliwa, i wnioskiem tym podzielił się z redakcyjnym kolegium. Mówiąc krótko, troska o niezależność dziennikarzy mediów publicznych mieściła się w ogólnej linii, jaką wspomniana gazeta i sprzymierzone z nią media prezentują od lat. Oni, jako media prywatne, mają prawo uprawiać polityczną agitację na rzecz konkretnej partii i prowadzić kampanie polityczne, nie mówiąc już o podporządkowaniu swego przekazu promowaniu określonej ideologii, bo „to oczywiste”. Natomiast mediom publicznym nie wolno dopuszczać do głosu zwolenników innych poglądów niż jedynie słuszne, ponieważ są publiczne. Jeśli nie można już im tego uniemożliwić, jak udawało się to w latach 90. poprzez postkomunistyczno-udecki nadzór polityczny, to można zdezorganizować konkurencję „klauzulą sumienia”. [srodtytul]Co wiedzą dziennikarze[/srodtytul] Któż więc miałby rządzić mediami publicznymi, jeśli nie ich zarządy i kierownictwa redakcji? Narzucająca się odpowiedź: „salon”, naraża tego, kto jej udzieli, na szyderstwa i kpiny. Cóż, skłonnym do podchwytywania takich szyderstw doradzałbym zastanowienie się, skąd właściwie tak zwane środowisko dziennikarskie czerpie wiedzę o tym co dobre, a co złe. Ot, weźmy taki przykład: zakaz aborcji i zakaz klapsa. Dziennikarska masa wie, że w pierwszym wypadku należy kierować się twierdzeniem: „owszem, aborcja jest złem, ale jest powszechna, a nie można kryminalizować czegoś, co jest powszechne” – i rozwijać je poprzez obrazowe ukazywanie patologii, jakie powoduje zakazywanie czegoś, czego wielka część społeczeństwa nie potępia, prezentując rozmiary aborcyjnego podziemia i aborcyjnej turystyki. W drugim natomiast wypadku obowiązuje logika dokładnie odwrotna – „owszem, bicie dzieci jest powszechne, ale jest złem, a na zło nie wolno przyzwalać, zakaz, nawet jeśli odbierany jako nieuzasadniony, odgrywa rolę edukacyjną i przyczynia się do oduczenia społeczeństwa niewłaściwych zachowań” – w imię której komentarze iść muszą w kierunku eksponowania budzących oczywiste emocje przypadków znęcania się nad dziećmi. Nie chce mi się powtarzać pytań naiwnych: dlaczego poseł PiS jest śmieszny, kiedy chce czyścić kioski z pornografii, a posłanka PO nie jest śmieszna, kiedy chce czyścić pobocza z prostytutek, albo dlaczego nieumieszczenie w lekturach obowiązkowych Witolda Gombrowicza przez ministra Romana Giertycha było zamachem na polską kulturę, a radosna twórczość minister Katarzyny Hall, odbierająca zupełnie wartość publicznej edukacji, nie budzi zastrzeżeń (choć i ona Gombrowicza z lektur wykreśliła, tym razem przy kompletnym milczeniu jego obrońców). Nie będę pytał, dlaczego słowa Jarosława Kaczyńskiego o ZOMO są bezustannie powtarzane, i są zresztą jedynym dowodem zagrożenia dla państwa, jakim miały być jego rządy, a niejasna sytuacja mieszkaniowo-biznesowa ministra Pawła Grasia, powiązania szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, niespełnienie obietnicy, że po wyborach rząd wyjaśni wreszcie, komu i na jakich warunkach sprzedał stocznie, dofinansowanie pieniędzmi warszawiaków budowy stadionu, z którego korzystać będzie Legia Warszawa – klub będący własnością ITI, nie wspominając już o prostactwie posła Janusza Palikota i niezrównoważeniu marszałka Stefana Niesiołowskiego, są – jak na razie – tematami uważanymi przez znaczącą część mediów za całkowicie nieatrakcyjne. Lista takich pytań jest długa, ale odpowiedź oczywista, i nawet przez niektóre dziennikarskie tuzy wyłożona publicznie wprost: nie wolno krytykować Donalda Tuska, bo to służy Kaczyńskim, a podstawowym celem dziennikarstwa jest takie urabianie opinii publicznej, aby żadni Kaczyńscy czy inni prawicowi dekomunizatorzy i rozbijacze układów nigdy do władzy wrócić nie mogli. [srodtytul]Na modłę PRL[/srodtytul] To część zjawiska przez tych, którzy chcą je dostrzegać, dość dobrze już opisanego – mentalności propagandystów z rozdania wspomnianego już sojuszu SLD – UD (później UW), którzy na mocy politycznych decyzji nowej władzy opanowali media w poprzedniej dekadzie, a którzy otwarcie drogi do pewnej pluralizacji mediów za rządów PiS uznali za śmiertelne zagrożenie pozycji swojej i swych patronów. Ci ludzie, angażując się w sposób nieskrywany w polityczną propagandę, realizując polityczne, a wręcz partyjne cele, zdeprawowali polskie dziennikarstwo do poziomu masowej perswazji w stylu peerelowskim. Zdemoralizowali przy tym nie tylko dziennikarski narybek, ale też sporą grupę identyfikujących się z nimi sfrustrowanych inteligentów i dostarczając im codziennej pożywki do intensywnego przeżywania oburzenia i nienawiści do ciemnego polactwa, moherów, oszołomów i innych burzycieli ładu III RP. Ani ich cele, ani metody działania nie są tajemnicą, więc na zadane wyżej pytania nie sposób udzielić oryginalnej odpowiedzi. Ale powtórzę – skąd dziennikarska masa wie, sama z siebie, bez żadnych (jak sądzę) instrukcji, nawet ustnych, kiedy należy stosować logikę taką, a w jakich sytuacjach odwrotną? Jeśli ktoś zna wyjaśnienie lepsze niż mieszczące się w użytym tu określeniu „salon”, bardzo go jestem ciekaw (ale z góry zapowiadam, że argumentu „bo wszyscy mądrzy ludzie wiedzą, że…” nie przyjmę). Trzeba jednak na razie poprzestać na wskazaniu grupy medialnego establishmentu będącego częścią establishmentu III RP i dlatego zainteresowanego zaciekłą obroną wszystkich jej patologii i na stwierdzeniu, iż jest on władny narzucać pewne mody, normy „poprawności”, przestrzegane przez znaczącą część szeregowych dziennikarzy. Siła ta płynie nie tylko ze sławnych nazwisk, wypromowanych w złotych latach 90., ale też ze wciąż posiadanych możliwości wpływu na awans, na atrakcyjny wyjazd czy innego rodzaju nagrody dla tych, którzy potrafią w lot chwycić, co należy w jakiej kwestii myśleć i dla której z osób publicznych być miłym, a na którą warczeć. [srodtytul]Umacnianie wpływów[/srodtytul] Ograniczenie prawa do posiadania sumienia tylko do dziennikarzy mediów publicznych nie miało bynajmniej chronić wartości, bo środowisku, które z tą inicjatywą wystąpiło i ją wsparło, pojęcia dziennikarskiej niezależności, obiektywizmu i sumienia są obce. Chodziło tylko o stworzenie medialnemu establishmentowi dodatkowego narzędzia do umacniania swych wpływów, a co najmniej do dezorganizowania mediów wpływowi temu się niepoddających.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL