Kultura

Awinion jest teatrem

Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Miasto staje się w lipcu największą sceną świata. O takim stężeniu teatru na jeden centymetr kwadratowy nie śniło się, jak pisał Szekspir, nawet filozofom. Turyści kupują ponad milion biletów na spektakle. Zostawiają w Prowansji około 2 mld euro
Aby zanurzyć się w świecie iluzji, nie trzeba przekraczać progu żadnej sali. Króluje na ulicach, placach, dziedzińcach. Już u wyjścia z dworca kolejowego bombardują festiwalowych gości tysiące barwnych plakatów i ulotek.
Przyczepionych, przyklejonych gdzie się da: do lampy, do witryny, do parkanu i do średniowiecznych murów. Idąc ulicą Republiki w stronę Pałacu Papieży, przeciskając się pomiędzy platanami przez ciasno zbity tłum – trzeba zapomnieć o ciszy i spokoju. Głośniej jest tylko na sambodromie w Rio de Janeiro. Przed ratuszem na placu Zegarowym, gdzie przez całą noc wiruje kolorowa karuzela w stylu retro, suną korowody dam i kawalerów w perukach, pląsają półnagie tancerki z ogromnymi pióropuszami. Nagle wszyscy się rozstępują – środkiem mknie kawalkada biało-niebieskich szaletów z czerwonym serduszkiem: tak w Awinionie zwabia się widzów na sztuki Marivaux. W kawiarni obok występuje paryska śpiewaczka czasu okupacji. Pomiędzy stoliki wpada grupa esesmanów w podkutych butach, czarnych mundurach, z trupimi czaszkami na czapkach. Czwórka mimów przedstawia się jako Najstarsze Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Odgrywa obrazy z "Guerniki" Picassa. Przed katedrą spotkałem młodzieżowy zespół Skowronki, który tańczył kujawiaka. W tym roku najwięcej było naśladowców Michaela Jacksona.
[srodtytul]Kocioł z ulotkami [/srodtytul] Tylko dwa razy od 1947 r. lipcowy Awinion był pogrążony w ciszy. W 1968 r. zablokowano go armatkami wodnymi w obawie przed rebelią studentów. W 2003 r. strajk techników teatralnych naraził region na straty szacowane na 1,5 mld euro. A więc można żyć nie tylko teatrem: można też żyć z teatru. Co roku podczas dwóch imprez teatralnych, głównej – Avignon In – i Avignon Off, widzowie kupują ponad milion biletów. Oglądają ponad tysiąc spektakli. Konkurencja jest mordercza. Dlatego nawet najlepsze zespoły reklamują się fragmentami przedstawień. Nikt nie nadużywa niczyjej życzliwości. Trzeba zagrać swoje, rozdać ulotki i dać szansę innym. Rozmodlone anioły z aureolami ustępują miejsca bandzie ludzi płazów wymazanych błotem. Ci zaś – dżentelmenowi w słomkowym kapeluszu. Mknie na welocypedzie, ciągnąc ogrodowy wózek, na nim zaś piękną dziewczynę w sukience w grochy, która gra na pianinie. Naprawdę ważna uwaga dla przechodniów: Francuzi to urodzeni pracownicy reklamy. Nie można przejść 10 metrów, by nie zgromadzić pół plecaka ulotek zapraszających na występ. Aktorzy wciągają w rozmowę. Wypytują o gusta. Przekonują, że ich widowisko jest właśnie dla nas. Rozmawiają, a jednocześnie cały czas ćwiczą rolę i wypróbowują nasze reakcje. Nawet mysz się nie prześlizgnie, bo uliczki średniowiecznego Awinionu są wąskie. Kto spróbuje uciekać, szybko wpadnie w następny kocioł. Ale to są przyjemne pułapki. Możliwość zadzierzgnięcia przyjaźni. Nikt z niej nie rezygnuje. Nawet jeśli aktorzy przerywają obiad. Przerywają? W Awinionie nie ma granicy pomiędzy sceną a widownią. Nikt nie obiecywał, że po dwóch, trzech godzinach opadnie kurtyna i będziemy mieli chwilę przerwy. Rue des Teinturiers, jeden z najpiękniejszych zakątków miasta. Wzdłuż kamiennej uliczki płynie leniwa rzeczka, która kiedyś napędzała młyny i pracę w farbiarni. Mostek obok prowadzi do klubu festiwalu In. Tu spotykają się po spektaklach światowe gwiazdy, menedżerowie, dziennikarze. Gadają, dyskutują, tańczą. Jedzą przy stolikach wstawionych absurdalnie do basenu... bez wody. Wszystko tu jest postawione na głowie jak u Dalego. Klub zamykają, ale jedna z francuskich aktorek, Gill, rozsiada się przed bramą z butelką, chce się jeszcze nacieszyć nocą, a właściwie porankiem. – Jesteśmy tutaj, żeby poznać nowych ludzi z całego świata – tłumaczy. Jest z Paryża. Przyjechała z zaprzyjaźnionym Włochem. Zanim został aktorem, był kucharzem. Jej drugi kolega, Alex, pochodzi z Bretanii. – Sztuka, w której gram, jest beznadziejna, ale co mi tam! – śmieje się Alex. – Teraz jest fajnie. I o to chodzi. Ceny alkoholu w Paryżu są skandalicznie wysokie. W Awinionie wszystko jest tańsze. Można pogadać. Poszaleć. Przejeżdża koło nas polewaczka. Aktorzy muszą iść się przespać choć kilka godzin, bo już o 11 próba. A potem trzeba grać. [srodtytul]Teatralne sny[/srodtytul] W Awinionie każdy dom to zakamuflowany teatr. Wystarczają salki, w których mieści się kilkadziesiąt osób. Na ulicy może być głośno, ale kiedy trwa spektakl, cały dom zamienia się w strefę ciszy. Biada lokatorom, którzy chcą głośniej porozmawiać lub urządzić imprezę. Techniczni obstawiają klatki schodowe, na widok lokatorów przytykają palce do ust, robią "pssst". Co bardziej niesfornych dopadają w mieszkaniach i przywołują do porządku. Ja też musiałem im ulec. Co innego – po spektaklu. Aktorzy robią przyjęcia. Kto liczy, że zmruży oko w takim sąsiedztwie, ulega iluzji. Można zapaść tylko w sen -malignę. Ale nawet wtedy śnią się teatr, aktorzy, sztuka. – Jesteśmy w Awinionie miesiąc i gdyby nie to, że mieszkamy w stosunkowo cichym miejscu, zwariowałbym ze zmęczenia, taki tu tłok i zgiełk – mówi, śmiejąc się, Sylwester Biraga, szef Drugiej Strefy. – Francuzom usta się nie zamykają. Kiedy siądę przy kawie o 10 rano w kafejce, od razu wciągają w rozmowę o teatrze. Mam przerwę tylko wtedy, kiedy gram. Po spektaklu idę na wino i znowu się zaczyna. Tak do 5 nad ranem. Spektakl Drugiej Strefy "Fin de..." ma szansę na Puchar Serca, nagrodę przyznawaną przez dziennikarzy akredytowanych przy Offie. Został zakwalifikowany do ścisłej dziesiątki. Wybrany spośród tysiąca spektakli. – Kiedy otworzyłem katalog, odpadłem – kontynuuje Biraga. – Jak tu coś wybrać?! Na szczęście działa poczta pantoflowa, chodzą esemesy z polecankami. Sylwester Biraga nie może się nachwalić francuskich widzów: – Jak znają piosenkę – to śpiewają. W teatrze, na ulicy, w kawiarni. Na naszym brellowskim spektaklu "Le Soir" śpiewali wszyscy, włącznie z wieloletnim akompaniatorem Brella, z którego wizyty jestem dumny. Teatr jest też najlepszym przewodnikiem po kościołach, kaplicach i klasztorach ufundowanych w Awinionie przez francuskich papieży. Najczęściej zdesakralizowanych. Gdy nie ma festiwalu – zabytki świecą pustkami. W lipcu ożywają. Nigdy nie zapomnę "Marat -Sade'a" Jurija Lubimowa z moskiewskiej Taganki. Wnętrza zakonu celestynów znakomicie zagrały przytułek w Charenton. Kiedy Lambert Wilson, znany z "Matriksa", i Kristin Scott -Thomas, pamiętana z "Angielskiego pacjenta", gościli na festiwalu z "Bereniką" Racine'a – otwarto dla nich klasztor Karmelitów. Ponad krużgankami zawisł gigantyczny portret cesarza Wespazjana. Teatr zapewnia spacery poza mury miasta. Peter Brook wybrał dla swojej "Mahabharaty" pobliskie kamieniołomy. Wiele spektakli gości zjawiskowy klasztor Kartuzów w Nowej Wsi Awiniońskiej po drugiej stronie Rodanu. Najmniej wykorzystany przez teatr jest słynny most św. Benezeta opiewany w wierszu, który w tłumaczeniu Baczyńskiego zaśpiewała Ewa Demarczyk. Średniowieczny obiekt służy za scenę tańców z epoki, ale tylko w rocznicę rewolucji francuskiej, 14 lipca. Widowisko stanowi prolog do pokazu fajerwerków. To też jest teatr. Podniebny. Na jego czas zamierają widowiska uliczne, uciszają się kawiarnie. [srodtytul]Magia dziedzińca[/srodtytul] Ale perłą w koronie festiwalu In jest dziedziniec główny Pałacu Papieży. Tu gościli najważniejsi. Vilar, Brook, Lasalle, Ostermeier. W tym roku Warlikowski. Grać w dzień się nie da, bo panują afrykańskie upały. Mury stygną dopiero o 22. Gra się do 2 – 3. Wysoko ponad pałacem świecą gwiazdy, przelatują samoloty, a tu, na dole, wieje delikatnie prowansalski mistral. Cichną nawet cykady, które przez cały dzień hałasują jak oszalałe. Widzów zaprasza na dziedziniec średniowieczny hejnał. Niezapomniane wrażenie robiła "Medea" z Isabelle Huppert. W architekturę zamku wkomponowano "prawdziwą" rzekę, biegnącą po niej kładkę i wydmy z pożółkłą od słońca, chyboczącą się na wietrze trawą. Jazon przypływał łodzią, która cumowała przy kamiennych portowych blokach. Pałac Kreona mieścił się w tej części dziedzińca, gdzie tuż ponad taflą wody zamykają się arkady krużganków. Spektakl zapamiętałem również dlatego, że w dniu premiery było wyjątkowo zimno. Widzowie przyszli z kocami. Kiedy Huppert zanurzyła głowę w lodowatej wodzie, bili jej brawo. – Granie w Pałacu Papieży jest szczytem teatralnych marzeń: przypomina teatralne Oscary – mówi Magdalena Cielecka. – Dziedziniec to miejsce magiczne. Mury są przyjazne teatrowi. Potrafią przyjąć wiele różnych estetyk. Dlatego występując w "(A)pollonii", starałam się poczuć jak tylko można najsilniej, gdzie jestem. Myślałam: "O Boże. Oto tutaj jestem. Patrzą na mnie 2 tysiące osób, a nad głową mam gwiazdy". Pożegnania są trudne. Na szczęście odbywają się zwykle rano, gdy wszyscy marzą tylko o śnie. Na ostatnich nogach idą do TGV i rozjeżdżają się po świecie. [link=http://vimeo.com/5737217]Avignon Theater Festival 2009[/link] from [link=http://vimeo.com/user2075205]Bartek Sadowski[/link] on [link=http://vimeo.com]Vimeo[/link].
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL