Media

Sprzedajmy co się da

Czyżbyśmy mogli odetchnąć z ulgą? "Prywatyzacja zamiast podatków" i "Na kryzys - prywatyzacja" - tak przedstawia "Gazeta Wyborcza" zaprezentowany wczoraj przez ministra skarbu Aleksandra Grada nowy program przekształceń własnościowych firm, w których nasz Skarb ma jeszcze udziały. Chodzi o ratowanie budżetu i - przynajmniej mamy taką nadzieję - ratowanie obywateli przed koniecznością dodatkowego zrzucania się do wspólnej kasy, by zasypać rosnącą dziurę w finansach państwa.
"Prywatyzacja ma ruszyć z kopyta" - cieszy się "Polska. The Times", "Prywatyzacja przyspieszy" - dodaje "Rzeczpospolita", przedstawiając przy tym kwoty wielkie - 36,7 mld zł ma przynieść do końca przyszłego roku m.in. sprzedaż części akcji Lotosu, Giełdy Papierów Wartościowych, Ciechu, Ruchu, być może także KGHM, giełdowy debiut Turonu i Enei...
Wszystko pięknie, tylko od 2005 r. prywatyzacja szła jak po grudzie, a budżetowe wpływy z tego tytułu nie przekraczały 3 mld zł. Z tegorocznego planu, ambitnie określonego na 12 mld zł, dotychczas udało się uzyskać ledwie... 1,4 mld zł. Jeśli plan się powiedzie, Platforma Obywatelska powinna udać się z pielgrzymką do Częstochowy w podzięce za kryzys. Do tej pory bowiem wyborcze hasło PO, zapowiadające przyspieszenie prywatyzacji, było warte w 2007 r. 1,9 mld zł (no, powiedzmy że to jeszcze spadek po poprzednikach), a w ubiegłym 2,4 mld zł (w sumie postęp jest, ale mizerny). I jak to odnieść do rekordowego roku 2000, kiedy minister Emil Wąsacz, ciągany zresztą potem po Trybunałach, sprywatyzował majątek wart 27,2 mld zł?
Co prawda zdaniem "Dziennika" ten zryw sprowadza się w sumie do hasła: "Rząd sprzedaje, co się da"... Także majątek upadłych stoczni w Gdyni i Szczecinie. Niezbyt jednak skutecznie, bowiem tak naprawdę wciąż do końca wiadomo, cóż to za tajemnicza spółka-nabywca Stichting Particulier Fonds Greenrights, którą reprezentuje katarski bank inwestycyjny QInvest, i dlaczego nie wpłaciła w terminie 380 mln zł za stoczniowe aktywa. Tak na marginesie to tyle, ile dziś trzeba by zapłacić za 10 stumetrowych apartamentów i jeden 50-metrowy na dokładkę przy najdroższej ulicy świata - Princesse Grace w Monako. Tam metr kwadratowy luksusowego mieszkania z widokiem na morze kosztuje dziś - według rankingu magazynu "Wealth Bulletin", cytowanego przez "Rzeczpospolitą" - 120 tys. dolarów. Nic, tylko kupować, bo rok temu cena wynosiła 190 tys. dol. Albo inaczej - tyle, co cztery 400-metrowe penthousy przy nowojorskiej Piątej Alei, koniecznie z widokiem na Central Park. Ostatnio jeden taki poszedł za marne 29 mln dol. (średnia cena metra na tej ulicy to 72 tys. dol., co daje jej III miejsce na świecie, po Chemin de Saint-Hospice w Cap Ferrat na francuskim Lazurowym Wybrzeżu). Powściągliwość Katarczyków mogła więc wynikać z refleksji o cenach nieruchomości lub też - co sugeruje minister skarbu, który wszak już odtrąbił sukces uratowania stoczni, a teraz ma problem z udowodnieniem tego faktu - być wynikiem dziwnego listu, który obiegł wczoraj wszystkie media elektroniczne, by dziś dotrzeć do prasy. Do tajemniczego inwestora wysłało go równie tajemnicze Szczecińskie Stowarzyszenie Obrony Stoczni i Przemysłu Okrętowego w Polsce, sugerujące, że część sprzedawanego majątku stoczni w Szczecinie ma wady prawne. "Dziwny inwestor, tajemnicze stowarzyszenie" - pisze "Dziennik", dodając, że w sumie "Stocznie na lodzie" się znalazły. "Nie ma pieniędzy za stocznie" - to "Gazeta Wyborcza" która cytuje ministra skarbu grzmiącego wczoraj na konferencji prasowej, że "ten list to jawny sabotaż". "Rzeczpospolita" uspokaja "Zapłata za majątek stoczni do połowy sierpnia", bo taki nowy termin wpłaty przez nabywcę został przedstawiony przez resort skarbu. Ministerstwo, zasłaniając się sabotażem, nie wyjaśniło jednak dokładnie, dlaczego naprawdę pieniądze nie wpłynęły teraz. Trochę źle to wróży przyspieszonej prywatyzacji. A i nad nami zbierają się czarne chmury - "Polska. The Times" straszy, że "Świńska grypa nas zaskoczy", bo rząd zwleka z zamówieniami szczepionki, której nie wystarczy dla wszystkich. No ale skąd brać pieniądze, skoro mamy kryzys i nie zapłacono nam za stocznie? Na pocieszenie - prezydent z premierem nie będą już darli kotów o to, kto skorzysta ze służbowego samolotu chcąc wyskoczyć na weekend nad morze. Według "Dziennika" w najbliższych dniach zostanie podpisana umowa o leasingu dwóch embraerów 175. Będą miały co robić, bowiem jak donosi "Fakt", kancelaria prezydenta w ciągu ostatnich dwóch lat na 141 podróży głowy państwa do Juraty wydała ok. 2 mln zł, natomiast kancelaria premiera na 50 wizyt szefa rządu w domu - 500 tys. zł. Stąd też zastrzeżenia, że ten model embraerów ma niespełna 4 tys. km zasięgu i nie przeleci bez międzylądowania przez Atlantyk (co było jednym z warunków wcześniejszych przetargów na samolot dla VIPów) są złośliwe i stronnicze. Z Warszawy do Gdańska jest wszak ok. 400 km. Wystarczy na dziewięć lotów bez tankowania. Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/romanski/2009/07/23/sprzedajmy-co-sie-da/]blog.rp.pl/romanski[/link]

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL