Świat

Armia walczy o dobre imię

Żołnierze Bundeswehry
AP
Wojsko i policja chroniły żołnierzy Bundeswehry w czasie składania przysięgi wojskowej przed Reichstagiem.
– Miejsce Bundeswehry jest w koszarach, a nie przed Bundestagiem – twierdzi Martin Frings z pacyfistycznej organizacji Gelöbnix, która zorganizowała wczoraj demonstrację przeciwko uroczystości nieopodal siedziby niemieckiego parlamentu. – Jesteśmy armią parlamentu i taka uroczystość w tym miejscu jest całkiem zrozumiała – odpowiada Hans-Jacob Hein, rzecznik resortu obrony. Wczorajsza demonstracja nie była wielka i nie doszło do ekscesów jak w poprzednich latach, kiedy to uroczystość przysięgi skutecznie zakłócały nagie przeciwniczki militaryzacji Niemiec.
W żadnym innym kraju europejskim armia nie wzbudza tylu kontrowersji co w Niemczech. Nie brak głosów, że jest kontynuatorką pruskich tradycji militarnych, które przejęli naziści. Przypomina się, że Bundeswehra stała się w początkowym okresie istnienia RFN przystanią dla tysięcy oficerów Wehrmachtu. Jeden z nich, generał Hasso von Manteufel, jest zresztą autorem obecnej nazwy niemieckiej armii. Do dzisiaj patronami wielu koszar Bundeswehry są generałowie armii Hitlera, m.in. Erwin Rommel czy Adolf Heusinger. Pod wpływem społecznej krytyki Bundeswehra dopiero kilka lat temu zmieniła nazwy kilku koszar, twierdząc, że zdecydowanie odcina się od niechlubnych tradycji. Zaledwie od dziesięciu lat niemiecka armia ma nowego bohatera w osobie Clausa Schenka Grafa von Stauffenberga, autora nieudanego zamachu na Hitlera w jego kwaterze pod Kętrzynem. Wcześniej był uważany dość powszechnie, zwłaszcza w armii, za zdrajcę narodu, który złamał przysięgę złożoną wodzowi III Rzeszy.
To w rocznicę jego egzekucji 20 lipca 1944 roku odbywają się od kilku lat w Berlinie uroczystości zaprzysiężenia rekrutów. Ich coraz bardziej okazała oprawa ma z kolei poprawić wizerunek Bundeswehry w oczach społeczeństwa, które coraz głośniej domaga się ograniczenia jej roli do funkcji obronnych i nie akceptuje zaangażowania wojska w Afganistanie. Ponad dwie trzecie Niemców uważa, że niemiecka armia nie ma w tym kraju czego szukać. – Uwarunkowany historycznie pacyfizm niemieckiego społeczeństwa jest prawdziwym dylematem niemieckiej polityki zagranicznej – twierdzi Jan Techau, ekspert ds. obronności Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej. Z jednej strony Niemcy pragną odgrywać coraz większą rolę na arenie międzynarodowej, czego wyrazem jest udział Bundeswehry w misjach na kilku kontynentach, z drugiej nie ma politycznej zgody na militarne wzmocnienie armii. Niemcy wydają na zbrojenia zaledwie 1,3 proc. swego PKB, podczas gdy Wielka Brytania 2,4 proc., Francja 2,3 proc., a Polska 2,0 proc. (według danych z 2007 roku). Berlin narażony jest na stałe połajanki Waszyngtonu, który domaga się większego udziału Niemiec z walce z międzynarodowym terroryzmem. – Niemcy nie wypełniają nawet rekomendacji NATO ustalających minimalną granicę wydatków na obronę na poziomie 2 proc. PKB – zwraca uwagę Samuel Perlow Freeman ze sztokholmskiego instytutu badawczego SIPRI. Jego zdaniem Berlin obawia się, że zwiększenie wydatków na armię może spowodować nieprzychylne reakcje międzynarodowej opinii publicznej pamiętającej wydarzenia II wojny światowej. Stratedzy od wizerunku niemieckiej armii sądzą jednak, że z tym problemem już się uporali. W 2001 roku na uroczystość żołnierskiej przysięgi zaproszono przewodniczącego Centralnej Rady Żydów w Niemczech, a rok później prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Obecność przedstawicieli ofiar nazistowskich Niemiec miała być ostatecznym dowodem, że Bundeswehry nikt już nie kojarzy z hitlerowskim Wehrmachtem.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL