Sport

Historia zapisana w dołkach

The British Open 2009
AFP
Dziś w południowo-zachodniej Szkocji na polu Ailsa w Turnberry kończy się najbardziej prestiżowy turniej golfowy na świecie – The British Open. Odpowiednik tenisowego Wimbledonu, ale o 17 lat starszy. Cztery dni sportowej tradycji znakomicie ożenionej ze współczesnością.
Idea przyszła z kolebki, czyli ze Szkocji. Otwarte mistrzostwa Wysp Brytyjskich zaproponowali członkowie klubu w Prestwick w 1856 roku. Początkowo nie znaleźli wsparcia innych klubów, więc cztery lata później zorganizowali pierwszy turniej sami. Format był taki: 36 dołków w ciągu jednego dnia, dla zwycięzcy ozdobny pas mistrza plus 10 funtów szterlingów w gotówce, w owych czasach suma miła dla kieszeni.
Dziesięć lat później pas przeszedł na stałe w ręce trzykrotnego zwycięzcy Młodego Toma Morrisa (to jedna z największych legend szkockiego golfa), zrobiło się trochę zamieszania, które kazało odwołać imprezę na rok. Po przerwie sprawy ruszyły już gładko: gracze z Prestwick, Musselburgh i St. Andrews postanowili zamiennie organizować imprezę u siebie (dziś to grono powiększyło się do 14 klubów z Wysp Brytyjskich – dla każdego to największy honor), nagrodą stał się Claret Jug, legendarny srebrny dzbanek na młode wino wykonany przez firmę Mackay Cunningham & Company z Edynburga, błyszczący przedmiot pożądania każdego golfisty od ostatnich lat XIX wieku. The Open jest naprawdę otwarty dla każdego. Wprawdzie sieć eliminacji dla zawodowców i amatorów jest gęsta, eliminacje długie, ale startować może każdy, choć szczęśliwców jest w końcu tylko ok. 160. Pewne przywileje mają jedynie dawni mistrzowie i liderzy rankingu światowego. Format turnieju zmieniał się, w 1892 r. wydłużono grę do dwóch dni i 72 dołków, potem ulżono grającym i te dołki rozłożono na cztery dni. Zaczęto grać na polach w Anglii, a potem nawet w Irlandii Północnej. Frekwencja rosła. Główne trofeum doczekało się czterech replik (oryginał wylądował dość szybko za pancerną szybą gabloty w klubie Royal and Ancient w St. Andrews). Turniej miewał trudne lata związane z rosnącą dominacją golfistów amerykańskich, którzy zaczęli podbijać świat na przełomie XIX i XX wieku i czasem nie mieli ochoty płynąć za ocean, by udowodnić swe przewagi. Jednak największe amerykańskie sławy lat 20. Walter Hagen i Bobby Jones pomogli zawodom zachować międzynarodowy prestiż.
The Open przetrwał też obie wojny światowe, choć przerwa w wybijaniu piłek była sprawą oczywistą. Największe zagrożenie przyszło w czasach, gdy sportem zaczęła rządzić telewizja, inaczej mówiąc pieniądze. Silnie związani z amatorską tradycją golfa brytyjscy działacze szybko jednak dostrzegli, że profesjonalizm nie ma alternatywy. Zwiększyli pulę nagród, zachęcili najlepszych do udziału i dziś nie muszą się martwić o prestiż, reklamy, transmisje i przychody. Nawet kryzysy finansowe nie hamują wzrostu puli nagród. W 2009 roku wynosi ona 4,9 mln funtów szterlingów, zwycięzca oprócz kopii dzbanka bierze 870 tys. funtów – o 20 tys. więcej niż Roger Federer za sukces w Wimbledonie. Największą atrakcją The Open jest wciąż to, że turniej od prawie 150 lat rozgrywany jest na polach, które zachowały najczystszą formę dawnego golfa. Wprawdzie odpowiednio urosły, wydłużyły się, by sprostać rozwojowi technologii w dziedzinie budowy kijów i piłek golfowych, ale wciąż każą grać w warunkach, jakie w największym stopniu przypominają naturę prostej zabawy szkockich pasterzy z połowy XV wieku. Każą mierzyć się z niesprzyjającą pogodą, surowym terenem, w którym dominują skały i poszarpane urwiska, nie ma wypieszczonych ręką ludzką golfowych parków, które tak przyjemnie kojarzą się wielu milionom ludzi z wakacyjnym wypoczynkiem w pięknych miejscach świata. W tym roku The Open też wrócił do szkockiej klasyki. Mistrzowskie pole ośrodka w Turnberry (jedno z trzech) powstało na morskim wybrzeżu Ayrshire ponad 100 lat temu. W czasie obu wojen światowych zamieniono je w lotniska królewskich sił powietrznych, jeden z pasów startowych do dziś dobrze widać w topografii terenu. Stąd startowały samoloty do ochrony morskich konwojów. W przerwach między wojnami wciąż odżywało, nawet jeśli trzeba było je przebudowywać i odtwarzać, pojawiało się w jeszcze lepszej formie. The Open gości czwarty raz. Początek dał turniej w 1977 roku i od razu przeszedł do legendy. Bohaterami rywalizacji stali się Amerykanie Tom Watson i Jack Nicklaus, którzy do ostatniej rundy mieli takie same wyniki i do ostatniego dnia ramię w ramię szli do zwycięstwa. Wygrał Watson, zadecydowało jedno uderzenie. Dziennikarze nazwali tę walkę „Pojedynkiem w słońcu” i tak pamiętana jest do dziś. W roku 1986 r. zwyciężył w Turnberry sławny Australijczyk Greg Norman, osiem lat później Nick Price z Zimbabwe. Tegoroczna rywalizacja na Ailsa Course przyniosła po dwóch rundach niezwykłe wspomnienie z przeszłości, liderem został zwycięzca sprzed 32 lat, 60-letni Tom Watson, zaproszony za dawne zasługi, wśród nich było pięć wygranych turniejów The British Open. Faworyt Tiger Woods, ikona współczesnego sportu, nie tylko golfa, odpadł w połowie turnieju. Trudno o lepszy przykład, że historia w golfie jest naprawdę nauczycielką życia, nawet jeśli uśmiechnięty starszy pan ze Stilwell w stanie Kansas dziś jednak nie wygra.

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL