Muzyka

Nurkowanie w dźwiękach

Morcheeba występowała już w Polsce, nigdy dotąd nie odwiedziła jednak Warszawy. W Stodole usłyszymy grupę o godz. 20. Bilety 100 – 110 zł
Fotorzepa, Kar Karol Zienkiewicz
Multiinstrumentalista i współzałożyciel Morcheeby opowiada nam o rozmowach z kotką, poparciu dla ochrony morskiej fauny, słońcu Kalifornii i zaletach picia alkoholu w Polsce. Klasycy trip hopu wystąpią 16 lipca w Stodole.
[b]Niektórzy artyści wykorzystują życiowe doświadczenie przy tworzeniu swoich tekstów i muzyce, inni się od tego odżegnują. Jak jest w twoim przypadku?[/b]
Ross Godfrey: Kiedy komponuje się muzykę, bardzo trudno jest powściągnąć emocje. Tworzeniu towarzyszą bardzo intensywne uczucia. Później na scenie niełatwo jest je przywołać, chociaż dzielimy się nimi bezpośrednio z widownią. Poza tym ja nie jestem specjalnie skory do uzewnętrzniania emocji. Ich pierwszą i najważniejszą odbiorczynią jest moja kotka Tigga, dopiero po niej żona i brat Paul. Tigga ma 23 lata – to przy niej zacząłem uczyć się gry na gitarze. Jest bardzo rozmowna. [b]Słyszę właśnie jej miauczenie. Czy zostało użyte w którymś z utworów Morcheeby?[/b]
Pojawiło się w kilku, zwłaszcza odkąd nagrywamy w studiu domowym. [b]Jak do tego doszło, że tak bardzo zaangażowałeś się w działalność na rzecz ochrony wodnych eko-systemów? Nawet tytuł ubiegłorocznego albumu Morcheeby – „Dive Deep” – ma związek z twoją fascynacją podwodnym światem. [/b] To jest po prostu bardzo ważna sprawa: zachowanie – przynajmniej w takim stanie, w jakim są teraz – mórz i oceanów. Zbyt małą wagę przywiązuje się do tej kwestii na świecie. W Wielkiej Brytanii zajmuje się tym Towarzystwo Ochrony Obszarów Morskich (Marine Conservation Society). Dba o środowisko mórz: Północnego i Irlandzkiego oraz wybrzeży i morskiej fauny. Pomaga zachować naturalny cykl przegrupowywania się rybich ławic i ich regeneracji. Ludzie muszą zdać sobie sprawę z tego, że nasze przetrwanie będzie zagrożone, gdy wytępimy ryby. Oczywiście wielkie koncerny, zarabiające krocie na przetwórstwie, są przeciwko Towarzystwu. Ale popiera je wiele osób w Wielkiej Brytanii. [b]Będąc takim obrońcą ryb, czy w ogóle je jadasz?[/b] Naturalnie. Zjadłem właśnie rybę na lunch. [b]Artystów, z którymi obecnie współpracujecie, wybraliście poprzez portal społecznościowy MySpace i inne strony internetowe. Jak wyglądały przesłuchania i gdzie się odbywały?[/b] Spotykaliśmy się w Londynie. Nie było specjalnych przesłuchań – wszystko, co chcieliśmy, usłyszeliśmy już w Internecie. Po prostu popijaliśmy razem herbatę i rozmawialiśmy. Wszystkie utwory napisaliśmy w dwa dni. Potem zaczęła się praca w studiu. [b]„Dive Deep” powstawał półtora roku. Czy zawsze potrzeba aż tyle czasu, żeby nagrać dobry album? [/b] Nie, po prostu jesteśmy leniwi. Zwłaszcza że teraz najczęściej nagrywamy w moim domu w Los Angeles – świadomość tego, że studio jest za ścianą, powoduje, że mniej chce się nam spinać. Mamy z bratem w sumie trzy studia – w Londynie, w Los Angeles i u niego w kalifornijskim hrabstwie Sutter. Ale od ubiegłego roku spędziliśmy w nich tylko trzy miesiące – przez dziewięć byliśmy w trasie. [b]Gdzie mieszka ci się lepiej – w Wielkiej Brytanii czy w Stanach? [/b] W Ameryce. Głównie ze względu na kalifornijskie słońce. Angielska pogoda jest okropna. Od kiedy jakiś czas temu przyjechałem do Londynu, bez przerwy leje. [b]Na swojej nowej płycie „A Woman A Man Walked By” PJ Harvey śpiewa o tym, jak bardzo Kalifornia ją rozczarowała i że tęskni za Anglią. Ty za niczym w Anglii nie tęsknisz? [/b] Często tęsknię za ludźmi. I za poczuciem humoru, które jest lepsze – a przynajmniej bardziej mi odpowiada – w Wielkiej Brytanii. [b]Dlaczego uważasz, że amerykańskie trasy koncertowe są najlepsze? [/b] Są najlepiej zorganizowane, ludzie mówią po angielsku i nie trzeba wymieniać pieniędzy. To ważne, bo – jak już mówiłem – jesteśmy bardzo leniwi. A w ogóle bardzo lubię podróżować. To ekscytujące móc się upić w tylu różnych miejscach na świecie. Zmieniam alkohole w zależności od kraju, w którym jestem – w Meksyku piję tequilę, we Francji czerwone wino itd. [b]A z jakim krajem łączą się twoje najprzyjemniejsze wspomnienia związane z piciem? [/b] Z Polską. Pewnie dlatego, że w twoim kraju spożywanie dużych ilości alkoholu jest tak szeroko przyjęte i akceptowane. [b]Wiem, że lubisz książki... [/b] Pochłaniam ich coraz więcej. Czytam i jednocześnie słucham muzyki – chyba się starzeję. Teraz jestem na etapie „Rzeźni numer pięć” Vonneguta i jestem nią zachwycony. Także zaskoczony – nie wiedziałem, że znajdę w niej wątek podróży w czasie. Ostatnio też bardzo mi się spodobała twórczość Cormacka McCarthy’ego i nowa książka Denisa Johnsona (autora „Drzewa dymu” – przyp. red.) – „Nobody Move”. [b]Całe życie kibicujesz londyńskiemu klubowi Chelsea, który od trzech lat nie może pokonać Manchesteru United. Czy bardzo cię to irytuje? [/b] To mnie bardzo wkurza! Ale na pewno nigdy nie przestanę mu kibicować. [ramka][b]Zbliżenie[/b] Byli pionierami trip hopu, od lat bliżej im do wysmakowanego popu. W każdym z tych wariantów Morcheeba nie traci swojego atutu – specyficznego klimatu nagrań. Zespół powstał w 1995 roku z inicjatywy braci Godfrey – Paula i Rossa. Jednak to współpraca z wokalistką Skye Edwards pozwoliła im wypracować styl i wywindować się na gwiazdorską pozycję. Z nią właśnie powstały najważniejsze płyty: „Who Can You Trust”, „Big Calm”, „Fragments Of Freedom” i „Charango”. Po odejściu Edwards grupa zrealizowała dwa albumy – „Antidote” oraz „Dive Deep”. Wszystkie płyty zespołu rozeszły się w łącznym nakładzie 6 mln egzemplarzy. Jeśli koncert rozbudzi apetyty fanów, będą oni mogli wybrać się następnego dnia do Fabryki Trzciny (17 lipca, godz. 20, bilety 140 zł), gdzie wystąpi współpracująca niegdyś z zespołem wokalistka Alice Russell. Artystka promować będzie swój nowy album „Pot Of Gold”. [/ramka] [i]Z Rossem Godfreyem rozmawiała Anna Kilian[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL