Muzyka

Rozpacz w stylu pop

No, dobrzy ludzie, rozejdźcie się do domów, otrzyjcie kryształowe łezki. Dość już tych wzruszeń. Może kawy albo kubeł zimnej wody? Przecież dawno nie obchodził was jako artysta. Zaprzątał uwagę jako dostarczyciel sensacji: pedofil, który za chwilę rozejdzie się w pooperacyjnych szwach, tonąc przy tym w długach.
[b] [link=http://blog.rp.pl/malkowska/2009/07/07/rozpacz-w-stylu-pop" "target=_blank]Skomentuj na blogu[/link][/b]
Takiej erupcji histerii i hipokryzji na masową skalę jeszcze nie widziałam. Pierwsza wiadomość dnia w każdej stacji: pogrzeb Jacksona. Potem relacja z ceremonii, od specjalnych wysłanników. Dowiedzieliśmy się, że był największym artystą świata. I już.
Nad grobem na ogół wygłaszane są peany na cześć denata – ale lepiej zachować umiar, niż przeobrazić funeralia w groteskę. Tym razem stało się jeszcze gorzej. Pogrzeb zamienił się w aukcję obłudy. Przedwczesna śmierć sprawiła, że tłumy znów padły na kolana przez Michaelem I. Umarł król, można oddać mu tron. Wprawdzie nie ma mózgu, ale to nie była jego mocna strona. Głosu też nigdy nie posiadał, popiskiwał falsecikiem. Owszem, kiedyś tańczył ładnie, ale jak by to mu dziś wyszło? Dobrze, że fanom nie było dane tego zweryfikować. Co on tam jeszcze wyjątkowego zdziałał? Aha, komponował piosenki. Nieskomplikowane – kilka fraz powtarzanych na okrągło. Jednym uchem wpadały, drugim wypadały. Najlepiej byłoby go zmumifikować i umieścić w Sevres jako wzorzec mega-kiczu. Bo jedyne, co naprawdę wyszło mu perfekcyjnie, to przerobienie siebie na maskotkę, żywy gadżet w cyrkowych kostiumach. Reprezentował tak jarmarczny gust, że Jeff Koons (amerykański rzeźbiarz-gwiazdor, specjalizujący się w banale oraz tandecie) uznał go za gotowe dzieło. Wykonał porcelanową rzeźbę Króla Popu z małpką Bubbles, całość w bieli i w złocie (prawdziwym); jedna z wersji opchnięta za 5,6 mln dolarów. Swój do swego po swoje. A tak poważnie: reakcje na odejście Jacksona uważam za symptomatyczne dla współczesnego świata. Pokiereszowany emocjonalnie mężczyzna pośmiertnie zawładną uczuciami tłumów. Jak Marilyn, Presley, księżna Di. Kopciuszki, których przerosła ich własna kariera. Bogaci, sławni, nieszczęśliwi, przedwcześnie zmarli. Wzruszający standard. Masy lubią takie ckliwe historie. Jednak przypadek Michaela jest szczególny. Po nim nie płaczą dorośli – po nim rozpaczają dzieci. Ludzie metrykalnie dojrzali, lecz wciąż infantylni. Słuchałam dziś wynurzeń słuchaczy radiowej Trójki – jak zapamiętali amerykańskiego „Złego”? Otóż wszyscy wracali do dzieciństwa; do przeżyć, jakich dostarczył im Michael, gdy byli smarkaczami z socjalistycznego kraju. Bo Król Popu był i jest idolem dla niedojrzałych, jak on sam. Dla takich, którzy utożsamiają rozrywkę z kulturą, życie z telenowelą. A takich jest coraz więcej.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL