Warsaw Summer Jazz Days

Tysiąc brzmień saksofonów

WSQ
ROL, Marek Dusza m.d. Marek Dusza
Jazz najwyższej próby zagrały amerykańskie legendy na Warsaw Summer Jazz Days
Zaskakujące Art Ensemble of Chicago czy ekscytujący Golden Quartet Wadady Leo Smitha, a może World Saxophone Quartet? Trudno powiedzieć, który z tych zespołów dał najlepszy koncert drugiego dnia festiwalu w Sali Kongresowej.
Ciekawość, jaka towarzyszyła ostatniemu z występujących, trębaczowi Wadadzie Leo Smithowi, została wynagrodzona. Artysta mało w Polsce znany zagrał muzykę, która przypomniała nam najambitniejsze dokonania elektrycznych zespołów początku lat 70. – Weather Report, Mwandishi Herbiego Hancocka oraz grupy Milesa Davisa. Pianista Golden Quartet Vijay Iyer zaprezentował styl będący syntezą tego, jak grali u Davisa: Hancock, Chick Corea i Keith Jarrett. Tworząc zadziwiające harmonie i skomplikowane podziały rytmiczne, nawiązał do muzyki hinduskiej. Zachwycająco czysty i mocny ton trąbki lidera przenosił nas w inny wymiar jazzu. Tak intrygującej muzyki dawno nie słyszeliśmy.
Smith nie mógł podnieść wyżej poprzeczki mistrzowskich kompozycji i koronkowych wręcz aranżacji, jakie wcześniej przedstawił saksofonista Roscoe Mitchell z grupą Art Ensemble of Chicago. On po prostu postawił na emocje i tak przekonał publiczność do swojej wizji jazzu. Kompozycje zespołu stały się bardziej rozbudowane. Wysłuchaliśmy właściwie jednej długiej suity, która zaczęła się od długiej solówki na kongach Famoudou Don Moye, a zakończyła pięciominutowym, ekstatycznym krzykiem saksofonu Mitchella. Na bis zagrali już w starym, melodyjnym stylu, jaki lubią i zapewne pamiętają miłośnicy tego zespołu. Bodaj tysiąc różnych saksofonowych brzmień wysłuchaliśmy tego wieczoru w Sali Kongresowej. Nie tylko za sprawą Roscoe Mitchella, ale przede wszystkim Davida Murraya, Oliviera Lake'a, Hamieta Bluietta i Tony'ego Kofiego tworzących World Saxophone Quartet. Nie jest łatwo skupić uwagę publiczności na czterech podobnych instrumentach. Ale kwartet, który istnieje prawie 34 lata, nie utrzymałby się, gdyby jego członkowie nie mieli ciągle do powiedzenia czegoś ciekawego. Prym wiedzie od początku David Murray, ale warto było posłuchać, jak ekspresyjnie gra nowy członek Tony Kofi z Ghany. Taki jazz powinien być pisany przez duże "J". To już nie są standardy grane na różne sposoby, jeśli nawet saksofoniści biorą na warsztat "Giant Steps" Coltrane'a, to tylko po to, by złożyć hołd muzykowi, który sztukę improwizacji postawił na szczycie ludzkich możliwości wykonawczych i percepcyjnych.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL