Teatr

Amina chodzi po dachu

Rzeczpospolita
To będzie szósta operowa premiera na dziedzińcu. I pierwsza, która przedstawi widzom dzieło rzadko wystawiane w Polsce.
Takie inscenizacje stają się coraz popularniejsze w świecie. Co prawda letnie przedstawienia pod gołym niebem mają długą tradycję, by wspomnieć choćby festiwale, które w zabytkowym amfiteatrze w Weronie odbywają się prawie od 100 lat, czy spektakle na wielkiej scenie zbudowanej na jeziorze w austriackiej Bregencji. Takich miejsc z roku na rok przybywa, bo opera przestała być elitarną sztuką dla wybranych. Dziedziniec Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie wydaje się idealny dla teatru. Swą urodą i klimatem mógłby konkurować na przykład z fińską Savonilinną, gdzie pierwsze przedstawienia operowe zaczęto urządzać ponad 100 lat temu. Od kilku dekad dziedziniec tamtejszego XV-wiecznego zamczyska stał się miejscem, gdzie odbywa się jeden z najciekawszych festiwali operowych w Europie, na który przyjeżdżają widzowie z wielu krajów. Szczecin powoli buduje własną tradycję. Choć jako pierwsze polskie miasto przygotował w 1993 r. plenerową premierę, to jednak po tamtej „Carmen” funduszy starczało w następnych latach co najwyżej na jedną inscenizację. Zaprezentowano więc „Trubadura”, „Toskę”, „Straszny dwór„ oraz „Nabucco”, były też przedstawienia operetkowe, a nawet baletowe („Tolerancja w 24 obrazach” w 1994 r.), ale do prawdziwego letniego festiwalu wciąż daleko.
Po pięciu latach, gdy w 2004 r. wystawiono „Nabucco”, operowe przedstawienia wracają na zamkowy dziedziniec. Będzie to powrót tym ciekawszy, że tym razem sięgnięto po utwór spoza najbardziej popularnych hitów, a w Polsce niegrywany od dziesięcioleci. W porównaniu z „Carmen” czy „Toską” „Lunatyczka” to propozycja niemal kameralna. Urzeka przede wszystkim melodyjną, subtelną muzyką, bo mamy tu do czynienia z arcydziełem włoskiego belcanta, a kompozytor Vincenzo Bellini jest jego najwybitniejszym przedstawicielem.
Bellini żył krótko, niespełna 34 lata. Urodził się w Katanii w 1801 r. w rodzinie muzycznej, nic więc dziwnego, że pierwszy utwór napisał w wieku sześciu lat. Jako kompozytor operowy zadebiutował pod koniec studiów w konserwatorium i odniósł taki sukces, że od najważniejszych włoskich teatrów w Neapolu i Mediolanie szybko otrzymał zamówienia na kolejne utwory. Jego dorobek kompozytorski nie jest zbyt bogaty, ale dzięki takim tytułom jak „Norma”, „Capuletti i Montecchi”, „Purytanie” czy właśnie „Lunatyczka” zapewnił sobie trwałe miejsce w historii opery. Wystawiona po raz pierwszy w 1831 r. „Lunatyczka” powstała niejako w zastępstwie. Na zamówienie Teatro Carcano w Mediolanie Bellini pisał historyczną operę „Ernani”, ale kiedy na tej scenie triumf odniosła „Anna Bolena” Donizettiego, przestraszył się konkurencji z rywalem. Zażądał więc od swego librecisty Felice Romaniego tekstu o innym charakterze i tak w ekspresowym niemal tempie stworzył sielankową komedię liryczną. Historia jest tu prosta i łatwo ją streścić. Wiejska dziewczyna Amima zaręczyła się z ukochanym Elvinem i szykuje się do rychłej ceremonii ślubnej. Niestety, odkryto, że nocą odwiedziła pokój innego mężczyzny. Wszyscy zatem podejrzewają ją o niewierność. Na próżno Amina zapewnia o swej niewinności, jej wybranek zrywa zaręczyny i jak to u mężczyzn bywa, natychmiast kieruje uczucia ku innej. Kiedy wszystko zmierza ku tragicznemu finałowi, z okna młyna wychodzi pogrążona w lunatycznym śnie Amina. Elvino rozumie, że błędnie osądził narzeczoną, prosi o wybaczenie, ślub może się odbyć. Z wyjątkiem jednej sceny, której akcja dzieje się w oberży, tłem wszystkich zdarzeń jest plener. Wprawdzie nie dworski, lecz wiejski, ale przy odrobinie wyobraźni można sobie z tym poradzić. – Chcę wykorzystać cały zamkowy dziedziniec, szczególnie balkony. Tam rozmieszczę chóry, a w tej operze jest wiele scen z ich udziałem. Pomoże to ożywić bardziej statyczne momenty „Lunatyczki” – zapowiada Warcisław Kunc, który ustąpił miejsca przy pulpicie dyrygenckim Piotrowi Deptuchowi, a sam zadebiutuje jako reżyser. Nie chce oczywiście zdradzać wszystkich szczegółów swej inscenizacji. Ma jednak nadzieję, że widzom spodoba się pomysł pokazana lunatycznego snu Aminy. – Proszę się nie obawiać, nie będzie chodziła po dachu zamku – dodaje Warcisław Kunc. – Niewykluczone, że lunatyczek pojawi się więcej, bo miejscowość, w której rozgrywa się akcja, okaże się skażona tą przypadłością. Będzie to inscenizacja lekko żartobliwa, nie ma sensu wystawiać dziś tej sielankowej opery w tonie całkowicie serio. [i]Vincenzo Bellini „Lunatyczka”. 24 i 25 lipca, godz. 20.30[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL