Publicystyka

Tak nas piszą, jak im potrzebne

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Nie chcę nad miarę dłużyć sporu o Józefa Becka, choć mógłbym, bo, jak przyznałem się już w poprzednim felietonie, od pewnego czasu nad tym pracując, mam temat i zdokumentowany, i przemyślany.
[b][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/05/16/tak-nas-pisza-jak-im-potrzebne/]skomentuj na blogu[/link][/b]
[link=http://www.rp.pl/artykul/303865.html]Piotr Semka wyraził swój pogląd[/link], głęboko niesłuszny, ale zostawiam to ocenie Czytelników. Pozwolę sobie tylko zauważyć, iż polemizował głównie z czymś, czego nie napisałem ? z tezą „trzeba było iść razem z Niemcami na Rosję”. [link=http://www.rp.pl/artykul/302862.html]Moja teza była nieco inna[/link]: że należało wiosną 1939 ustąpić przed żądaniami Hitlera, zamiast przyjmować brytyjsko-francuskie gwarancje, będące ze strony tych mocarstw cyniczną zagrywką obliczoną na to, aby skierować impet niemieckiej inwazji właśnie na Polskę i naszym kosztem zyskać czas na przygotowanie się do wojny. Oczywiście, w jakimś stopniu skrót myślowy zastosowany przez Piotra ma sens: prędzej czy później doszłoby do wojny Stalina ze „światem kapitalistycznym”, i znalazłszy się w pakcie antykominternowskim zapewne musielibyśmy wziąć w niej udział po tej samej stronie co Niemcy. Ale zachowalibyśmy podmiotowość i możliwość dalszej gry. Gdyby Polska dała się w 1939 „odepchnąć od Bałtyku”, mówiąc słowami Becka, niewiele by to zmieniło w jej potencjale militarnym ? ten skrawek wybrzeża i korytarz doń prowadzący były i tak nie do obrony. A zachowanie i dozbrojenie półtora do dwóch milionów żołnierzy swoje by znaczyło.
Można rozważać różne warianty; w żadnym nie mogło nas spotkać nic gorszego, niż spotkało w rzeczywistości. Temat na osobną rozmowę. Przytoczę tylko jedną opinię ? już po publikacji wspomnianego tekstu, mogłem, dzięki jednemu z jego uczestników, zapoznać się z relacją ze spotkania z sędziwym Adamem Bieniem, jakie odbyło się przed laty w redakcji „Tygodnika Solidarność”. Na pytanie o interesujący nas moment historii były delegat rządu emigracyjnego na kraj odpowiedział bez wahania: „należało dać Hitlerowi wolną rękę w Gdańsku [nawiasem: nie „oddać Gdańsk”, bo on przecież i tak do Polski nie należał!] i wolny tranzyt do Prus. Zyskanie na czasie, odsunięcie wojny o rok lub dwa miałoby dla nas wtedy kolosalne znaczenie”. Może Bień się mylił, sądźcie Państwo sami, nie o to mi chodzi, by się podpierać autorytetem ostatniego z „Szesnastu”, tylko o uświadomienie, że zgoda na warunki Hitlera niekoniecznie jeszcze oznaczać musiała wieczny z nim sojusz i całkowite podporządkowanie Niemcom. Pisze jednak ten tekst w innym celu ? po to, by stanowczo zaprotestować przeciwko demagogii, której, niestety, także mój redakcyjny kolega uległ. Argument „co by dziś o nas sądził świat, gdybyśmy w drugiej wojnie (zakładając taki sam jej przebieg i skutek, co, nawiasem mówiąc, jest ryzykowne) walczyli po stronie człowieka powszechnie uznawanego za największego zbrodniarza i potwora w historii” jest nie tylko ahistoryczny, ale przede wszystkim ? absurdalny. Otóż odpowiedź jest krótka: świat sądziłby o nas dokładnie to samo, co sądzi. Co i tak sądzi ? mimo, iż to my pierwsi stawiliśmy Hitlerowi czoła, walczyliśmy z nim na wszystkich frontach, ponieśliśmy potworne straty, na granicy zagłady narodowej, możemy poszczycić się licznymi dowodami wielkiego bohaterstwa i tak dalej. Nikt na Zachodzie, poza żyjącą w swojej niszy polonią, i garstką polonofilów, nie postrzega nas przez pryzmat udziału Polaków w Bitwie o Anglię, w Bitwie o Atlantyk, przez Tobruk czy Falaise. Mało kto w ogóle o tym wie. Jedyne znane światu powstanie warszawskie to powstanie w getcie, w czasie którego Polacy jakoby beztrosko bawili się na karuzeli. „Enigmę” rozpracowali Anglicy. Znam szereg dzieł zachodniej popkultury poświęconych tej sprawie i w żadnym nie ma nic o Polakach ? poza jednym, popularnym filmem, w którym jedyny polski kryptolog jest hitlerowskim szpiegiem. O Wrześniu, o „ORP Orzeł”, Narwiku, kampaniach Andersa, Maczka, nikt nigdy nie słyszał. Wszyscy wiedzą natomiast, że Polacy ochoczo mordowali Żydów w „polskich obozach koncentracyjnych”. I że „polscy naziści” wcale się przed Hitlerem nie bronili; jako notoryczni katolicy wręcz zaprosili go do swego kraju, by im pomagał w Holokauście. Ja naprawdę nie przesadzam. Oczywiście, część winy spada na nas samych, na nasze zaniedbania, nieumiejętność i niechęć do prowadzenia „polityki historycznej”, którą tak znakomicie potrafią uprawiać Niemcy. Ale nawet, gdyby państwo polskie stanęło tu na wysokości zadania ? nie wiem, czy zdołałoby to coś zmienić. W „Awanturach w rodzinie” Marian Hemar streścił porażającą w swym wyrazie rozmowę z pewnym angielskim intelektualistą, któremu usiłował wyjaśnić, że Katyń to zbrodnia Sowietów. Rozmówca zaprzeczył twardo: to zrobił Hitler! A gdy Hemar zaczął zarzucać go faktami, datami, dowodami, Anglik walnął pięścią w stół i stanowczo oznajmił: Posłuchaj, to zrobił Hitler! Bo gdyby to zrobił, jak mówisz, Stalin, to by znaczyło, że Wielka Brytania była w sojuszu ze zbrodniarzem, a to jest niemożliwe – więc to m u s i a ł zrobić Hitler! A teraz proszę zwrócić uwagę na przykłady przeciwne. Dajmy na to, Francja ? przecież Francuzi pobili wszelkie rekordy kolaboracji z Hitlerem, sami ochoczo wyłapali swoich Żydów, by własnym transportem odwieźć ich do Auschwitz, i znacznie liczniej walczyli w tej wojnie po stronie Niemiec, niż Anglii i Ameryki. Czy ktoś im to pamięta i wypomina? Albo Austriacy ? nie stawiali Hitlerowi najmniejszego oporu, stanowili lojalną część III Rzeszy i jej machiny wojennej oraz eksterminacyjnej. A świat uważa ich za pierwszą ofiarę Hitlera. A kto w jednym z najsławniejszych filmów wszechczasów, „Casablance”, jest symbolem bohaterskiego, niezłomnego oporu przeciwko Hitlerowi i nazizmowi?! C z e c h, kurwa!!! Z czego to wynika? Z potrzeb politycznych, oczywiście. Skoro Polacy zostali w 1945 potraktowani nie jak zwycięzcy, ale jak przegrani w tej wojnie, to znaczy, że trzeba ich tak właśnie pokazywać, jakby, podobnie jak Węgrzy, Rumuni, Bułgarzy i inne ofiary Stalina, byli właśnie po stronie Hitlera. Nawet jeśli nie byli. Fakty mówią co innego? Tym gorzej dla faktów, jak mawiał Mark Twain. To jest właśnie coś, czego nie potrafimy pojąć, i dlatego ciągle dostajemy w… powiedzmy, w skórę. To, jak świat widzi nas (ale też wspomnianych Francuzów czy Austriaków) w najmniejszym stopniu nie zależy od tego, jak naprawdę było, tylko jak, w świetle politycznych interesów, być powinno. Polityka każe zablokować wszystko, co świadczy na naszą korzyść, za to wytwarza ogromny popyt na wszystko, co dowodzi, że Polacy nie byli ofiarami wojny, tylko sojusznikami Hitlera. Dlatego kiedy Jan Tomasz Gross napisał bardzo dobrą książkę o martyrologii Polaków w Sowietach, przysłowiowy pies z kulawą nogą nie zwrócił na nie uwagi. A gdy nawypisywał bzdur i kłamstw o Jedwabnem, „New York Times” natychmiast ogłosił go wielkim historykiem, sypnęła się kasa, a uniwersytet Princeton przyznał prestiżową profesurę. Utraciliśmy połowę terytorium kraju, miliony obywateli, całą elitę, niepodległość, stolicę, większość majątku trwałego… a co obroniliśmy? „Honor”!? Nie róbmy sobie jaj, proszę! Na koniec jeszcze jedno: w tej sprawie nie chodzi o Becka, Rydza i innych morderców Polski, niech im będzie ziemia możliwie najcięższą. Chodzi o przyszłość. Od dwudziestu lat, korzystając ze znakomitej międzynarodowej koniunktury, jesteśmy wolnym krajem. Wykorzystajmy tę chwilę, by wreszcie rozprawić się z narodowymi mitami i zacząć myśleć ? albo sprawią te mity, że znowu w chwili próby obce mocarstwa rozegrają nas, wedle swoich potrzeb, jak idiotów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL