Publicystyka

Mistrzostwa Europy w narzekaniu

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
To prawda, Polacy mają małe doświadczenie w budowie stadionów i autostrad. Lobbing w wielkich organizacjach też wychodzi nam średnio. Ale Euro 2012 pokazuje, że najgorsi jesteśmy w świętowaniu własnych sukcesów – pisze dziennikarz „Rzeczpospolitej”
Do finałów piłkarskich mistrzostw Europy został rok. Jedno miasto ciągle nie jest pewne, czy nie zabiorą mu przyznanych meczów. W drugim stadion wprawdzie już stoi, ale nie wiadomo, czy po Euro będzie miał kto na nim grać. W stolicy prace nad nową linią metra z centrum pod stadion są tak opóźnione, że skończenie ich do mistrzostw wydaje się nieprawdopodobne. Bulwarówki może nie krzyczą już z pierwszych stron, jak wcześniej: “Zabiorą nam mistrzostwa!”, ale zapowiadają wstyd.
To nie Polska i Ukraina w 2011 r. Tak bywało w Austrii i Szwajcarii przed ich turniejem w 2008 r. W Zurychu trwały akrobacje z przebudową stadionu, w Genewie po bankructwie klubu Servette trzeba było utrzymywać stadion, na którym na co dzień nie było meczów, a w Wiedniu metro na Prater powstawało w ostatniej chwili. Cztery lata wcześniej w Portugalii do końca uwijano się przy wykańczaniu stadionów. Było ich tam zresztą zdecydowanie za dużo, aż dziesięć, bo każde większe miasto miało ambicje i uważało, że i jemu jakieś mecze się należą. Dziś niektóre z nich są dla samorządów kulą u nogi. [srodtytul]Numer stulecia[/srodtytul]
Jakby sięgnąć jeszcze bardziej wstecz, okazałoby się, że swoje wpadki mieli i Holendrzy z Belgami w ME 2000, i Anglicy w 1996 r. Mieli, choć ubiegali się o mistrzostwa, wiedząc, że są faworytami, bo stoi za nimi – do wyboru – bogactwo kraju, sportowa tradycja, doświadczenie w organizowaniu wielkich imprez, wpływy w UEFA. Albo wszystkie te zalety naraz. Czyli zupełnie inaczej, niż to było z Polską, która wygrywając z Ukrainą prawo do mistrzostw w 2012 r., wycięła numer stulecia. Również swoim miastom, bo np. Łódź zwycięstwa nie brała pod uwagę i zgłosiła się po fakcie, a Kraków zaniedbał polityczne zabiegi o znalezienie się w gronie tzw. miast podstawowych, choć miał u siebie wpływowych posłów PiS, wówczas partii rządzącej. Oni też, jak większość Polaków, nie docenili siły przebicia Ukraińca Hryhorija Surkisa. A po zwycięstwie szybko chcieli zapomnieć, że do Euro 2012 doszliśmy głównie na plecach Surkisa i – jakkolwiek by to zabrzmiało – trochę na doczepkę. I że z tego powodu pewnych rzeczy nam po prostu nie wypada robić ani mówić. Ale jak się okazało po raz kolejny przy okazji środowego wyboru miast na Euro, zawsze łatwiej wokół takiego turnieju rozhuśtywać emocje, niż rozmawiać o faktach. I tak podróżujemy od skrajności do skrajności. Albo mamy poczucie, że możemy wszystko, jak tuż po wyborze dwa lata temu, gdy na fali euforii zwariowały nawet giełdowe kursy, albo biczujemy się, że nic nam się nie uda, jak przez te miesiące, gdy UEFA groziła nam żółtą kartką i wpadaliśmy w panikę z byle powodu. Po czym teraz, gdy UEFA postanawia w Bukareszcie, że nie tylko na pewno zorganizujemy mistrzostwa, ale prawdopodobnie dostaniemy większość meczów, a jest duża szansa, że jeszcze zabierzemy Kijowowi finał, podnoszą się głosy, że czemu tylko cztery miasta, skoro mogło być sześć. I że można by jeszcze coś podebrać Ukrainie, przecież i tak nie zdąży. A mówią to często ci sami ludzie, którzy wcześniej zastanawiali się głośno, czy Euro w czterech miastach nie będzie ponad nasze siły i czy nie najemy się wstydu na całą Europę i pół reszty świata. [srodtytul]Festiwal gdybania[/srodtytul] Trwa festiwal gdybania i mnożenia wątpliwości. Po bukareszteńskiej decyzji, która była porażką Krakowa i Chorzowa, ale jednocześnie wielkim zwycięstwem Polski, zaroiło się od niedoszłych bohaterów ostatniej akcji. Była minister sportu Elżbieta Jakubiak mówi, że odcięcie Krakowa i Chorzowa to wina Mirosława Drzewieckiego. W domyśle: gdyby ona dalej była ministrem, to razem z PiS potrafiłaby załatwić sześć miast. Zbigniew Boniek przekonuje, że zawalił Grzegorz Lato, bo ani z niego dyplomata, ani menedżer. Gdyby to Bońka, przyjaciela szefa UEFA Michela Platiniego, wybrali jesienią ubiegłego roku na prezesa PZPN, dziś Kraków i Chorzów szykowałyby się do organizacji mistrzostw. Może tak, może nie. Z całym szacunkiem dla pozycji Zbigniewa Bońka w futbolu – a nie mamy tu nikogo bardziej od niego rozpoznawalnego na świecie – to jednak nie sam Platini decydował o podziale miast, ale Komitet Wykonawczy UEFA. I jak zdradził wczoraj Surkis, ten komitet był gotowy wziąć sześć polskich miast, nie zważając najwyraźniej na brak talentów prezesa Laty. Powstrzymała go od takiej decyzji tylko obawa, że to postawi Ukraińców w roli bardzo ubogich krewnych i może zupełnie zniechęci ich do turnieju. Minister Jakubiak od kilku tygodni uparcie powtarza też, że jesteśmy zbyt usłużni wobec UEFA, że Portugalczycy potrafili sobie wywalczyć 4 procent zysków z organizacji swojego turnieju i my też możemy. 4 procent z 3 miliardów to będzie spora suma. Szkoda tylko, że dane do tych obliczeń są wzięte raczej z Radia Erewan niż z ksiąg portugalskiego turnieju. Tamtejszy rząd rzeczywiście wywalczył kilka procent, bo to był ostatni turniej, w którym UEFA dopuściła władze państwa do spółki organizującej ME. Ale podzieliła się nie całym zarobkiem, tylko wpływami z biletów, które przyniosły 10 procent dochodów z turnieju. Czyli niewiele ponad 80 mln euro, z czego portugalski rząd wziął góra 4 mln. Rzeczywiście, historyczny sukces. [srodtytul]Czy będziemy się cieszyć[/srodtytul] Im bliżej do turnieju, tym więcej będzie takich mniej lub bardziej wydumanych wyzwań i zagrożeń. Powód do narzekania zawsze się znajdzie. Gdy już staną stadiony, to będziemy się zamartwiać, że kibice utkną w korkach pod nimi, i tak dalej. A niewykluczone, że jeśli za jakiś czas pojawi się mniej korzystny raport UEFA, to znów zaczniemy się bać, że nam Euro zabiorą. I jednocześnie zastanawiać, czy Ukrainie nie zabiorą pierwszej, to wtedy przejmiemy całość. Może tę cenę trzeba zapłacić, gdy się takie święto ściąga do siebie pierwszy raz, a o problemach poprzednich organizatorów wie niezbyt dużo. Może dopiero po turnieju uwierzymy, że budowanie stadionów, dróg itp. nie jest wyzwaniem ponad nasze siły i że to nie po tym, jak się je budowało, oceniany jest turniej. Oczywiście i obiekty, i drogi muszą stanąć. Ale dla atmosfery i wspomnień ważniejsze jest, żeby pogoda była dobra, drużyna gospodarzy szybko nie odpadła, a ochroniarze potrafili się uśmiechać. I to rzeczywiście jest problem.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL