Literatura

Wielka polska aktorka wśród amerykańskich niedźwiedzi

Materiały Promocyjne
Gołąb o orlich skrzydłach — tak Helenę Modrzejewską nazwał Henryk Sienkiewicz, który ją znał i rozumiał. Losy artystki, która już za życia stała się legendą polskich i amerykańskich scen — w setną rocznicę jej śmierci — przypomina Wydawnictwo W.A.B. w pasjonującej biografii „Modrzejewska. Życie w odsłonach” Józefa Szczublewskiego.
Była wspaniałą odtwórczynią ról szekspirowskich (m. in. Ofelia, Julia) i tragicznych (Maria Stuart). W opisach jej aktorskiej sztuki recenzenci szli w zawody z poetami. Ale zdarzali się też malkontenci i zawistnicy, więc sama Modrzejewska musiała staczać boje nie tyle o uznanie swego aktorskiego wizerunku, ile nowoczesnego teatru, który próbowała stworzyć.
„Jeśli aktor zawsze wkłada w rolę swoją własną indywidualność – pisała – wszystkie jego postaci stają się podobne do siebie”. Ubolewała nad powszechnym wówczas kultem gwiazd sceny, otaczających się nieudacznikami, aby tym bardziej brylować na ich tle. Ona starała się pozyskiwać jak najlepszych aktorów. Ich partnerstwo ją uskrzydlało. Pierwszy amerykański angaż otrzymała w San Francisco, kiedy zmusiła dyrekcję jednego z teatrów do wysłuchania jej próby. „Te niedźwiedzie nie dowierzały – pisała potem w liście – żeby w kraju, który według ich mniemania został wykreślony z karty dziejów świata, w kraju, o którym oni tu nigdy nic nie słyszą, mogła istnieć sztuka”.
Olśniewający sukces debiutu Heleny Modjeskiej — jak dla ułatwienia nazwano ją w Ameryce — spotkał się w Warszawie z… kpinkami. Mierny literat Edward Lubowski, pisał, że zamorskie uznanie dla naszej artystki cieszy „nawet tych, którzy nie ubóstwiając jej ślepo, przyznawali jej wszakże talent pierwszorzędny i pożyteczność wielką na warszawskiej scenie” etc. Łaskawie przyznawał jej „pożyteczność”, gdy w San Francisco uznano ją za jedną z najlepszych aktorek na świecie. Że tak było istotnie, świadczy próba otrucia artystki. 16 czerwca 1883 r. w Denver, w finale „Romea i Julii” podano jej we flakoniku spirytus z fosforem. Na szczęście aktorka w ostatniej chwili zorientowała się, że to nie herbata. Powroty Heleny Modrzejewskiej do kraju bywały wypełnione pracą tak zresztą jak artystyczne tury po amerykańskich miastach. Obok występów, miewała i inne obowiązki. Wraz z Sabałą trzymała do chrztu Stasia Witkiewicza, przyszłego Witkacego, który aż sześć lat czekał na jej przyjazd do Zakopanego. Wraz z Antoniną Hoffmann wmurowała w 1891 r. kamień węgielny pod gmach nowego teatru w Krakowie, którego budowę zainicjowała hojnym darem trzy lata wcześniej. Mimo wielu dowodów sympatii ze strony rodaków, największymi hołdami obdarzali ją Amerykanie. „Żadna dotąd z artystek nie potrafiła wcielić się w tak całkowicie różne postacie jak Modjeska”. A swój pean nowojorski krytyk kończył stwierdzeniem, że „pojawiają się aktorki i przemijają aktorki, ale wielkość Modjeskiej pozostaje niepodważalna”. Sama aktorka w liście z Rzymu w 1895 r. wyznała, że „sztuka nie daje szczęścia, bo się ciągle w niej czegoś szuka, czego się zwykle nie znajduje, a potem, że nie daje wytchnienia, bo ciągle trzeba naprzód pędzić, aby nie pozostać w tyle, nareszcie, że rodzi ambicję, a ambicja pożera. Ale wszak nie dla samego szczęścia jesteśmy stworzeni”. Niektóre z jej wystąpień miały brzemienne skutki. Poproszona o wygłoszenie odczytu na kongresie kobiet w Chicago w 1893 r. wyraziła krytyczny stosunek do sytuacji kobiet pod zaborami rosyjskim i pruskim. Ukaz carski zabraniał jej od tego czasu wjazdu na terytorium rosyjskie. Na wieść o trzęsieniu ziemi na Sycylii, które na przełomie 1908 i 1909 r. pochłonęło 80 tys. osób, Modrzejewska zagrała w Los Angels na rzecz ofiar. To jej ostatni występ. Umiarła 8 kwietnia 1909 r. w domu na Bay Island, w kalifornijskim Newport Beach, w wieku 68 lat. Aktorką była 46 lat. Uosabiała 300 postaci w 6 tys. przedstawień. Najczęściej występowała w Warszawie — ok. 740 razy. Następnie w Nowym Jorku — 520, Krakowie — 390, Londynie — 370, San Francisco — 300, Chicago — 260, Bostonie — 190, Lwowie, Czerniowcach, Poznaniu i Filadelfii po ok. 125 razy. Schillerowską Marię Stuart grała 620 razy, lady Makbet — 520, Damę Kameliową — 500, Rozalindę — 440, Adrianne Lecouvreur — 370. Julią, Wiolą i Porcją była po ok. 160 razy. Okupiła swój światowy sukces harując ciężej i wytrzymując więcej niż inne gwiazdy epoki. Monumentalna, 660-stronicowa biografia spełnia wszelkie wymogi pracy naukowej. A zarazem jest na tyle przystępna, że trudno się odeń oderwać. Chronologię wydarzeń Szczublewski przedstawia w zwartych, dobrze zakomponowanych, krótkich rozdziałach. Udokumentowanych wyimkami z recenzji, artykułów, relacji, wywiadów, listów czy wspomnień.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL