Piłka nożna

Cud po katalońsku

Andres Iniesta po podaniu Leo Messiego, w doliczonym czasie gry zdobył bramkę dającą Barcelonie finał Ligi Mistrzów
AP
Chelsea – Barcelona 1:1. Gospodarze byli lepsi i powinni wygrać. W finale zagra jednak Barcelona. Anglicy powiedzą, że dzięki błędom sędziego, Katalończycy uznają, że ten sukces im się należał
Gdyby mecz był na Camp Nou, a gospodarze przez 90 minut atakowali tak, jak Chelsea i zmarnowali tyle sytuacji, a sędzia przynajmniej w jednym przypadku nie podyktował dla nich rzutu karnego, Katalonia grzmiałaby o oszustwie i skandalu.
Ale w Londynie to Barcelona zdobyła gola w doliczonym czasie i zagra w finale z Manchesterem United, a Barcelonie podobno można więcej wybaczyć, bo gra najpiękniej w Europie. O wielkości Josepa Guardioli po tym meczu nie wypada jednak mówić, o tym, że jego drużyna jest najlepszą w historii, najlepiej zapomnieć chociaż na kilka dni, żeby nie czuć niesmaku. Do finału awansował zespół, który w tej Lidze Mistrzów grał najlepiej, ale okoliczności awansu zepsuły obraz Barcelony idealnej, przegrywającej tylko wtedy, gdy krzywdzą ją sędziowie i agresywni rywale.
Mecz w Londynie sędziował Norweg Tom Henning Ovrebo. Kiedy nie biega po boisku w krótkich spodenkach, jest psychologiem, ale wygląda tak, że wchodzący do jego gabinetu muszą zastanawiać się, czy przez pomyłkę nie trafili do trenera karate. Ovrebo podjął cztery kontrowersyjne decyzje. Najpierw za wszelką cenę chciał przenieść faul Daniela Alvesa na Florencie Maloudzie poza linię pola karnego, mimo że nawet na trawie było widać, gdzie starli się obaj piłkarze. Później nie gwizdał po tym, jak w polu karnym przewracali się Didier Drogba i Nicolas Anelka, wreszcie zagrania ręką Gerarda Pique nie zakwalifikował jako celowe i pozwolił grać dalej. Chelsea prowadziła jednak wtedy 1:0, atakowała bez przerwy i tak bardzo zdominowała Barcelonę, że nie wydawało się, by mogło jej stać się coś złego. Pięknego gola w dziewiątej minucie strzelił Michael Essien. Piłka odbiła się od Yaya Toure, który z konieczności zagrał jako stoper i nie do końca radził sobie z nową rolą, a pomocnik Chelsea bez przyjęcia strzelił zza pola karnego pod poprzeczkę. Dla Barcelony to był wyrok. Miała zagrać inaczej niż tydzień temu na Camp Nou, bo przeciwnikowi miało zależeć na zdobyciu gola i musiał się odsłonić. W dziewiątej minucie wydawało się, że Guus Hiddink dostał, czego chciał, i Chelsea znowu zacznie grać tak, jak z Barceloną grać trzeba, czyli skupi się na obronie, ale Holender w ogóle nie zmienił taktyki. Przy każdej przerwie wzywał przynajmniej dwóch swoich zawodników do linii bocznej i dawał im instrukcje. Grał swoją rolę maga i genialnego stratega, który znalazł cudowną receptę na Barcelonę. Nicolas Anelka niby był drugim napastnikiem, ale i tak najczęściej widać go było w obronie. Barcelona nie istniała, w niczym, nie przypominała siebie z soboty, kiedy z Realem w Madrycie grała, jak z drużyną juniorów. Alves osiem razy dośrodkował w pole karne tak, że piłka wychodziła na aut i dostał żółtą kartkę, która eliminuje go z występu w finale. Samuel Eto’o miał piłkę przy nodze może kilka razy, Xavi szukał, ale tak jak tydzień temu nie potrafił znaleźć choćby małej luki w obronie rywali. Kiedy w 66. minucie czerwoną kartkę dostał Eric Abidal, wydawało się, że jest już po meczu, a kibice na Stamford Bridge zaczęli święto. Katalończycy wymieniali długo podania w środku pola (do przerwy 70 procent czasu posiadania piłki), ale podawali do siebie bez celu i bez pomysłu, a Chelsea atakowała. Drogba, który w ostatnich 15 meczach strzelił 10 goli, mógł rozstrzygnąć kwestię awansu najpierw w 23., a potem w 52. minucie, kiedy miał przed sobą tylko Victora Valdesa. Później zszedł z boiska kontuzjowany, a pojawił się na nim jeszcze po końcowym gwizdku po to, żeby pobić sędziego Ovrebo. W 93. minucie Andres Iniesta dostał podanie od Leo Messiego i strzelił tak mocno, że Cech nie zdążył nawet zareagować. Ten strzał był jedynym celnym Barcelony w całym meczu, był magicznym momentem, po którym Guardiola przebiegł wzdłuż linii bocznej, jak Jose Mourinho w 2004 roku, kiedy Porto eliminowało Manchester United. Tyle że wtedy była to wielka niespodzianka, a wczoraj dla wielkiej Barcelony miała to być formalność. Na ostatni rzut rożny dla gospodarzy w pole karne rywali pobiegł nawet Cech, piłka po strzale jednego z piłkarzy Chelsea trafiła jeszcze w rękę Keity, ale tym razem Ovrebo karnego nie mógł podyktować. Innego zdania był Michael Ballack, który popchnął sędziego i w ostatniej chwili powstrzymał się przed uderzeniem go w głowę. Drogba chciał zrobić to samo, po końcowym gwizdku. 27 maja w Rzymie Barcelona zagra w finale z Manchesterem United. Takiego finału jeszcze nie było i marzyli o nim kibice, a pamięć o tym, że to być może Chelsea ponownie powinna grać o Puchar Mistrzów na pewno szybko się zatrze. [ramka][srodtytul]>CHELSEA – BARCELONA 1:1 (1:0)[/srodtytul] Bramki: dla Chelsea - M. Essien (9), dla Barcelony - A. Iniesta (90+3). Czerwona kartka: E. Abidal (65, Barcelona). Sędzia: T. H. Ovrebo (Norwegia). Widzów 38 000. Chelsea: Cech – Bosingwa, Alex, Terry, A. Cole – Essien, Ballack, Lampard – Anelka, Drogba (72-Belletti), Malouda. Barcelona: Valdes – Alves, Pique, Toure, Abidal – Xavi, Busquets (85-Krkić), Keita – Messi, Eto’o (90+7-Silvinho), Iniesta (90+6-Gudjohnsen). [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL