fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Modelka, która mówi

Inés de la Fressange, pierwsza twarz Chanel, muza Karla Lagerfelda, rok 1987
AP
W czasie ostatnich pokazów w Paryżu Jean-Paul Gaultier zrobił z 51-letniej Inés de la Fressange gwiazdę swojej kolekcji. Niepokorna muza Karla Lagerfelda, przyjaciółka zmarłego niedawno Yvesa Saint-Laurenta opowiada „Rzeczpospolitej” o wielkich ze świata francuskiej mody i o tym, co robi dojrzała kobieta, by czuć się dobrze we własnej skórze
Jest tak samo szczupła jak 30 lat temu, a kilka zmarszczek dodaje jej uroku. Gołym okiem widać, że jej twarzy nie dotknął skalpel chirurga kosmetycznego. Na komplement odpowiada, że to zasługa genów i że zawsze starała się zdrowo odżywiać.
Zapala papierosa, ale prosi, abym o tym nie pisała. Kiedyś szlugi (śmieje się) były popularnym rekwizytem mody, miały dodawać seksapilu. Widziała tyle papierosów w ustach gwiazd Hollywoodu... Nikt nie mówił o ich szkodliwym wpływie. Chciałaby rzucić palenie, ale nie jest to łatwe. Przekonuję ją, że o tym napiszę tylko w kontekście, który uzmysłowi czytelnikom, jak niezdrowe oddziaływanie miewa moda. Inés Marie Laetitia Églantine Isabelle de Seignard de la Fressange urodziła się w 1957 roku w arystokratycznej rodzinie. Jej ojciec markiz André de Seignard de La Fressange był finansistą, a pochodząca z Argentyny matka Cecilia Sanchez-Cirez pracowała w młodości jako modelka. Żyli jak światowcy hipisi, podróżowali, przez ich dom przewijała się bohema.
– Jak z powieści Francoise Sagan – mówi Inés. Nią i dwójką braci zajmowała się głównie babka Simone Jacquinot, córka André Lazarda, właściciela firmy doradztwa finansowego. Drzewo genealogiczne Inés schodzi do XIII wieku i aż roi się w nim od rycerzy, hrabiów, królewskich doradców, bankierów. – Wychowywała mnie niania Wiktoria, która pochodziła z Polski. Była dla mnie jak druga matka. Całowała na dobranoc, opowiadała bajki i przytulała. Nazywałam ją Toja, bo jej imię było za trudne do wymówienia. Rozpieszczała sernikami, uwielbiałam chleb razowy. Znałam wiele polskich słów. Pamiętam te, które powtarzała: “rany boskie”, “w dupie” – Inés wybucha śmiechem. – Znam polskie przekleństwa, ale nie wolno mi było ich powtarzać. Kazano mi uczyć się angielskiego i wysyłano do Wielkiej Brytanii. Z matką rozmawiałam po hiszpańsku. Babka przyszłej ikony francuskiej modymieszkała w luksusowym apartamencie w VIII dzielnicy Paryża. Przepych i zbytek były tu chlebem powszednim, elegancja od rana do wieczora obowiązkowa jak mycie zębów. Babka Simone miała dwóch szoferów, służących, wychodziła tylko z nakrytą głową. Trzykrotnie zamężna była zagorzałą bojowniczką o prawa kobiet i bywalczynią pokazów mody. W jej domu Inés poznała wyrafinowanie a la francaise. Później przez lata czuła się winna, że jej dzieciństwo było tak uprzywilejowane. W ramach buntu jeden z jej braci w wieku 12 lat został marksistą. Ona modelką. [srodtytul]Za wysoka i chuda [/srodtytul] Babka jest zachwycona pomysłem. Siedemnastoletnia Inés idzie do agencji modelek. Słyszy, że ma za grube brwi, wygląda na chłopczycę, jest zbyt koścista i ogólnie nie nadaje się do zawodu. Kilka dni później szefowa agencji Pauline w czasie kolacji u znajomych rodziny chce ją z miejsca angażować. Zatrudniała modelki, które odbiegały od kanonów urody. Rodzina postanawia jednak, że Inés zda najpierw maturę. Kiedy ta zastanawia się nad studiami, matka stwierdza, że studia do niczego nie są jej potrzebne. Ines zapisuje się na historię sztuki, ale po roku przerywa. Pozuje dla “Elle” Oliviero Toscaniemu, bierze udział w pokazie Thierry’ego Muglera. Jej kariera nabiera rozpędu. Dziennikarze nazywają ją modelką, która mówi. – Bycie modelką traktowałam jako zabawę i sposób na dorobienie kilku groszy. Kiedy w latach 80. media zaczęły się interesować modą, dziennikarze przychodzili do mnie, gdyż byłam jedyną Francuzką. Znałam angielski i byłam dość niekonwencjonalna. Na pokazach chodziłam zygzakiem, spacerowałam ze swoim psem, nartami lub poduszką. Z podium robiłam zdjęcia widowni. Wystarczyło powiedzieć kilka zdań trzymających się kupy, by zyskać opinię osoby inteligentnej. A ja byłam po prostu normalna. [srodtytul]Coco, Karl i Yves[/srodtytul] W 1983 roku Inés rozpoczyna współpracę z domem mody Chanel. Mówi się, że jest podobna do Coco. Jest pierwszą modelką, z którą dom mody haute couture podpisał kontrakt na ekskluzywność. Staje się rozpoznawalna nie tylko we Francji. To epoka, kiedy modelki szturmem wdzierają się do świadomości masowej, zajmując miejsca do tej pory zarezerwowane tylko dla gwiazd ekranu. – W domu za mało wyrażało się emocje. Rodzice nauczyli mnie ekscentryczności, ale przede wszystkim dobrego wychowania. Odwiedzali Jacques’a Lacana, kiedy jeszcze nikt o nim nie słyszał. Czytali książki Marguerite Duras, zanim wszyscy się nimi zachłysnęli. Nie bałam się wyróżniać z tłumu. Robiłam z siebie trochę klowna, ale to się podobało, bo było inne. Moda francuska jest znana w świecie jako wielki biznes, ale w kraju jest kojarzona z czymś frywolnym – tłumaczy. Siedzimy przy Faubourg-Saint-Honoré, w paryskiej siedzibie firmy Roger Vivier znanej z wysokiej klasy butów i torebek. Jej gabinet zapełniają zdjęcia rodziny, z pokazów i gustowne bibeloty. Inés jest dyrektorem artystycznym, zajmuje się komunikacją i jest twarzą marki. Jednym słowem – sobą. – Mój tytuł nazywa się Inés. Brzmi lepiej niż markiza i w dodatku za bycie sobą mi płacą. – Za elegancję? – dopytuję. – Tego słowa już chyba nie ma w słowniku! Elegancja jest odzwierciedleniem duszy. [srodtytul]Marianna [/srodtytul] Symbolem Francji jest stojące w każdym merostwie popiersie Marianny, rewolucyjnej alegorii wolności. W 1989 roku zaproponowano Inés, by użyczyła Mariannie swej twarzy (były nią Brigitte Bardot i Catherine Deneuve). Bez wśahania odpowiedziała: “tak!”. Ale Karl Lagerfeld, jej ówczesny pracodawca, stwierdził: “Nie chcę ubierać pomników. To zbyt wulgarne”. Po długiej wojnie sądowej jej kontrakt został zerwany, a ona znalazła się bez pracy. – Nie mam do nikogo pretensji i chcę pamiętać miłe chwile. Praca z Karlem była fascynującym doświadczeniem i byliśmy inspirującymi się wzajemnie partnerami. On nie ma życia prywatnego, poświęca się pracy. Jest osobą z poczuciem humoru, ale twardo stąpającą po ziemi. Stracić przyjaciela zawsze jest trudne. – Może Karl Lagerfeld był zazdrosny, że stanie się pani sławniejsza od niego? – Dalajlama mówi, że postępowanie ludzi jest często powodowane strachem. Kiedy to się zrozumie, jesteśmy w stanie pokochać innych z ich wadami. Ludzie pełni złej woli są po prostu nieszczęśliwi. Też dlatego, że muszą obcować sami ze sobą. Ludzie zadowoleni nie mają czasu być wredni. – A jak układała się współpraca z Yves Saint-Laurentem? – Był typem wiecznego chłopca. Jego ogromna nieśmiałość powodowała podobne zachowania osób przebywających w jego towarzystwie. Był przy tym geniuszem, który pochłaniał wszystko i wszystkich. Kiedy się dla niego pracowało, zapominało się o własnej osobowości i stawało częścią YSL. Kiedyś zaprosił mnie na kolację, na którą inni się spóźniali. Zastałam go samego we wspaniale urządzonym apartamencie pełnym antyków. Zaczął mi się zwierzać z intymnych rzeczy, swoich obaw i niepewności. Czułam się zażenowana tym zaufaniem, ale i wyróżniona. Oboje wiedzieliśmy, że tajemnice pozostaną między nami. Miałam dla niego dużo współczucia, gdyż pomimo sławy, pieniędzy i szacunku był zamknięty w sobie i czuł się samotny. – Dlatego uzależnił się od narkotyków? – Nie ma jednego powodu, dla którego ktoś wpada w nałóg. Yves był wyjątkowo wrażliwą osobą. Myślę, że poświęcenie życia prywatnego dla zawodowego w imię mitu YSL było dla niego, introwertyka, ciężkim zadaniem. Pamiętam wakacje w jego domu w Maroku, gdzie przyjechałam z córkami i mężem. Robiliśmy tam dużo krzyku i bałaganu, ale byliśmy szczęśliwi. Yves czasami uczestniczył w zabawach, ale najczęściej siedział ubrany w nienaganny biały garnitur w przepięknym ogrodzie. Wszystko w tym domu było nieskazitelne i estetycznie dopracowane. Kiedy stamtąd wyjeżdżaliśmy, pomyślałam, że zostawiam kogoś podziwianego na świecie, ale nieszczęśliwego. Towarzyszył mu tylko pies, którego traktował jak swoje dziecko. [srodtytul]Bez własnego imienia[/srodtytul] Znalazła się bez pracy, więc założyła rodzinę. Jej mężem zostaje włoski biznesmen i kolekcjoner dzieł sztuki Luigi d’Urso. W 1994 roku przychodzi na świat ich córka Nine, a w 1999 Violette. Inés przeżywa swoje najszczęśliwsze lata. W1991 roku zakłada firmę zajmującą się sprzedażą strojów, biżuterii i rzeczy do domu, które sama projektuje. Osiąga sukces, także finansowy. Kiedy podczas urlopu macierzyńskiego bez konsultacji z większościowym udziałowcem Francois-Louis Vuittonem projektuje pudełko na tabletki dla pewnej znanej marki, Vuitton zrywa z nią kontrakt. Po bitwach sądowych Inés traci prawo do używania swojego własnego imienia dla jakiejkolwiek marki zajmującej się modą. Bez niej firma upada. [srodtytul]Zalety kobiety dojrzałej[/srodtytul] Jednak ona nie narzeka. W 2002 roku wydaje książkę “Zawód modelka”. Projektuje dla innych i zajmuje się stylizacją. W 2006 roku w wieku zaledwie 55 lat umiera na atak serca jej mąż. – Wiem, że chciałby, abym była szczęśliwa, dlatego się nie poddaję. Przeżyliśmy razem tyle wspaniałych lat, wyjątkową historię miłosną i to jest najważniejsze. Myślę, że bardzo się zmieniłam. Kiedy miałam firmę, pracowałam po 14 godzin dziennie. Praca była moją pasją. Kocham to, co robię, ale dziś wolę spędzać czas z córkami niż na spotkaniach. Strata ojca w tak młodym wieku wpłynęła na nie. Stały się bardziej wrażliwe na krzywdę innych ludzi. Staram się być najlepszą “mamusia”… – Inés wymawia po polsku. – Choć nazywano mnie modelką, która mówi w życiu osobistym byłam nieśmiała. Nie potrafiłam okazywać emocji. Był to rodzaj dumy połączony ze strachem przed zwierzeniami. W mojej rodzinie rozmawiano bez zahamowań na różne tematy, ale za mało o uczuciach. Teraz nauczyłam się rozmawiać z ludźmi. Codziennie po odprawieniu córek do szkoły jadam śniadanie z przyjaciółkami. Przy soku, kawie i rogalikach mamy kółko psychologiczne. – Czy udział w pokazie haute couture u pani przyjaciela Jean-Paul Gaultiera był formą pomocy psychologicznej? – To był dzień mojego ego! Nie pokazywałam się na wybiegu od lat. Nie mogłam sobie tego odmówić. Najgorszą rzeczą jest być sfrustrowanym z powodu wieku. Żałować, że nie zrobiło się rzeczy, na które miało się ochotę. Myślę, że bardziej obawiamy się starości i zmarszczek, kiedy mamy 20 lat niż 50. Dzisiaj potrafię się cieszyć tym, co mi przyniesie dzień. Spakować się do jednej walizki zamiast do czterech. Jednak należy o siebie dbać. Przykładem do naśladowania była moja babka, która nawet w szpitalu starała się być elegancka. Moja matka ma 73 lata i nie wygląda na tyle. Nie traciły apetytu na życie. To, co nazywamy pięknem wewnętrznym, jest ważne, ale nie należy zapominać o zębach, kosmetyczce i makijażu w niedzielę. Nawet jeśli zobaczą nas tylko domownicy. – Ale do magazynów pozują nastoletnie dziewczyny – drążę temat dojrzałych kobiet. – Łatwiej się je fotografuje, ale to Jackie Kennedy, Katherine Hepburn, Silvana Mangano istnieją w społecznej świadomości jako ikony piękna i elegancji, choć to kobiety dojrzałe. W wieku lat 20 byłam wymalowana i lubiłam szokować, bo źle się czułam we własnej skórze. Mając lat 25, byłam wieszakiem na rzeczy. Jako kobieta 30-letnia bardziej ubierałam się dla męża niż dla samej siebie. Lubił, kiedy nosiłam koszule, krótkie włosy. Jako czterdziestolatka myślałam o tym, co ja chcę nosić, by w końcu w wieku lat 50 stwierdzić, że można być piękną i seksowną mimo lat. Teraz zwracam uwagę na to, jak się w ubraniu czuję. Markowe ciuchy? Jaki mężczyzna zwraca uwagę, od którego kreatora mamy sukienkę? Chce czuć się dobrze w towarzystwie kobiety.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA