fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Nikt nie będzie płakał po Hamasie

W wielu politycznych gabinetach regionu działania izraelskiej armii wymierzone w palestyńskich ekstremistów śledzone są z życzliwością. Nie izraelscy żołnierze, lecz muzułmańscy radykałowie stanowią bowiem prawdziwe zagrożenie dla arabskich przywódców
Dawno nastroje i poglądy arabskiej ulicy nie były tak rozbieżne z nastrojami i poglądami arabskich elit władzy. Chociaż oficjalnie państwa Bliskiego Wschodu solidaryzują się z „braćmi ze Strefy Gazy”, to w rzeczywistości wiele z nich bardziej od Izraela obawia się islamskich radykałów. To nie izraelscy żołnierze, ale fanatyczni muzułmańscy fundamentaliści stanowią prawdziwe zagrożenie dla arabskich przywódców.
Daleko nie szukając, wystarczy przypomnieć dwuznaczną reakcję na izraelskie naloty na Strefę Gazy prezydenta Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa. Ten umiarkowany polityk z ruchu Fatah pod naciskiem wzburzonej opinii publicznej oczywiście potępił działania Izraelczyków. Jednak podkreślił, że to Hamas, zrywając zawieszenie broni i odpalając w stronę Izraela rakiety, sprowokował interwencję.
Abbas zdecydowanie odrzucił również wezwanie przywódców Hamasu do ogólnonarodowego palestyńskiego powstania wymierzonego w Izrael. Polityk ten zdaje sobie bowiem sprawę, że tak jak w 2007 roku Hamas pozbawił go kontroli nad Strefą Gazy, tak prędzej czy później spróbuje to uczynić z drugą częścią Autonomii – rządzonym przez niego Zachodnim Brzegiem Jordanu.
W tej sytuacji poważne osłabienie, nie mówiąc o całkowitym rozbiciu, Hamasu przez izraelską armię jest mu na rękę. Plan minimum dla Abbasa to utrwalenie status quo, czyli podziału Autonomii na część należącą do Hamasu i część należącą do Fatahu. Plan maksimum – wykorzystanie sytuacji i odzyskanie kontroli nad Strefą Gazy, a co za tym idzie ponowne zjednoczenie palestyńskich terytoriów pod jego rządami.
Wybór pomiędzy etniczną solidarnością a twardym interesem politycznym nie dotyczy zresztą wyłącznie Mahmuda Abbasa.
Również inne świeckie reżimy i monarchie Bliskiego Wschodu nie są zachwycone rosnącą siłą i wpływami Hamasu.
Poczynając od graniczącego ze Strefą Gazy Egiptu, gdzie pozycja prezydenta Hosniego Mubaraka jest poważnie zagrożona przez powiązaną z palestyńskimi ekstremistami organizację Bracia Muzułmanie.
Podobne islamskie struktury działają również w Libanie, Jordanii, Iraku, Arabii Saudyjskiej i innych krajach regionu. Wszędzie tam islamscy fanatycy mają ogromne ambicje i cieszą się coraz większym poparciem społecznym. Rządy Hamasu w Strefie Gazy są niebezpiecznym precedensem, który – dla dobra niemal wszystkich bliskowschodnich graczy – powinien jak najszybciej dobiec końca.
W grę wchodzi zresztą nie tylko walka ideologiczna, ale także geopolityczna rywalizacja regionalnych mocarstw. To bowiem tajemnica poliszynela, że Hamas, podobnie jak libański Hezbollah, jest niemal całkowicie uzależniony od Iranu. Kraju zamieszkanego przez Persów, który rości sobie prawo do roli bliskowschodniego hegemona. Rywalizujące z nim Egipt i Arabia Saudyjska tym bardziej nie chcą mieć pod nosem enklawy irańskich wpływów, jaką się stała Strefa Gazy. Dlatego w wielu politycznych gabinetach regionu – do czego nikt się nie przyzna – działania izraelskiej armii wymierzone w palestyńskich ekstremistów śledzone są z życzliwością. Jeśli Izrael odniesie w Strefie Gazy zwycięstwo, nikt na Bliskim Wschodzie nie będzie płakał po Hamasie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA