fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Gejsze, ale tutejsze

Rzeczpospolita, Andrzej Krauze And Andrzej Krauze
Kłopot z Rymanowskim jest taki, że nie dał się wychować dokładnie wedle szablonu. Nie jest dość ortodoksyjny w poglądach jak na gusty i oczekiwania społecznych pedagogów
[link=http://blog.rp.pl/rybinski/2008/12/21/gejsze-ale-tutejsze/" "target=_blank]Skomentuj[/link]
Ktoś ładnie opisał pedagogikę rodzinną jako proces polegający na uczeniu dziecka przez pierwsze 12 miesięcy jego życia mówienia i chodzenia oraz poświęcanie następnych wielu lat na napominanie go, żeby się nie wierciło i stuliło gębę. Podobnie jest z pedagogiką społeczną. Osoby uważające się za rodziców III Rzeczypospolitej, której społeczeństwo – jak uważają – osobiście postawili na nogi i zachęcili do gadania, dokładają teraz wysiłków, aby skłonić wychowanków do siedzenia potulnie we wskazanym kącie, nieodzywania się bez pytania, a jeśli już, to odpowiadania w sposób właściwy zarówno co do formy, jak i treści. Trzeba przyznać, że większość wychowanków jest dość chętna i pojętna. Zdarzają się jednak jednostki krnąbrne.
[srodtytul]Zwyrodnienie medialne[/srodtytul]
To jest chyba najlepsze, najbardziej racjonalne i równocześnie wpisujące się bardzo zgrabnie we współczesność wyjaśnienie dziwacznego i trudnego do zrozumienia konfliktu pomiędzy „Gazetą Wyborczą" i telewizją TVN przy okazji nagrodzenia Bogdana Rymanowskiego przez środowisko dziennikarskie tytułem Dziennikarza Roku 2008.
Za co? – zapytał gromko Piotr Pacewicz z „Gazety". I oczywiście, jak zawsze bywa z takimi pytaniami, sam sobie odpowiedział. Za nic. Za karuzelę głupoty, za promowanie obelg, za magiel, za wszechobecność polityków na antenie i napuszczanie ich wzajemnie na siebie. To w ogóle nie jest dziennikarstwo – taką diagnozę postawił Pacewicz.
I nawet byłbym skłonny się z nią zgodzić. Od dawna, nie w tak wyszukanej formie oczywiście, gdzie mi tam do Pacewicza, głoszę, że jednym z grzechów głównych polskiego życia publicznego jest nadreprezentacja w nim polityków. I wcale nie chodzi o to, że ci politycy żrą się między sobą i obniżają poziom intelektualny, tylko o to, że są promowani na pępek naszego świata. Robią politykę, urządzają nam ustawowo i pozaustawowo życie, a potem lecą do telewizji, żeby się sami zrecenzować.
To jest ponury objaw medialnego zwyrodnienia, za które odpowiedzialności raczej nie ponosi osobiście Bogdan Rymanowski. Obraz kształtowanego przez polityków świata w relacji samych polityków musi być fałszywy, a na dodatek upewnia jednostki słabsze na umyśle, że bez tych paplających łbów nie byłoby niczego: ani Polski, ani pór roku, ani chleba, nie wzeszłaby ozimina i przestałyby kwitnąć kwiaty. Niewystarczająco Lisi
Pisałem o tym wielokrotnie. Także w „Rzeczpospolitej". Stawiałem za wzór niemiecką „Frankfurter Allgemeine Zeitung", która w spisie zasad ma unikanie wywiadów z politykami oraz niepublikowanie tekstów autorstwa osób będących na co dzień przedmiotem relacji prasowych.
Piotr Pacewicz nie za to jednak potępia Rymanowskiego i odmawia mu statusu dziennikarza, że bierze on udział w jarmarku polityków i przepytuje przekupki partyjne, tylko za to, jak to robi. Jedyny konkretny przykład braku profesjonalizmu dziennikarza (przepraszam – niedziennikarza TVN) to domniemywanie na antenie, że Waldemar Chrostowski nie był przyjacielem ks. Popiełuszki, lecz współpracował z jego oprawcami.
Oczywiście, gdyby Rymanowski domniemywał publicznie, że Wojciech Jaruzelski był czołowym opozycjonistą antykomunistycznym, członkiem KOR i po naradach WRON drukował nocą w garażu „Robotnika", zostałby przez Pacewicza uznany za człowieka szlachetnego i dziennikarza pełną gębą.
Problem „Gazety Wyborczej" z Rymanowskim jest, zdaje się, taki, że nie dał się wychować dokładnie wedle szablonu. Nie jest dość ortodoksyjny w poglądach, jak na gusty i oczekiwania pedagogów. Nie jest wystarczająco Lisi, aby zdobyć sobie jeśli już nie akceptację, to przynajmniej pobłażanie chóru wujów gazetowych. Gdyby Rymanowski choć trochę przypominał w zachowaniu i sposobie mówienia posła Palikota, zostałby zapewne przez samego Pacewicza uznany za miarę wszechrzeczy. A ponieważ jest – nie tylko w porównaniu z Palikotem – człowiekiem kulturalnym i starającym się przynajmniej zachować pozory obiektywizmu, musi być zdyskredytowany. Nie po to uczono go, jak mówić, żeby teraz mówił to, co sam sobie pomyślał.
[srodtytul]Okadzać i całować [/srodtytul]
Do takich przypuszczeń skłaniają mnie równocześnie pseudomoralne dąsy „Gazety Wyborczej" na innego dziennikarza TVN – Piotra Marciniaka, który – według diagnozy Seweryna Blumsztajna – przesłuchiwał byłego więźnia Stefana Niesiołowskiego, czyli ośmielił się mówić z wicemarszałkiem o przeszłości, zamiast okadzając go, całować dłonie. Rymanowskiemu dostało się też od Bartosza Wielińskiego za audycję o działalności niemieckich Jugendamtów, którą autor „GW" uznał za antyniemiecką, psującą dobrosąsiedzkie stosunki itd.
Otóż jest to dobra okazja do refleksji nad jakością dziennikarstwa. Aby się na ten temat wypowiadać rzetelnie, warto oprócz obejrzenia ze wstrętem Rymanowskiego wiedzieć cokolwiek o wewnątrzniemieckiej dyskusji o roli Jugendamtów, o zasadzie „deutsche Leitkultur" (wiodącej kulturze niemieckiej) i o próbach wpisania języka niemieckiego do konstytucji nie tylko jako urzędowo, ale i społecznie obowiązującego. Ale po co zaśmiecać sobie głowę wiedzą, w dodatku szkodliwą, bo psującą harmonijny światopogląd. Niemcy są w porządku, a Rymanowski jest zły. Wystarczy.
Piotr Pacewicz zinterpretował telewizyjny codzienny festiwal polityków i ich waśni jako pogoń za oglądalnością. To złudzenie. Normalni ludzie już rzygają na widok polityków. Zresztą, jak powiedziała pewna gejsza (ale tutejsza) – ja mam największą oglądalność. Jak idę ulicą, wszyscy się za mną oglądają.
[i]Autor jest felietonistą i publicystą dziennika „Fakt"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA