fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nadchodzi pogoda dla lewicy

Przynoszę polskim konserwatystom dwie wiadomości: złą i dobrą. Złą: dobra passa dla nas mija. Na kolejnej, nieuniknionej fali rozczarowania Polaków wygrywa raczej lewica. Dobra: musi to być lewica inna od obecnej - pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
Stara zasada amerykańskiej polityki głosi, że aby challenger mógł wygrać, champion musi najpierw przegrać. Choć mamy diametralnie odmienny system wyborczy, zasada ta działa również u nas. Spektakularną zmianę władzy poprzedza kompromitacja rządzących.
Obecna dominująca pozycja PO i PiS to owoc wielkiej kompromitacji III RP, kojarzonej z aferą Rywina. Wcześniej miażdżące – o włos od większości umożliwiającej samodzielne rządzenie – zwycięstwo lewicy poprzedzone było rozkładem AWS postrzeganym jako ostateczny upadek "obozu solidarnościowego". Cyklem polskich rozczarowań i eksplozji gniewu zdaje się rządzić zasada, iż, po pierwsze, kolejne kompromitacje następują coraz częściej, i, po drugie, mają coraz bardziej wszechogarniający charakter. Obejmują bowiem nie tylko przemożną chęć odsunięcia od władzy rządzącej siły politycznej, ale także kompromitację całego kojarzonego z nią obozu, zniechęcenie do diagnoz, używanego języka, kryteriów oceniania rzeczywistości.
Wszystko wskazuje na to, że wkraczamy właśnie w kolejny okres wielkiej kompromitacji, po której przyjdzie wyborcom chęć na dokonanie zasadniczej zmiany. Niech nas nie zmylą wciąż łaskawe dla władzy wyniki sondaży.
[srodtytul]Kompromitacja elit[/srodtytul]
Wbrew triumfalistycznym okrzykom lewicowych salonów globalny kryzys nie stanowi kompromitacji wolnego rynku. Przynosi on jednak kompromitację opiniotwórczych elit, które opierały swą nieomylność na nieustannym powoływaniu się na wolny rynek i jego zasady jako jedynie możliwe. Od kilkunastu lat dominował w mediach – także w mediach polskich – aksjomat, że kto sobie nie radzi, ten jest nieudacznikiem i nieuczciwie jest obciążać kosztami jego nieudacznictwa budżet państwa; jeśli zaś śmie się on tego domagać, wykazuje postawę roszczeniową, zasługującą na surowe potępienie. Powszechnie deklarowana troska o stabilność zagrożonego postawami roszczeniowymi budżetu stała się najważniejszym kryterium odpowiedzialności i nadążania za duchem czasu.
Teraz okazało się, że ten pseudoliberalny ton mediów i kreowanych przez nie autorytetów dotyczył tylko biedoty. Kiedy tracił źródło utrzymania robotnik czy drobny rolnik, to cóż, jego wina, że nie był lepiej wykształcony, bardziej przedsiębiorczy i przewidujący. Można najwyżej nalać mu darmowej zupki, jeśli grzecznie przyzna, że transformacja była OK i nie można jej architektów obciążać winą za to, że on i jemu podobni nie sprostali wyzwaniom.
Gdy jednak – wskutek własnych głupich decyzji – bankructwem zaczęli być zagrożeni zarabiający miliony bankierzy i menedżerowie, te same media i autorytety nie orzekły, jak nakazywałby liberalizm: nie sprawdzili się, niech bankrutują i idą szukać jedzenia na śmietnikach. Przeciwnie. Na ich ratowanie nagle znajdują się te miliardy, których wcześniej nie było na edukację czy cele społeczne, i okazuje się, że ratowanie siedzeń rekinom biznesu i finansjery z budżetowych pieniędzy jest słuszne, zbawienne, godne i sprawiedliwe, albowiem dobrobyt bankiera i menedżera to dobrobyt całego narodu. Głoszą to nie tylko te same media, ale wręcz te same osoby, które wcześniej powoływały się na święte prawa wolnego rynku niczym na dekalog.
Nie wnikam tu w kwestie merytoryczne, bo nie one są dla przeciętnego obywatela ważne – chodzi o samą zmianę tonu, która dla przeciętnego konsumenta mediów stanowi oczywisty dowód, że "oni" kłamią i są jedną sitwą, dbającą tylko o siebie. Wrażenie to ulegnie wzmocnieniu, gdy dysonans przestanie dotyczyć newsów z Zachodu, a kryzys – którego zdaniem naszych prominentnych polityków nie ma – boleśnie odczują Polacy na własnej skórze.
[srodtytul]"Nachapani" i "wydudkani" [/srodtytul]
Zaufanie do retoryki, którą lewicowcy nazwali neoliberalną (będę się upierać, że nietrafnie), i bez kryzysu eroduje od dawna. Weźmy przykład z Warszawy: najpierw prywatny koncern medialny wydzierżawia od miasta na 20 lat za bezcen stadion, czemu towarzyszy argumentacja: stadion wymaga remontów, a klub inwestycji, niech lepiej prywatny inwestor wyłoży na to prywatne pieniądze, niż miasto miałoby marnotrawić środki z kieszeni podatnika. Niedługo potem okazuje się jednak, że kolejnymi decyzjami władz miasta w ślad za stadionem koncern – nieubogi przecież – dostaje publiczne pieniądze na jego remont, w kwocie bulwersującej zwłaszcza w mieście mającym tyle pilnych potrzeb inwestycyjnych. Na końcu okazuje się zaś, że nikt, nawet głosujący pod dyktando swej partii za kolejnymi dotacjami radni, nie wiedział, iż wedle cichcem uzgodnionych planów remont obejmuje przebudowanie części stadionu na centrum handlowe – z którego dochód zasili oczywiście tylko kasę wspomnianego koncernu.
Takich historii, doszczętnie kompromitujących w oczach Polaka stosowaną przez elity polityczne i media wolnorynkową retorykę, można by zebrać wiele.
Opatrywanie ich wyjaśnieniami, że jeśli np. przywołana wyżej historia ma coś wspólnego z kapitalizmem, to Adam Smith był marksistą, nie ma dla tej zmiany nastrojów większego znaczenia. Podobnie jak mało kogo interesowały protesty, że SLD Millera i Kwaśniewskiego to wcale nie lewica.
Dodać tu należy, że pseudoliberalna retoryka splotła się u nas z dogmatem o zbawienności Okrągłego Stołu, realizowanym zresztą w sposób coraz bardziej sklerotyczny, a więc dla ludzi, którzy o owym Okrągłym Stole wiedzą tyle, że minęło od niego prawie 20 lat, śmieszny i irytujący: bezustanne laudacje, opisywane z pompą wręczanie sobie nawzajem nagród (jak pokazał przykład niedawnej nagrody Jana Karskiego dla Bronisława Geremka, nawet śmierć nie jest tu przeszkodą), rocznice, peany na cześć Wałęsy, Jaruzelskiego i "bezkrwawej rewolucji"…
Te "gryzące pochwały, pochwalne gryzmoły" tym bardziej podkreślają fakt, że to w ówczesnym zblatowaniu części PZPR z częścią "Solidarności" miał swój początek historyczny podział Polaków na "nachapanych" i "wydudkanych".
[srodtytul]Rozczarowanie Tuskiem[/srodtytul]
Po roku rządów Platforma Obywatelska rozczarowuje pod każdym względem. Najmniej w sumie z tego istotne jest powszechne odczucie, iż Donald Tusk poza zabieganiem o prezydenturę niczego nie potrafi zrobić, ciągle coś zapowiada i potem słuch o tych zapowiedziach ginie, że nie spełnia obietnic i myśli tylko o piarze. Na dodatek w tym piarze grzęźnie w sprzecznościach. Wygłaszał pochwały dla demokracji bezpośredniej, teraz nie chce referendum. Nawoływał, że "trzeba podchodzić z wielką rezerwą do polityków, którzy przychodzą do obywateli z obietnicą: teraz was zasypiemy ustawami", po czym zapowiedział zgłoszenie w październiku stu kilkudziesięciu ustaw – październik się zresztą skończył, i z ową obiecaną rewolucją okazało się tak samo, jak z obiecanym do końca wakacji rozpoczęciem budowy co najmniej 500 kilometrów nowych autostrad. Trzeba wielkiej determinacji w życzliwości dla rządu, by, jak czynią to najbardziej wpływowe media, powstrzymywać się od wyśmiania jego coraz to nowych zapowiedzi.
Po kolei załamują się główne filary popularności PO. O pierwszym – micie fachowości i innych irlandzkich cudach – już wspomnieliśmy. Dodajmy, że "ciepła woda w kranach" może z nich zniknąć z racji kryzysu, który już niweczy założenia przyszłorocznego budżetu – mało kto da wtedy posłuch argumentacji, że to nie wina rządu, tylko międzynarodowych spekulantów i programów komputerowych traktujących nas, niesprawiedliwie, jako część rynku środkowoeuropejskiego.
Drugim filarem popularności PO było stanowcze odróżnienie się od Kaczyńskich, ów w nieskończoność zachwalany "styl". Ta różnica okazała się fikcyjna. Z jednej strony mamy kompromitację wszystkich okrzyczanych śledztw, komisji sejmowych w sprawie "nacisków", laptopów i innych rzekomych zbrodni poprzedników. Z drugiej – łudzące podobieństwo działań obecnej ekipy do tego właśnie, co im przypisywała. Bynajmniej nie ogranicza się to do nieskrępowanego okazywania przez bliskich współpracowników premiera i jego samego agresji, małostkowości i kłótliwości, czego apogeum stanowiła ośmieszająca rząd "choroba" jednego z dwóch posiadanych przez polskie wojsko pilotów (ciekawe, czy tego, który dostał medal za zrobienie Lechowi Kaczyńskiemu na złość w Gruzji, czy drugiego, który widać też zapragnął taki medal dostać) i w ogóle cała afera samolotowo-krzesełkowa.
[srodtytul]Kto zarobi miliony[/srodtytul]
Przełomową, choć nie pierwszą, jest tu chyba wojna z PZPN. Po spektakularnym upokorzeniu rządu przez FIFA zaangażowano do niej prokuratorów, aparat ścigania i policję skarbową. Nikt nie uwierzy, że aresztowanie jednego z kandydatów do zarządu PZPN, postawienie prokuratorskich zarzutów drugiemu i zablokowanie kont pod pozorem zaległego – na pierwszy rzut oka widać, że wątpliwego – VAT tuż przed zjazdem to przypadek; zwłaszcza gdy niektórzy posłowie PO pozwalają sobie anonimowo na szczere wyznania w rodzaju "doprowadzimy PZPN do bankructwa". Władza dufna jest w to, że za działaczami sportowymi nikt się nie ujmie, bo media są po jej stronie (niektóre wręcz aktywnie włączyły się w aresztowanie Janusza W., z punktu publikując jakieś ośmieszające go "księgi cytatów" i wyszydzając aresztowanego na różne inne sposoby), nikt tym razem nie ośmieli się porównywać premiera do Putina, a społeczeństwo działaczy sportowych nie lubi.
Bodaj jedyny Aleksander Kwaśniewski, jako "były" mało czym się przejmujący, potrafił powiedzieć publicznie, że nie chodzi tu o żadną walkę z korupcją, tylko o to, która telewizja zarobi grube miliony na transmisjach meczów, ta zaprzyjaźniona z władzą czy ta zaprzyjaźniona z dotychczasowym kierownictwem PZPN. Ale pogląd taki w szerokich kręgach społeczeństwa znajduje dużo więcej wiary niż oficjalne zapewnienia; wystarczy zerknąć do Internetu.
Z braku miejsca wstrzymajmy tu wyliczanie kompromitacji obecnej władzy, choć prosiłoby się jeszcze wspomnieć o różnych skokach na spółki Skarbu Państwa, nepotyzmie, ośmieszeniu walki z korupcją sławnym pisowskim dorszem za 8,50 etc.
[srodtytul]Samobójstwo PiS [/srodtytul]
Ale kompromitacja PO nie oznacza rehabilitacji PiS. Jarosław Kaczyński z samobójczą zawziętością walczy o podkreślenie w wizerunku swoim i partii tego wszystkiego, co rok temu zostało przez wyborców odrzucone – a jego brat o przekonanie Polaków, że jako prezydent kieruje się wyłącznie lojalnością wobec PiS. Prawo i Sprawiedliwość skupia się na swoim żelaznym elektoracie, zniechęcając całą resztę, prezentuje się jako bezmyślna maszynka do głosowania kierowana jednoosobowo przez prezesa tudzież grupa nagłaśniających jego słowa klikonów, powtarzaczy, podobnych tym, którzy w średniowieczu zastępowali sprzęt nagłaśniający podczas wystąpień panującego.
Cała strategia PiS opiera się na magicznej wierze w "odbicie wahadła". Tak samo działacze AWS byli przekonani, że rozczarowani Millerem wyborcy spojrzą na nich życzliwym okiem. Ta wiara, w wypadku PiS, wzmocniona przekonaniem o definitywnym zamknięciu sceny politycznej przez ordynację i ustawę o finansowaniu partii politycznych, ignoruje psychologię: mówiąc najkrócej, ludziom zdarza się rzucać kolejne żony, ale po to, by wziąć jeszcze młodszą, a nie wracać do poprzedniej.
W opisie konfliktu Jarosława Kaczyńskiego z Ludwikiem Dornem komentatorom umknął ważny fakt – iż był to konflikt o model opozycyjności. Dorn miał plan dogadania się z PO w taki sposób, aby na długie lata uczynić Polskę wspólną własnością wymieniających się u władzy partii posolidarnościowych; Kaczyński postanowił kopiować totalną opozycję Tuska z lat 2005 – 2007. To oczywiście nie rokuje, bo Kaczyński nie jest Tuskiem.
[srodtytul]Gdzie jest "ten trzeci" [/srodtytul]
Jeśli prezydenta akceptuje 23 proc. wyborców, a rząd 20 proc., to nawet przy założeniu – fałszywym – pełnej rozłączności tych grup widać, że już ponad połowa Polaków ma obu protagonistów szczerze dość. Gdzie upatrywać tego trzeciego, który, wedle przysłowia, skorzystać ma, gdy dwaj pierwsi się biją?
Jeśli szukać konkretnego polityka wśród obecnych na tym rynku, to oczywiście nikogo takiego nie ma. Tradycyjnie upatrywano go w Rafale Dutkiewiczu; ten jednak nie wykorzystał okazji w odpowiedniej chwili i okazja ta, jak sądzę, minęła. Działa przeciwko niemu to, że kojarzy się zarówno z PO, PiS, jak i z neoliberalizmem, a jeszcze dał się wrobić w patronowanie politykom z recyklingu. Polacy, którzy za rok – dwa dojrzeją do całkowitego odrzucenia obecnego układu, będą wyglądać kogoś zupełnie innego.
Na razie nie sposób tego kogoś wskazać, ale nie jest niemożliwe określenie oczekiwań wobec niego. Musi to być ktoś nowy nie tylko w sensie "niezgrany", ale też mówiący innym językiem i odwołujący się do innego sposobu myślenia. Narastające odrzucenie dotyczy nie tylko PO – PiS i postrzeganego jako niszowe towarzystwo miłośników posad PSL, dotyczy także lewicy spod sztandarów PRL, z jej kultem Jaruzelskiego, antyklerykalizmem (czy raczej antykościelnością) i galerią nikogo nieporywających postaci – a teraz także z wewnętrznymi wojenkami i mnożeniem kanap.
Polacy nie kierują się kategoriami lewica – prawica, czego dowodem było łatwe przejście elektoratu od lewicy do narodowo-socjalnego PiS. Obecnie bardziej prawdopodobny wydaje się ruch odwrotny niż utrzymanie tego elektoratu w kręgu tradycjonalizmu.
Szansą na objęcie w Polsce za kilka lat władzy jest stworzenie jakiejś syntezy społecznej lewicowości z zasadniczą krytyką pookrągłostołowych przemian ustrojowych i gospodarczych, całkowicie je odrzucającą, oraz z przykościelną, generalnie, wrażliwością przeciętnego Polaka (która zresztą nie wyklucza antyklerykalizmu; tyle że ten polski antyklerykalizm, oparty na chłopskiej zawiści o biskupie limuzyny, inny jest zupełnie niż proponowany przez SLD zapateryzm).
Gdzie się dziś coś takiego tworzy? Nie widzę. Ale prawa ekonomii, które sprawdzają się także w innych niż gospodarka dziedzinach życia, uczą, że jak narasta popyt, to musi pojawić się ktoś, kto zapewni podaż.
Reasumując, przynoszę polskim konserwatystom i wolnorynkowcom (do których sam się zaliczam) dwie wiadomości: złą i dobrą. Zła: dobra passa dla nas mija, została zmarnowana bezpowrotnie i na czas dłuższy. Na kolejnej, nieuniknionej fali rozczarowania polskiego społeczeństwa wygra raczej lewica. Dobra: musi to być lewica zupełnie inna od obecnej, niepeerelowska – czyli nienomenklaturowa.
Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2008/10/28/nadchodzi-pogoda-dla-lewicy/]blog.rp.pl/ziemkiewicz[/link]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA