Publicystyka

Media publiczne bardziej polityczne

Gdyby przygotowany przez rząd projekt ustawy o radiofonii i telewizji wszedł w życie, naciski na media byłyby łatwiejsze niż obecnie – twierdzi Maciej Mrozowski, medioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego
Przez wiele lat słusznie mówiono, że zadania mediów publicznych w Polsce są zbyt mało precyzyjnie określone. Że jest to sprzeczne ze sprawdzonymi standardami europejskimi oraz prowadzi do chaosu w rozdzielaniu tych zadań. Pomysł wprowadzenia licencji programowych, wzorowany m.in. na rozwiązaniach francuskich, wychodzi tej konstruktywnej krytyce naprzeciw. To krok w dobrym kierunku. W kierunku uporządkowania zadań mediów publicznych.
Popieram również pomysł połączenia lokalnych stacji telewizyjnych i radiowych w jedną ogólnopolską sieć. Obecne rozdrobnienie jest rozwiązaniem sztucznym i wywołującym niepotrzebne konflikty. Wynikają one z nadmiernego rozrostu puli stanowisk kierowniczych, co jest nie tylko drogie, ale też nieefektywne, ponieważ prowadzi do sporów kompetencyjnych i ambicjonalnych. Należy więc scalić potencjał lokalnych mediów publicznych, pozostawiając jednocześnie margines swobody dla indywidualnej inicjatywy. Rządowe pomysły zdają się iść w tym właśnie kierunku.
Na tym jednak zalety przedstawionych przez ministerialny zespół ekspertów propozycji się kończą. Reformatorom z Platformy Obywatelskiej zdaje się bowiem przyświecać zasada, że skoro obecny system mediów publicznych nie jest do końca dobry, należy stworzyć od podstaw zupełnie nowy. Ta rewolucyjna filozofia miałaby uzasadnienie, gdyby sytuacja była katastrofalna. Tak jednak nie jest. Media publiczne w Polsce mają wiele wad, ale nie są pozbawione stron jasnych. Wywracanie wszystkich elementów systemu do góry nogami przyniesie zatem więcej szkody niż pożytku.Jedną z zalet dzisiejszych mediów publicznych jest ich finansowanie z abonamentu. Mechanizm ten ustawia społeczeństwo w roli właściciela czy też mecenasa mediów publicznych. Jest to ze wszech miar korzystne, ponieważ buduje zaufanie obywateli do telewizji i radia, media te zobowiązuje natomiast do służenia społeczeństwu. Przedstawione założenia reformy przewidują nie tylko likwidację abonamentu, ale też nie oferują sensownej alternatywy. Trudno bowiem uznać za rozsądny pomysł finansowania mediów ze środków budżetowych, a takimi środkami dysponować ma przecież Fundusz Zadań Publicznych. Zapowiadane równolegle obostrzenia w emisji reklam z pewnością doprowadzą do spadku przychodów mediów publicznych. Uzasadnieniem dla takiego rozwiązania ma być ograniczenie zadań mediów publicznych. Miałyby się skupić na trzech zagadnieniach: informacji, edukacji i kulturze. Byłoby to zgodne z klasyczną koncepcją funkcjonowania mediów publicznych określaną ironicznie mianem klasztornej. Ta koncepcja jest jednak dziś mało aktualna ze względu na ogromny wzrost znaczenia mediów i komplikację rzeczywistości medialnej. Ograniczanie zakresu zainteresowania mediów publicznych tylko do tych trzech zagadnień idzie więc pod prąd globalnych tendencji i wyzwań współczesności. Kluczowy problem finansowania mediów dotyczy jednak tego, kto decyduje o przyznaniu pieniędzy na projekty. Rząd proponuje tu rozwiązanie zdumiewające – przekazanie tego zadania radzie powierniczej FZP złożonej z „wybitnych fachowców w kwestii finansów publicznych”. Konia z rzędem temu, kto wykaże, że eksperci od finansowania są osobami właściwymi do decydowania w kwestiach programowych. Będą oni powoływani przez Sejm, co uczyni ich nominatami aktualnie rządzącej koalicji. Trudno o bardziej wyraźny sygnał woli upolitycznienia mediów. Nie tylko publicznych, ponieważ licencje programowe mają być przyznawane także nadawcom komercyjnym. A przyznawać je będą osoby z partyjnego nadania. System mediów zaproponowany przez PO promować będzie konformizm oraz brak ambicji i kreatywności, w myśl zasady „bierni, mierni, ale wierni” Na tym jednak nie koniec upolityczniania. Rządowe założenia przewidują bezprecedensowe powiększenie możliwości odwoływania członków zarządów mediów. Lwią część kompetencji w tym zakresie otrzymać ma minister skarbu. Oznacza to, że naciski na media będą możliwe bez jakiejkolwiek debaty, która towarzyszy zazwyczaj decyzjom parlamentu, i bez potrzeby szukania koalicjantów. Partia władająca aktualnie Ministerstwem Skarbu będzie mogła ingerować w skład zarządów. Więcej, część kontroli nad mediami przypaść ma ministrowi kultury, który – obok Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji – figuruje jako jedna z potencjalnych instytucji sprawujących nadzór programowy. Biorąc pod uwagę obrany kierunek marginalizacji KRRiT oraz możność wskazania przez rząd jednego z tych ciał jako decydującego w kwestii nadzoru, trzeba się spodziewać, że właśnie Ministerstwo Kultury dostanie ten kawałek tortu.Do wpływu na publiczne radio i telewizję ma też zostać dopuszczony minister finansów mający przydzielać im pieniądze. W regulowaniu funkcjonowania tych mediów uczestniczyć będą zatem aż cztery podmioty polityczne kontrolowane przez rządzącą koalicję. Odpolitycznienie? Wolne żarty! Dochodzi do tego schizofreniczny podział kompetencji instytucji nadzorujących. Przykładowo, zarząd mediów publicznych będzie musiał się starać o podwójne absolutorium. W sferze finansów będzie go udzielać rada powiernicza FZP, a w wymiarze programowym – KRRiT na podstawie opinii rady programowej. Rada programowa zaś będzie oceniać politykę przez kogo innego prowadzoną i finansowaną. Rezultatem będzie wielowładza i poddanie mediów wielostronnym naciskom. System działa dobrze wówczas, gdy jest przejrzyście i spójnie skonstruowany. Pomysły PO zmierzają do powołania do życia systemu mediów publicznych, który obfitować będzie w sprzeczności i mętne rozwiązania. Telewizja i radio publiczne zostaną uwikłane w skomplikowaną sieć zależności od ogromnej liczby instytucji obsadzanych z klucza partyjnego. Promować to będzie konformizm oraz brak ambicji i kreatywności, w myśl zasady „bierni, mierni, ale wierni”. not. br
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL