Plus Minus

Teraz nie będziemy już milczeć

Anna Walentynowicz podczas wiecu w Radomiu, 1981
Forum, Aleksander Jałosiński AJ Aleksander Jałosiński
Anna Walentynowicz była przez lata przykładem niezłomnej polskiej robotnicy. Ona sama uwierzyła w to, że jest jedynym prawdziwym symbolem solidarnościowej rewolucji
Najsławniejsza kobieta związkowiec, spawaczka i suwnicowa. O żadnej innej nie powstało tyle książek, publicystycznych portretów i filmów. Mimo tego przez lata wolnej Polski zdawało się, że Anna Walentynowicz, dzisiaj już 79-letnia starsza pani, coraz bardziej odchodzi w cień. Nic bardziej mylnego.
Gdy spytano ją kiedyś o film „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy, powiedziała, że roi się w nim od błędów. – Kosmalska, czyli ja, była ubrana w kask i ciemne okulary. Spawała elektrycznie, więc powinna mieć maskę ze szkłem ochraniającym. Okulary nosi tylko spawacz acetylenowy.– Takie ważne te okulary? – spytał dziennikarz. – Przecież nie chodzi o okulary, chodzi o fałsz – odpowiedziała.Ta niby mało znacząca wypowiedź jest zdaniem znajomych Walentynowicz kwint-esencją jej charakteru. Na pytanie, co jest rzeczywiście istotne, odpowiada: – Prawda. Jeśli będziemy szli na kompromis, to granica między uczciwością a prawdą zatrze się zupełnie. Chociaż już się właściwe zatarła. Zamiast wiedzieć coraz więcej o tym, co się stało w latach 80., Polacy wiedzą coraz mniej.
    Piszcie swoją historię sami, bo inaczej inni napiszą ją źle” – powiedziała niedawno Walentynowicz związkowcom na zorganizowanej przez siebie konferencji z okazji 30-lecia powstania Wolnych Związków Zawodowych. I ona, i inni działacze z małżeństwem Gwiazdów na czele, związani z Wolnymi Związkami Zawodowymi, chcą dzisiaj pisać historię Polski na nowo. Po 28 latach od Sierpnia ’80. Kilka dni temu wystosowali „Apel do społeczeństwa polskiego”. „Sprawa IPN, sprawa Cenckiewicza to sprawa walki o prawdziwą historię Polski”. Ich zdaniem odejście Sławomira Cenckiewicza z IPN wymuszono groźbą obcięcia instytutowi budżetu. „Ten wybitny historyk młodego pokolenia, autor wielu znakomitych prac z najnowszej historii Polski, jest współautorem fundamentalnej dla dziejów »Solidarności« pracy »SB a Lech Wałęsa«. Próby ograniczania IPN, cenzurowania prac badawczych, usuwania niewygodnych historyków są prostą kontynuacją totalitarnych praktyk okresu komunistycznego i przynoszą hańbę ich autorom”. Apel podpisał oprócz Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy także Bogusław Nizieński, były rzecznik interesu publicznego (który w WZZ nie był, był za to członkiem komisji weryfikacyjnej WSI). Wszyscy troje są kawalerami Orderu Orła Białego. To najwyższe państwowe odznaczenie dostali z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Walentynowicz, pytana dlaczego właściwe wystosowali ten apel, powiedziała mi: – Milczeliśmy, gdy w 1992 roku obalano rząd Jana Olszewskiego, a teraz nie będziemy już milczeć, tylko głośno walczyć o prawdę.     Przez lata o roli Wolnych Związków Zawodowych, uważanych za prekursora „Solidarności”, słyszało się niewiele. Krzysztof Wyszkowski, współtwórca związków, ma proste wytłumaczenie: – Dotychczas obowiązująca wersja historyczna była taka, że wszystko zrobił Komitet Obrony Robotników z Kuroniem i Michnikiem, a pomagał im Borusewicz. Wszystko, czyli Sierpień ’80 i konsekwencje, które z tego wydarzenia wynikały. Z kręgów WZZ pochodzą obaj prezydenci wolnej Polski niemający komunistycznego rodowodu. Z tą organizacją byli związani zarówno Lech Wałęsa, jak Lech Kaczyński (przede wszystkim jako prawnik). Wałęsa jednak szybko się od środowiska Wolnych Związków odciął, już właściwe w okresie Sierpnia ’80. I to był początek wielkiego konfliktu, który trwa do dzisiaj. – Gwiazdowie, Wyszkowski, Walentynowicz są ogarnięci szaleńczą zazdrością, że to nie oni zostali przywódcami, prezydentami, ministrami, posłami – twierdzi Andrzej Celiński, na początku lat 80. blisko współpracujący z Wałęsą. Środowisko WZZ może mieć jednak uzasadnione poczucie, że to od nich rozpoczął się Sierpień ‘80. Strajk w gdańskiej stoczni zaczął się od trzymanych przez stoczniowców transparentów z napisem „Przywrócić Annę Walentynowicz do pracy”. I gdy Walentynowicz zjawiła się w stoczni, powitano ją jak bohaterkę. Robotnicy zaproponowali jej pokierowanie strajkiem. – Odmówiłam, bo uważałam, że przywódcą stoczniowców nie może być kobieta. Wałęsy w stoczni wtedy jeszcze nie było. Zjawił się z kilkugodzinnym opóźnieniem. Po latach Walentynowicz opowiadała, że wtedy wcale nie przeskoczył przez płot, tylko dostał się do stoczni przywieziony motorówką Marynarki Wojennej. Inna wersja, którą głosiła, to taka, że wprowadzili go tam esbecy przez halę konstrukcyjną. Podważa w ten sposób jedną z legendarnych opowieści Sierpnia o tym, że Wałęsa „skoczył przez płot” i że od tego wszystko się zaczęło. Wałęsa oczywiście mówi, że to, co opowiada Walentynowicz, to wierutne bzdury.     Na to, by znaleźć się na strajkowym transparencie, Walentynowicz zapracowała sobie przez dziesięciolecia. – To niesłychanie dobra baba – tak po latach mówił o niej Jacek Kuroń. A dzisiaj Jan Lityński pisze o niej, że „była osobą zjawiskową. Ciepła, zawsze uśmiechnięta, pełna życzliwości dla ludzi, z pogodą znosiła esbeckie szykany”. Nawet jej zagorzali przeciwnicy twierdzą, że to osoba o kryształowej uczciwości. Niemiecki reżyser Volker Schlöndorff, który zrobił głośny film inspirowany jej biografią, powiedział po premierze: – Dopiero teraz zrozumiałem panią Walentynowicz, która zawsze walczyła o honor, o cześć. To staroświeckie słowo, ale dla kogoś takiego jak ona najcenniejsze. (Ta opinia jest tym bardziej cenna, że Walentynowicz z filmu była bardzo niezadowolona i nawet chciała jego twórcom wytoczyć proces). Hanna Lubczyk, bo tak nazywała się przez lata, dopóki nie wyszła w połowie lat 60. za Kazimierza Walentynowicza, walczyła o honor na rozmaite sposoby. Rzuciła legitymację Związku Młodzieży Polskiej, gdy stwierdziła, że próbują ją zmusić do mówienia nieprawdy. Awanturowała się o prawa pracownicze, o sprzeniewierzone przez członków komisji socjalnej pieniądze, które zamiast na zapomogi, poszły na grę w totolotka. Walczyła nawet, wkładając w to całą energię, z nielegalnym handlem jajkami w stoczniowym bufecie. Gdy chwilowo nie miała o co walczyć, podgrzewała mleko i zupę, zanosiła je kolegom, by nie musieli tracić czasu i mogli spokojnie wypocząć podczas przerw. Albo sadziła kwiatki na stoczniowym terenie. Także ta ostatnia aktywność kierownictwu się nie podobała. Przyglądali jej się podejrzliwie i zakazywali tej nadgorliwości. Stocznia stała się wtedy jej domem. Trafnie zauważa to Schlöndorff: – Taka osoba (jak Walentynowicz – Ma.S) dobrze czuje się tylko w świecie stoczni. Wszystko, co na zewnątrz, to inny, obcy świat.     Dzieciństwo, rodzinne korzenie zawsze są ważne, bez ich znajomości obraz danej osoby jest niepełny. Ale szczególnie istotne są w przypadku Anny Walentynowicz. Bo są kluczem do tego, co robiła w dorosłym życiu. Urodziła się na Wołyniu. Gdy miała dziesięć lat, we wrześniu 1939 roku, została sierotą, ojciec zginął, krótko potem zmarła matka. Skończyła tylko cztery klasy szkoły. Przygarnęła ja rodzina sąsiadów, którzy po wojnie opuścili kresy i osiedlili się pod pod Gdańskiem. Tam mieli gospodarstwo. A ona, kilkunastoletnia dziewczynka, była traktowana jak siła robocza, a nie człowiek. Walentynowicz wspomina, że pracowała od czwartej rano do północy. Nigdy z „państwem” nie jadła przy wspólnym stole, nawet w Wigilię. By nie czuć się samotnie, spędzała ją w stajni, z końmi. Była też bita. Wreszcie zdecydowała się uciec do Gdańska. Zaczęła od pracy w fabryce margaryny. Ale zamarzyła się jej stocznia, skończyła kurs i została spawaczem. Pracowała jako spawacz przez kilkanaście lat, dopiero gdy zachorowała na raka, poprosiła o przeniesienie na suwnicę.     Do stoczni trafiła w 1950, a już rok później jej zdjęcie jako przodownicy pracy wisiało w gablocie przed budynkiem dyrekcji. Wyrabiała 270 proc. normy. Artykuły o niej pojawiły się w gazetach. Jak opowiada, miała wówczas ogromny szacunek do PZPR i ludowego państwa, bo uważała, że dzięki niemu może wreszcie godnie żyć. Z czasem ten szacunek całkiem jej przeszedł, ale zostało jej mieszkanie, które dostała od Bolesława Bieruta. Gdy urodziła nieślubnego syna, napisała do Bieruta prośbę o przydział. Prośba została spełniona niemal błyskawicznie. To 53-metrowe mieszkanie zajmuje do dziś. Prezent od Bieruta okazał się bardzo przydatny w działalności opozycyjnej. Pod koniec lat 70. mieszkanie Anny Walentynowicz było kwaterą ludzi z WZZ. Do tego środowiska trafiła przez Bogdana Borusewicza, do którego podeszła po mszy w kościele. Dzisiaj ma o nim jak najgorsze zdanie i uważa, że zachowuje się jak zomowiec. W tym kontekście opowiada historię z połowy lat 80., gdy przyszedł do niej Borusewicz i napisał na kartce, bo bał się podsłuchów, że będzie otrzymywała 5 tys. zł. A w zamian ma nie krytykować Wałęsy. Przed Sierpniem, podczas dyskusji związkowców w swoim mieszkaniu, nie zabierała specjalnie głosu, pełniła raczej obowiązki gospodyni. – Gdy ją o coś pytałem, mówiła cicho: – Krzysiu, ty wiesz lepiej – wspomina Wyszkowski. – Przemiana, jaka zaszła w niej podczas pierwszych dni strajku, była dla mnie szokująca, nagle stała się La Pasionarią.     Często wtedy powtarzała w rozmowach ze strajkującymi: – To z mojego powodu rozpoczął się ten strajk, mam więc chyba coś do powiedzenia. W trzecim dniu strajku Walentynowicz razem z Aliną Pieńkowską spowodowały, że strajk się nie zakończył, kiedy Wałęsa uzgodnił porozumienie z dyrekcją stoczni. Zablokowały bramy, by robotnicy przestali opuszczać stocznię. Walentynowicz skłoniła Wałęsę do ogłoszenia, że to jednak jeszcze nie koniec, że teraz będzie strajk solidarnościowy. Nawet Wałęsa przyznaje, że w tym momencie odegrała kluczową rolę. Gdyby nie ta brawurowa akcja dwóch drobnych kobiet, Porozumień Sierpniowych zapewne by nie było. – Są sytuacje, w których okazuje się, że kobiety są twardsze niż mężczyźni, żarliwe, a w środku jak skala – twierdzi Wyszkowski, choć ta pochwała innej płci przychodzi mu z trudem. – Dla mnie cudem galilejskim był Sierpień ’80 – mówi w różnych wypowiedziach Walentynowicz. Według tej metafory robotnicy nieskłonni wcześniej do walki o coś więcej niż wyższe zarobki zmienili się w rzeszę walczących o robotniczy honor i sprawiedliwość. Pytanie tylko, kto tej przemiany wody w wino dokonał? Zdaniem uczestniczących w strajku ludzi ze środowiska KOR Walentynowicz nabrała wówczas przekonania, że to ona była „Chrystusem”. – Ona wtedy poleciała za wysoko – ocenia jeden z nich.     To jednak nie Walentynowicz, tylko Wałęsa stał się znany na świecie jako przywódca robotniczej rewolucji. Jego twarz w tamtym czasie pojawiła się na okładkach światowej prasy. Walentynowicz też się znalazła na okładce jednego z niemieckich tygodników, ale z podpisem „anonimowa robotnica ze stoczni”. Od strajku konflikt między Walentynowicz i Wałęsą tylko narastał. Gdy Antoni Mężydło, młody działacz WZZ, wrócił na początku 1981 roku z wojska, przeraził się skalą konfliktu w Międzyzakładowym Komitecie Związkowym. Zaproponował Andrzejowi Gwieździe, że zorganizuje im terapię grupową, którą miał poprowadzić profesor psychologii z KUL. – Gwiazda odmówił, przekonując mnie, że na takie rzeczy nie ma czasu – opowiada Mężydło. A zaczęło się od 100 tys. złotych, które Walentynowicz pożyczyła Wałęsie ze związkowej kasy w pierwszych dniach strajku. Nie oddał ich, co ona mu ciągle wypominała. Wreszcie sprawę rozstrzygnął związkowy sąd koleżeński pod przewodnictwem Anny Kurskiej, nakazując Wałęsie zwrot pożyczki. Na początku września Walentynowicz przystąpiła do boju o to, by Wałęsa nie został przywódcą. Miała swojego kandydata – Jacka Kuronia. Obalenie Wałęsy miało nastąpić pod hasłem, że agent SB nie może być przywódcą „Solidarności”. (Na jednym ze spotkań WZZ, jeszcze w latach 70. Wałęsa miał się przyznać do współpracy, dziś to dementuje). Środowisko KOR widziało natomiast na tym stanowisku Gwiazdę. Ze starań Walentynowicz jednak nic nie wyszło. A ludzie KOR po kilku miesiącach zaczęli już Wałęsę wspierać. Do stanu wojennego Wałęsa i Walentynowicz zaciekle ze sobą walczyli. Ona krzyczała do niego, że zachowuje się jak rozwydrzony bachor, a a on wykrzykiwał, że jest bezczelna. I jest to jeden z bardziej eleganckich przykładów wymiany zdań. Walka odbywała się nie tylko na słowa. – Wałęsa robił wszystko, by ona nie istniała – twierdzi Lityński. Przekonywał, że „nie może być dwóch słońc”. Doprowadził do tego, że stoczniowcy cofnęli jej mandat delegata na zjazd. Walentynowicz bardzo to przeżyła, przecież niedawno jeszcze ci sami stoczniowcy nosili ją na rękach. Równie silnie przeżyła zapewne swą porażkę kilkanaście lat później. W 1993 roku osoby związane kiedyś z WZZ utworzyły regionalną listę w wyborach do Sejmu. Cała lista dostała tylko 6 tys. głosów, a sama Walentynowicz 1,5 tys. Gwiazda otrzymał śladowe poparcie.     Walentynowicz, Gwiazdowie, Wyszkowski znaleźli się na marginesie. Od tego czasu ich głos praktycznie się nie przebijał do opinii publicznej. Nawet list otwarty, który wystosowała Walentynowicz, gdy Wałęsa ubiegał się o prezydencką reelekcję, nie został specjalne dostrzeżony, choć był bardzo mocny. Wśród 17 pytań, jakie mu publicznie zadała, było i takie: „Czy SB szantażowała cię ujawnieniem wszczętych postępowań karnych o kradzieże przed sądem dla nieletnich i sądem rejonowym, wymuszając pełną współpracę?”. W ostatnich miesiącach o Walentynowicz i jej kolegach z WZZ zrobiło się bardzo głośno. Co takiego się stało? Celiński ma prostą odpowiedź: – Dostarczono paliwa i tlenu, po to przecież stworzono IPN, i to przy poparciu polityków PO, którzy teraz wydają się być bardzo zaskoczeni tym wybuchem. Wersję Celińskiego częściowo potwierdza Wyszkowski: – Powoli zaczęliśmy dostawać materiały z IPN, szczególnie po zmianie prezesa tej instytucji.Prof. Jadwiga Staniszkis uważa, że nie mamy rzetelnej historii końca komunizmu. – Dobrze się dzieje, że różne fakty są teraz ujawnione, choć drażnią mnie ataki ad personam, warto byłoby analizować historie w kontekście geopolitycznym. Staniszkis nie zgadza się jednak ze stwierdzeniem, że Walentynowicz przez ostatnie lata nie istniała w odbiorze publicznym. – Pracowicie jeździła po kraju, organizując seminaria pod hasłem „W trosce o Dom Ojczysty”, odwiedzała strajkujących, gdy pojawiało się jakieś ognisko protestu, a swoje analizy przesyłała Janowi Pawłowi II. W opinii profesor Staniszkis to, co robiła Walentynowicz, było pozytywistycznym, choć dość podskórnym działaniem. – Szkoda, że teraz pojawiło się tyle zapiekłości, a walka o prawdę historyczną została wprzęgnięta w machinę gier politycznych i partyjnych. Z racji swojego charakteru i życiorysu Walentynowicz może być narzędziem w rękach innych. – Ze zdziwieniem patrzyłem, jak w pierwszych miesiącach „Solidarności” była przez część młodego KOR wykorzystywana instrumentalnie w walce z Wałęsą – ujawnia Celiński. Zdaniem Staniszkis teraz też toczy się gra, w której także Walentynowicz może być wykorzystana jako polityczny instrument sprzyjający reelekcji Lecha Kaczyńskiego. – Ona stawia na osobistą lojalność, jest bezkompromisowa, a jeśli ktoś chce się nią posługiwać, to niech przypomni sobie przypadek Kuronia. Gdy się na nim zawiodła, wystąpiła przeciwko niemu z całą żarliwością – twierdzi Krzysztof Wyszkowski. Korzystałam między innymi z autobiograficznych książek Anny Walentynowicz, wywiadu z nią zamieszczonego w książce Dariusza Wilczaka „Mucha za szybą” i wywiadu z reżyserem Volkerem Schlöndorffem w „Dużym Formacie”
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL