fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Jestem szczęściarą

Rzeczpospolita
Tekst musi iść w parze z ciekawą melodią i genialną harmonią. Bez tej jedności piosenka czy standard mnie nie interesują - mówi Aga Zaryan, wokalistka jazzowa
Jest pani właśnie w USA. Jaki jest powód tej wizyty za oceanem, czyżby nagrywała pani nową płytę?
Aga Zaryan: Latam do Stanów dosyć regularnie, często w momencie, w którym chcę się znowu zainspirować. Na ogół czas spędzam w Nowym Jorku, choć akurat teraz udało mi się na parę dni uciec z Wielkiego Jabłka. Spędzam czas głównie na plaży, wyciszam się. Doczekałam się prawdziwych, długo oczekiwanych wakacji, choć to tylko dwa tygodnie. Głównie jednak lubię odwiedzać mekkę jazzu. Chodzę na koncerty, spotykam dawnych znajomych i pracuję nad nową płytą, którą zacznę nagrywać w Warszawie już we wrześniu.
Dlaczego swą drugą płytę „Picking Up the Pieces” nagrała pani właśnie w Ameryce? Czyżby tam było łatwiej o dobre studio, świetnych muzyków, czy chodziło o prestiż?
Nie chodzi o prestiż. Płytę nagrywałam z moim wieloletnim przyjacielem, wspaniałym kontrabasistą Darkiem Oleszkiewiczem, wybitnym wirtuozem gitary Larrym Koonsem i magicznym perkusjonistą Munyungo Jacksonem. Wszyscy mieszkają w Kalifornii, więc łatwiej było mi przylecieć do nich na próby, koncerty i nagrania, niż sprowadzać ich do Polski. Przy okazji uciekłam przed długą polską zimą, bo w Kalifornii prawie zawsze świeci słońce. Muzycy, z którymi pracowałam, są wspaniali, ale nie znaczy to wcale, że nie można nagrać dobrej płyty w Skandynawii czy Polsce.
Niedawno, z okazji rocznicy powstania warszawskiego, ponownie wystąpiła pani z programem z płyty „Umiera piękno”, i to w kilku miastach. Skąd wziął się pomysł nagrania albumu z poezją powstańczą i jak przebiegała praca nad nim?
Najpierw kilka miesięcy szukałam tekstów. Przeczytałam wiele wierszy pisanych podczas II wojny światowej. Ideą płyty było przedstawienie powstania warszawskiego z perspektywy ludzi, którzy oprócz okrucieństwa i dramatu wojny starali się mimo wszystko znaleźć w tamtych nienormalnych czasach jakąś cząstkę normalności. Szukali bliskości, miłości, czyli tego, czego szukamy zawsze, niezależnie od czasów, w jakich przyszło nam żyć. Znalazłam piękne wiersze Krystyny Krahelskiej, Anny Świrszczyńskiej, Miry Grelichowskiej czy młodziutkiego Jana Twardowskiego.
Praca nad płytą była wielkim pozamuzycznym przeżyciem. Jestem warszawianką i dzięki tej płycie bardziej zbliżyłam się do Warszawy, zaczęłam na nią inaczej patrzeć, doceniłam ją na nowo. Moi dziadkowie byli w AK i walczyli w powstaniu, im dedykowałam płytę. Michał Tokaj, który napisał i zaaranżował muzykę, zadedykował ją także swoim dziadkom, którzy też byli powstańcami. Dla nas ten projekt był hołdem złożonym dzielnym ludziom, którzy nie chcieli oddać wolności Polski bez walki. Prawdziwi romantyczni patrioci. Wyjątkowe pokolenie, które już odchodzi.
Ten album ukazał się rok temu, czy przygotowuje pani już następny?
Przygotowuję z moimi muzykami nowy materiał, ale zanim nagramy kolejną płytę i wydamy ją zapewne w przyszłym roku, na początku listopada ukaże się DVD i CD z koncertu , który zagrałam w maju z Darkiem Oleszkiewiczem, Larrym Koonsem i Munyungo Jacksonem. Przylecieli do Polski na 12 koncertów zamykających promocję mojej drugiej płyty „Picking Up the Pieces”. Koncert w Palladium został zarejestrowany. Bardzo się cieszę, że nagraliśmy ten materiał, bo występowanie live jest zupełnie inną historią. Energia, która pojawia się, gdy dochodzi do konfrontacji z publicznością, jest nieporównywalna z tym, jak nagrywa się w studiu. Każdy koncert w trasie był inny, każdy był wyzwaniem. To właśnie kocham w jazzie, jest nieprzewidywalny!
Na nowy, studyjny album napisałam sześć tekstów, parę melodii, wybrałam kilka wierszy Denise Levertov, mojej ulubionej, ostatnio odkrytej przeze mnie poetki. Napisałam tekst do utworów Darka Oleszkiewicza i Zbigniewa Wegehaupta. Tworzyli dla mnie też Michał Tokaj, David Doruzka i Larry Koonse. Chcę też nagrać dwa covery. Mogę tylko zdradzić, ze odchodzimy od standardów, płyta będzie miała smaczki latynoskie, eksperymentalne, nawet ostrzej brzmiące. Będzie różnorodnie. Zagrają na płycie muzycy, z którymi ostatnio dużo występuję – moje trio, czyli: pianista Michał Tokaj, kontrabasista Michał Barański, perkusista Łukasz Żyta, oraz utalentowany czeski gitarzysta jazzowy David Doruzka.
Wydaje się, że pani ulubiony repertuar to ballady. Czy to nie jest pewnego rodzaju ograniczenie?
Jestem osobą dosyć dynamiczną, ballady mnie uspokajają. Muzyka, jak wiadomo, łagodzi obyczaje. Oczywiście nie znaczy to, że nie kocham piosenek w szybszym tempie, z mocniejszym groove’em. Takie znajdą się na przyszłorocznej płycie, która będzie odejściem od głównego nurtu jazzu – mainstreamu.
Jak dobiera pani repertuar, jak ważny jest w nich tekst, opowiedziana historia, a jak melodia?
Tekst musi iść w parze z ciekawą melodią i genialną harmonią. Bez tej jedności piosenka czy standard mnie nie interesują. Wokaliści różnią się od instrumentalistów tym, że mają wielką broń w postaci słowa. To wielka moc, której uwielbiam używać. Nie traktuję głosu jedynie w sposób instrumentalny. Mam szczęście pracować ze świetnymi muzykami. Improwizuję, ale wolę używać do improwizacji słowa niż scatu. Słowa budują nastrój. Cenię sobie muzyków, którzy wiedzą, o czym jest utwór. To pomaga we wspólnej interpretacji.
Piosenka się rozwija muzycznie, również pod wpływem słowa. Przykładem może być „Suzanne” Leonarda Cohena. Na płycie moja interpretacja jest dosyć surowa, na koncertach historia „Suzanne” kieruje nas w różne muzyczne zakamarki, od piano do forte, do bardziej otwartej formy. Każde słowa mogę oddać dynamiką i artykulacją głosu. Uwielbiam się w ten sposób bawić na scenie. Oczywiście bez świetnego tria ta zabawa wcale nie jest taka udana. Jestem szczęściarą, bo moje trio reaguje na kierunek, w którym podążam.
Większość pani piosenek to amerykańskie standardy. Co w nich jest atrakcyjnego dla pani i polskiego słuchacza?
Nie wiem, co jest w nich atrakcyjnego jedynie dla polskiego słuchacza. Ta muzyka wzrusza ludzi na całym świecie, ma się świetnie w Japonii, grana jest w Skandynawii czy na Węgrzech. Występowaliśmy w Rosji, która nie ma tradycji grania jazzu, i też mieliśmy tam wspaniałą publiczność. Myślę, że amerykańskie standardy jazzowe mają w sobie coś ponadczasowego, mogą być interpretowane i aranżowane na wiele sposobów, wciąż pozostają świeże, mimo że były komponowane kilkadziesiąt lat temu. Pisane na potrzeby Broadwayu posiadają uniwersalne teksty, ciekawe harmonie i piękne melodie. To jest ich siła i to mnie w nich urzeka już od wielu lat.
W Polsce mamy wspaniałą publiczność jazzową. Chyba jazz ma się coraz lepiej, choć w radiu dominuje zupełnie inny styl…
A rodzimy repertuar? Czyje piosenki chciałaby pani śpiewać?
Piękne są piosenki z Kabaretu Starszych Panów, tak ciekawie interpretowane przez niepowtarzalną Kalinę Jędrusik, uwielbiam kompozycje Komedy, świetne są piosenki Grechuty, mam sentyment do repertuaru Kaczmarskiego, cenię oryginalny styl Kory, ostatnio brałam udział w koncercie urodzinowym Dudusia Matuszkiewicza i śpiewałam jego kompozycję „Oddalasz się”, Jan Ptaszyn Wróblewski napisał kilka magicznych piosenek, m.in. „Ulice wielkich miast”. Doceniam jazzowych kompozytorów: Wojciecha Karolaka, Zbigniewa Namysłowskiego. Zdarza mi się śpiewać po polsku, ale ostatnio głównie repertuar z mojej polskiej płyty „Umiera piękno”. Po polsku śpiewa się zupełnie inaczej niż po angielsku. Łatwiej jest mi pisać teksty po angielsku, może kiedyś zacznę pisać również po polsku. Czas pokaże.
Wygląda na to, że swingowe wokalistki są w odwrocie, dziś już chyba żadna z nich nie próbuje naśladować Elli Fitzgerald.
Nie zgadzam się. Ostatnio w Nowym Jorku słyszałam swingującą i genialnie skatująca Robertę Gambarini, jest jeszcze sporo zdolnych wokalistek, które czują swing, ale niestety, nie wszystkie są wystarczająco promowane. Z drugiej strony zgadzam się, że skończyła się pewna era w wokalistyce jazzowej. Z wielkich diw została jeszcze Abbey Lincoln. Są wokalistki świetne technicznie, które wszystko zaśpiewają, chociażby Dee Dee Bridgewater czy Dianne Reeves, ale to już nowa era, inna wrażliwość. Żyjemy w kompletnie innych czasach, jazz ewoluuje, miesza się z innymi stylami. Mało jest już jazzu w czystej formie. Na pewnym etapie zaczynamy poszukiwać własnej drogi artystycznej, jeszcze bardziej osobistej. I nie ma w tym nic złego. Kiedyś standardy były muzyką rozrywkową grywaną w radiu. Dlatego tak dobrze ta muzyka jest odbierana w Stanach. Tam publiczność często docenia aranżacje czy interpretacje, bo nie są to nieznane piosenki.
Pani album „Umiera piękno” otrzymał Fryderyka w kategorii piosenka poetycka. Podobno właśnie taki repertuar chciała pani śpiewać na początku kariery.
Ta płyta jest mieszanką muzyki romantycznej, jazzu, muzyki klasycznej i piosenki. Nie silę się na poetyckie interpretacje. Śpiewam piękne wiersze. Staram się jedynie nienachalnie opowiedzieć ich treść. Nie chcę narzucać własnej interpretacji, siła poezji i muzyki już wiele mówi. Dla mnie i Michała Tokaja jest to bardzo osobista płyta. To była wielka radość, kiedy została doceniona. Cieszymy się, że ten projekt znalazł odbiorców o podobnej wrażliwości.
Czy ta kategoria jest uprawniona? A może sztuczna, bo tak zaszufladkować można większość współczesnych twórców-piosenkarzy/piosenkarek np.: Patricię Barber, Holy Cole, Kurta Ellinga.
Kurt Elling czy Patricia Barber szukają też swojej drogi wyrażania się poza standardami. Każdy ma swój wkład w muzykę. Wkładanie wokalistów czy muzyków w szufladki nie ma sensu. Raz można się znaleźć w jednej szufladce, za chwilę być już w innej. Najistotniejsze jest to, żeby muzyka była spójna. Aby jej elementy tworzyły piękną harmonijną całość. Nie musi to być ballada jazzowa, może być neosoulowy groove’owy hit, klasyczna bossa nova lub ostry rockowy utwór. Ważne, żeby były zagrane i zaśpiewane w rasowy sposób.
Można zaobserwować jakiś kierunek ewolucji wokalistyki jazzowej?
Ewolucja jest zauważalna. Świat się rozwija. Oczywiście można śpiewać aranżacje sprzed 50 lat, to też może być ciekawe, ale może raczej należy poszukać swoich dróg śpiewania tych ponadczasowych piosenek? Pamiętać o tym, co zostało wcześniej powiedziane. Ja zaliczam się do wokalistek, które bardzo dużą wagę przywiązują do historii jazzu. Szanuję to, co zostało wcześniej wyrażone przez gigantów jazzu. Jedynie mogę starać się śpiewać lepiej i szukać własnej drogi. I to właśnie robię. Jazz to niekończąca się improwizacja dająca ogromne możliwości rozwoju. Dająca wolność wyboru. Za to właśnie kocham tę muzykę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA