fbTrack

Historia

Thomas Cook, czyli turystyka w służbie trzeźwości

Otwarcie linii kolejowej Liverpool – Manchester
EAST NEWS
9 czerwca 1841 roku zasługuje na miano jednej z przełomowych dat w dziejach ludzkości. Tego dnia pobożny baptysta Thomas Cook, z zawodu stolarz, z powołania nauczyciel w szkółce niedzielnej i aktywista ruchu na rzecz abstynencji, wyruszył z Lei-cester do Lougborough na wiec towarzystwa trzeźwości
25 kilometrów dzielących obie miejscowości pokonywał koleją, dzięki właśnie otwartej linii Midland.
Kolej była w owym czasie świeżym wynalazkiem. Pierwsza linia ruszyła zaledwie kilkanaście lat temu. Po drodze Cook wpadł na pomysł, jak wykorzystać potęgę kolei do walki z alkoholizmem. Miesiąc później 570 osób namówionych przez Cooka udało się do Lougborough na kolejny wiec abstynentów. Organizator sam zakupił bilety po pensie od mili, od dzieci połowa stawki. Tak narodziła się nowoczesna turystyka, dziś jedna z największych i najbardziej dynamicznych gałęzi gospodarki. Cook nie poprzestał na dowożeniu ziomków na kolejne wiece. Czyż nie lepiej będzie, jeśli ludzie wydadzą swe pieniądze na podróże zamiast na kolejną flaszę ginu lub whisky? Kolejnym pomysłem było zorganizowanie wycieczki do Liverpoolu. Zanim udało się tam 350 klientów, organizator sam udał się na miejsce, zarezerwował hotel, zadbał o właściwą moralnie rozrywkę. W 1846 roku 500 mieszkańców Leicester mogło dzięki Cookowi odwiedzić Glasgow i Edynburg. Rok potem wszyscy chętni mogli udać się do Dundrum Bay, by ujrzeć wyrzucony na mieliznę liniowiec ss „Great Britain”. Prawdziwą sławę przyniosła Cookowi pierwsza wystawa światowa otwarta w Londynie w 1851 roku. Mimo ostrej konkurencji cenowej ze strony gotujących się na tę okazję linii kolejowych, Cook potrafił pozyskać ponad 165 tys. klientów. Było to możliwe dzięki zakrojonej na wielką skalę kampanii reklamowej. Cook organizował w miastach prowincjonalnych festyny i przemarsze orkiestr reklamujące samą wystawę i oczywiście firmę, która umożliwi każdemu chętnemu – za niewielką opłatą i bez zbędnych kłopotów – zapoznanie się z najwybitniejszymi osiągnięciami ludzkości. Ci, których nie stać było na jednorazowy wydatek, mogli otrzymać kredyt potrącany później z pensji. Firma byłego już teraz stolarza wypłynęła na szerokie wody. W 1856 roku podopieczni Cooka po raz pierwszy przekroczyli granicę Anglii, udając się za kanał La Manche. W 1864 roku Cook i Syn oferowali wycieczki do Francji, Szwajcarii, Włoch oraz szybką podróż przez Europę: Paryż, Waterloo, Kolonia, Heidelberg, Baden-Baden. W 1879, aby ułatwić podróże zagraniczne, Cook wyemitował pierwsze czeki podróżne, a sześć lat później rząd brytyjski zlecił mu przetransportowanie 15 000 żołnierzy do Sudanu. Ci, którzy mieli dość czasu i środków, mogli z Cookiem udać się na Bliski Wschód. Najbogatsi zaś mogli za jego pośrednictwem zarezerwować kolejowe salonki, by udać się na kontynent. Dzięki Cookowi przeżytkiem stał się pomysłowy lokaj w rodzaju Jana Obieżyświata towarzyszącego Phileasowi Foggowi w osiemdziesięciodniowej podróży dookoła świata.
Nie byłoby masowej turystyki bez kolei, a później transportu kołowego i cywilnego lotnictwa, które umożliwiły przezwyciężenie tego co najbardziej od podróży odstręczało – trudnych do przebycia bezdroży, niebezpieczeństw i niewygód. Innym warunkiem, bez którego nie byłoby turystyki masowej, był czas wolny. To, iż turystyka nie pozostała wyłącznym przywilejem wyższych warstw społecznych, było konsekwencją wprowadzenia urzędowych dni wolnych od pracy, poza niedzielami oczywiście. W 1871 roku parlament uchwalił Bank Holiday Act, wprowadzający cztery w roku dni wolne od pracy, po raz pierwszy niezwiązane ze świętami kościelnymi. Kilka lat później pojawiły się tygodniowe płatne urlopy dla robotników, podobne do tych, którymi już od jakiegoś czasu cieszyli się urzędnicy i handlowcy. Obawy moralistów, że pracownicy pogrążą się w tych dniach w nieróbstwie i pijaństwie, okazały się płonne. Duża w tym zasługa Thomasa Cooka, człowieka, który „uczynił podróżowanie po świecie łatwiejszym”, jak głosi inskrypcja na jego nagrobku. O ile Thomasa Cooka można zasadnie uznać za pomysłodawcę nowoczesnej turystyki wycieczkowej, o tyle turystyka, rozumiana jako podróżowanie w celach niezwiązanych z wykonywanym zawodem, ma znacznie starszą metrykę. W 1838 roku, trzy lata przed pierwszą zorganizowaną przez Cooka wycieczką do Lougborough, termin „turysta” pojawił się w tytule powieści Stendahla („Wspomnienia turysty”). Za pierwsze wielkie wcielenie turystyki trzeba jednak uznać odgrywające istotną rolę w wielu religiach pielgrzymki. W Europie pielgrzymowali już starożytni Grecy. Półwysep Indyjski przemierzały niezliczone tłumy pielgrzymów kierujących się do 84 tysięcy świątyń, między które w III wieku naszej ery król Asioka rozdzielił relikwie Buddy. Muzułmanie udają się do Mekki, ich szyicki odłam do grobu Alego w Karbali, Żydzi do Jerozolimy, a chasydzi do grobów sławnych cadyków. W kręgu chrześcijańskim pielgrzymka służyła wzmocnieniu wiary, pozwalała cieszyć się szczególnymi łaskami dzięki kontaktowi z relikwiami świętych (cudowne uzdrowienia), odpokutować winy, jak musiał to uczynić m. in. Bolesław Krzywousty po zamordowaniu przyrodniego brata Zbigniewa (udał się w tym celu na Węgry). Ale pielgrzymki były też okazją do poznania świata. Ich krytycy, jak św. Bernard z Clairvaux w XII wieku, ostrzegali przed nadmiernym hołdowaniem motywom pozareligijnym przez pątników. Kto często pielgrzymuje, rzadko bywa dobry, głosiło przysłowie. Na potrzeby pielgrzymów powstawały gospody, które nie byłyby w stanie się utrzymać, gdyby przyszło im bazować wyłącznie na kupcach lub lokalnych wędrowcach. Poza odległą od Europy Ziemią Świętą, do której pielgrzymki organizowali m.in. templariusze, największym magnesem dla pielgrzymów był papieski Rzym i hiszpańska Compostela. W tej ostatniej znajdować się mają relikwie świętego Jakuba Apostoła (stąd krzyż św. Jakuba na ramionach hiszpańskich żołnierzy w polskiej strefie okupacyjnej w Iraku). Tam właśnie ściągały najbardziej kosmopolityczne tłumy pątników. Złoty okres pielgrzymek przypadł na późne średniowiecze. Od 1300 roku, gdy proklamowano po raz pierwszy rok jubileuszowy, niezliczone tłumy pątników wędrowały do Rzymu, by uzyskać tam odpust zupełny. Kult świętych spowodował narodziny licznych miejsc pielgrzymkowych o znaczeniu lokalnym, gdzie wprawdzie nie dostawało się odpustu zupełnego, ale któż pogardzi kilkoma dniami pokuty (wymierzano ją wówczas w dniach postu). Sprzyjało temu również stopniowanie kar stosowanych nie tylko przez władze duchowne, ale i świeckie. Na mniej lub bardziej odległe szlaki wyruszali cudzołożnicy, bluźniercy, podejrzani o herezję, niesumienni urzędnicy. W 1305 roku król Francji groził buntowniczym mieszczanom Brugii, że 3 tysiące z nich będzie musiało udać się na przymusową pielgrzymkę, w tym 2 tysiące za morze. Pątnicy byli adresatami najstarszych przewodników, itinerariów, zawierających suche wyliczenie miejsc, które trzeba odwiedzić, i informacje o odległościach. Wraz z tryumfem odrzucającej kult świętych reformacji ruch pielgrzymkowy w dużej części Europy ustał. W krajach katolickich natomiast liczba pielgrzymów stale rosła. Kierowali się oni ku powstającym od XV wieku kalwariom – ośrodkom kultu położonym w pagórkowatej, imitującej Jerozolimę okolicy, w których umieszczano stacje Męki Pańskiej. Najstarsza kalwaria powstała w 1420 roku w hiszpańskiej Kordowie. W Polsce budowano je od XVII wieku (Kalwaria Zebrzydowska, Pakość, Wejherowo, Góra Kalwaria). Ruch pielgrzymkowy, choć nadal popularny, schodził powoli na margines turystyki. Rodziła się nowa forma – Grand Tour, czyli Wielka Podróż. Grand Tour XVI i XVII stulecia to odbywana raz w życiu, trwająca zwykle kilka lat, podróż młodego szlachcica stanowiąca ukoronowanie wykształcenia, dostarczająca wiedzy o świecie i praktycznej znajomości języków obcych. Nade wszystko było to udokumentowanie pozycji społecznej, ewentualnie sygnał wysokich aspiracji. Odwiedzano najważniejsze państwa europejskie, zwykle Włochy, Francję, Niderlandy, ewentualnie Niemcy. Rzadziej jeżdżono do Hiszpanii, bowiem ta odstręczała ciężkim klimatem, górzystymi pustkowiami i niskim standardem gospód. Protestanci zaś bali się otoczonej ponurą sławą inkwizycji. Logicznym celem podróżujących były uniwersytety, choć studia w dzisiejszym rozumieniu nie były zadaniem pierwszoplanowym. Rangę podobną do dzisiejszej miały one dla marzących o karierach urzędniczych bądź uprawianiu zawodu lekarskiego dzieci mieszczan, albo dla opiekunów młodych paniczów. Dobrze urodzona, zamożna młodzież zapisywała się na uniwersytety (zwykle na kilka), ale uczestnictwo w wykładach miało podrzędne znaczenie. Często zresztą wynajmowano profesora jako korepetytora, niekiedy nawet zlecano mu pisanie w imieniu podopiecznego pracy. Nie było w tym nic zdrożnego, wszak w owych i interesujących nas sferach nie znano dzisiejszego kultu dyplomu. Nie mniej ważne od nauk uniwersyteckich było poznanie języków. Młodzi Anglicy udawali się w tym celu do szkół w Blois i Saumur (tam mówiono podobno najczystszą francuzczyzną). Szwed Shering Rosenhane skutecznie uczył się języków podczas rozmów z przygodnymi gośćmi gospód. Do standardu należało zatrudnianie nauczyciela tańca, czyli skoczka, mistrzów fechtunku i modnej jazdy konnej oraz nierzadko matematyki i geometrii. Pod tym pierwszym pojęciem kryła się wiedza o artylerii, a termin geometria oznaczał naukę o fortyfikacji, rzeczy nieodzowne dla młodych ludzi myślących o karierze wojskowej. Obowiązkowym uzupełnieniem była podróż do Włoch w celach religijnych (katolicy) i poznawczych. Tym co przyciągało bez względu na wyznanie były zabytki i niekiedy najsławniejsze dzieła mistrzów renesansu. Dla protestantów podróż do Italii wiązała się z dodatkową dawką adrenaliny z powodu inkwizycji. Aby uniknąć podejrzeń o nieprawomyślność, podawano się za kogoś innego. Anglicy najczęściej udawali Francuzów. Szwed Erik Dahlberg, podawał się za Polaka, przedstawiciela ludu na tyle egzotycznego, że można się było po nim spodziewać wszelkich zachowań. Innym ważnym motywem udawania się, podróż były względy medyczne. Odkąd przestano wierzyć w cudowną moc relikwii, konieczne stało się zażywanie leczniczych kąpieli. Do wód udaje się w XVI wieku Michał z Montaigne, odnotowujący przy tym dokładnie w dzienniku nie tylko reakcje swego organizmu, ale i na pozór błahe doświadczenia. Próbuje obcej kuchni, dziwi go, ale i pociąga niemiecki obyczaj spania pod pierzyną. Od współczesnych i wielu późniejszych podróżnych różni go iście stoicki spokój w zetknięciu z lokalnymi obyczajami. Doświadczenie gamy odmiennych obyczajów uczy tolerancji. Montaigne wyznaje, że gotów byłby przygarnąć do piersi nawet Polaka. Wyznanie to dowodzi wielkiej wyrozumiałości filozofa, bowiem po krótkotrwałym pobycie i ucieczce z Polski Henryka Walezego ani Francuzi Polaków, ani Polacy Francuzów nie darzyli ciepłymi uczuciami. Prawdziwy złoty wiek uzdrowisk miał jednak dopiero nadejść w XVIII i przede wszystkim w XIX wieku. Wiek XVIII także w podróżowaniu wniósł istotne zmiany. Zagraniczne wojaże przestały być unikalnym doświadczeniem życiowym. Nierzadko udawało się odwiedzać obce strony kilkakrotnie, choć nie jest to jeszcze przełom, jaki przyniosły ze sobą koleje. Podróżni nie udają się już po nauki, zresztą konserwatywne z natury uniwersytety w stuleciu rozumu utraciły znaczenie na rzecz towarzystw naukowych znacznie bardziej odpowiadających ideałowi „człowieka światowego”. Podróżuje się głównie po to, aby oglądać, szczególnie sztukę starożytną, porozmawiać, czy choćby zobaczyć sławnych ludzi: Woltera, Goethego..., Francuzi masowo wyruszają do Anglii, by zobaczyć, jak wygląda idealny ustrój, i zyskać argumenty do narzekań na własny kraj. Krótka podróż i następujący potem wielomiesięczny pobyt w wybranych, nielicznych zresztą miejscach pozwalał nawiązać bliższe kontakty z innymi turystami i miejscową elitą. Aby przezwyciężyć poczucie obcości, turyści poszukują miejsc, w których choćby częściowo można poczuć się jak u siebie w domu. Stąd w Rzymie hotele i gospody przyciągające angielskich turystów swojskimi dla nich nazwami i wysokim standardem. Kończy się era przypadkowych spotkań w gospodach, rubasznych żartów i jakże uciążliwych przygodnych znajomości łóżkowych. Nie chodzi wcale o erotykę, której ucieleśnieniem była wówczas Wenecja i o dziwo Rzym, lecz o praktykowany powszechnie w gospodach XVI i XVII wieku zwyczaj umieszczania gości we wspólnych łóżkach, pod wspólnym przykryciem. Nieprzypadkowo z rozmówek dla podróżnych można się dowiedzieć jak należy się zwracać do cudzoziemca zbyt głośno chrapiącego czy zaborczo zagarniającego pierzynę. Epoka romantyzmu przynosi kolejne przemiany w stylu podróżowania i postrzeganiu rzeczywistości. Próżno w XVI- czy XVII-wiecznych relacjach szukać opisów przyrody, za wyjątkiem budzących lęk gór. W wieku XVIII zabytki starożytności liczą się bardziej niż otoczenie, w którym stoją. Właściwe romantyzmowi postrzeganie świata najcelniej ujmuje cytat z lorda Byrona: „czyż muszę powtarzać sobie, że »Natura« Attyki bardziej byłaby poetyczna bez »Sztuki« Akropolu”. Ta być może zbyt dosadnie sformułowana myśl trafia w sedno. Bez romantyków nie byłoby zachwytów nad urokiem gór, które w XVIII wieku interesowały jedynie uczonych. Mieszczański wywczas Szybkie postępy urbanizacji w XIX wieku i ułatwienia w komunikacji zrodziły modę na spędzanie wolnego czasu poza miastem. Bogatsi – nie zawsze zresztą chorzy - udawali się do uzdrowisk; najlepiej zagranicznych, bo to dowodzi wysokich aspiracji i pozycji społecznej. Zalecano przy tym, by w kronice towarzyskiej poczytnej gazety dać odpowiedni anons. „Dziś bowiem” – pisał w 1886 roku autor kodeksu życia towarzyskiego – byle dentysta, aptekarz czy krawiec, gdy opuszcza Warszawę ogłasza, że wyjeżdża za granicę, choćby do Urli jechał”. Wyjazd do Baden-Baden czy Karolvych Varów nie był tani, dlatego w drugiej połowie XIX wieku powstały uzdrowiska polskie – od rozreklamowanego przez Walerego Eliasza, Ignacego Kraszewskiego i Tytusa Chałubińskiego Zakopanego poczynając, przez Krynicę, Szczawnicę, Duszniki, Nałęczów i wiele innych. Mniej zasobni mieszczanie spędzali urlopy na łonie natury w pobliżu miasta. Krakowianie mieli Zakopane, gdańszczanie – Sopot. Oddaleni od gór i morza warszawiacy od ostatniej ćwierci XIX wieku udawali się do miejscowości położonych na linii otwockiej (Anin, Falenica, Świder), względnie do Ząbek, Konstancina, Rembertowa. Atmosferę letniska tak opisywał Włodzimierz Perzyński: „brak tu morza, ale to pośród rzadkich sosenek widzi się tyle pudełek od sardynek i rozbitych butelek, że gdyby można wszystkie owe zjedzone sardynki wskrzesić, to starczyłoby ich na zapełnienie oceanu ”. Rolę plaży spełniał przystanek kolejowy. Nie można się tam opalać, za to kwitło życie towarzyskie. Obecność letników przyciągała miejscowych i przyjezdnych złoczyńców. Stąd „każdy letnik przed udaniem się na spoczynek uważa za swój święty obowiązek wystrzelić parę razy na postrach, żeby złoczyńcy wiedzieli, że ma się czym bronić...”. Zdaniem znawcy dziejów podróży Antoniego Mączaka w historii turystyki jak w zwierciadle odbijają się dzieje cywilizacji. Człowiek podróżujący odczuwa postęp techniczny, zanim jeszcze znacząco wpłynie on na warunki życia mas. Kolej jest tego znakomitym przykładem. Tenże autor zauważa w innym miejscu: „w różnych epokach różne czynniki przyciągają turystów, co wiąże się z wielkimi prądami umysłowymi”. Z kolei szybciej przemijające mody kształtują literatura turystyczna, reklama i relacje bywalców. Powiew mód i porywy umysłowych prądów boleśnie odczuło nawet przedsiębiorstwo założone przez Thomasa Cooka. Znacjonalizowane bezpośrednio po II wojnie światowej przez laburzystowski rząd, zatrudniało 10 tys. ludzi i było największą firmą w turystycznym biznesie. Obstając nadal przy tradycyjnym dla marki organizowaniu każdej wolnej chwili klientów, kierownictwo Cook & Son nie wyczuło zmieniającej się mody. Dla nowej generacji liczyło się przede wszystkim ciepłe morze, słońce i wolny czas. Należy jeszcze do tego dodać angielskie śniadanie, frytki i Guinessa, by podróżny nie czuł się wyobcowany. Dopiero ostatnio, zrezygnowawszy z anachronicznych ambicji i podporządkowawszy się modzie, wykupiony przez niemiecki bank WestLD, Thomas Cook & Son (obecnie Thomas Cook AG) powrócił na arenę jako trzecia na świecie potęga w zakresie turystyki zorganizowanej. „Nie ma już wśród nas geniuszu tamtej epoki. Pozostał tylko przemysł”, napisał w innym zupełnie kontekście Victor Hugo. Czy ta refleksja daje się odnieść do dziejów turystyki? dr hab. Michał Kopczyński, historyk, pracuje w Instytucie Historycznym UW, zajmuje się historią gospodarczą
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL