fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Warsaw Summer Jazz Days

Dzisiaj zaśpiewacie ze mną

Rzeczpospolita
Bobby McFerrin wychodzi sam na najsłynniejsze sceny świata. Może zabrzmieć jak wielka funkowa kapela, cały chór albo tenorowy saksofon. Może wszystko. Jest cudownym i samowystarczalnym artystą. Mimo to uwielbia dzielić się muzyką
Tym razem zobaczymy go w duetach z polskimi sławami – Anną Marią Jopek i Leszkiem Możdżerem. McFerrin zaprasza do współpracy gigantów światowego jazzu, ale równie chętnie śpiewa z amatorami, a publiczność wciąga w magiczne transformacje – robi ze słuchaczy chórzystów, czasem nawet najważniejszych autorów utworu. Udowadnia im, że potrafią zaśpiewać najtrudniejsze partie. Jakby nie chciał, by jego niesamowite zdolności odcinały go od świata. Woli wciągać nas w swój.
Mało który muzyk przychodzi na spotkanie z publicznością tak uśmiechnięty, z pewnością żaden tak skutecznie nie zaraża optymizmem. McFerrin zjawia się w najzwyklejszych dżinsach, w prostym T-shircie, na bosaka. I rozpoczyna magię. Stawia na nogi elegantki w szpilkach, usztywnionych węzłem krawata biznesmenów, przypadkowo znajdujących się w eleganckiej sali snobów i wszystkich zmienia w oniemiałe z zachwytu dzieci. A zachwyca nie wielką tajemnicą swojego talentu, ale właśnie tym, że go obnaża, stosuje proste środki, zachęca, byśmy podglądali, jak przebiega konstruowanie utworu.
Gdy kilka lat temu w Sali Kongresowej dyrygował grupą znakomitych wokalistów, dał nam fenomenalną lekcję muzyki. Fundament stawiał, wystukując rytm dłonią o klatkę piersiową, potem każdemu z wokalistów nucił na ucho jego partię. Włączały się kolejne głosy, powstawały harmonie, a na czubku tej rzeźby wybuchały fajerwerki solowych popisów. Potem McFerrin rozmontowywał utwór i budował nowy, jak chłopiec, który stawia zamek z klocków, a po chwili realizuje inny pomysł i z podobnych elementów tworzy statek.
Jego występy to edukacyjna praca u podstaw – nauka wrażliwości i wyobraźni. Te inspirujące spektakle gra bez cienia artystycznej pychy. Zabawne, że muzyk uznawany za geniusza uważa, iż to, co potrafi, jest dostępne dla każdego. – Każdy może improwizować – tłumaczył przed laty w wywiadzie. – Wystarczy jakiekolwiek nuty śpiewać przez dwie minuty. Wtedy w głowie pojawiają się głosy mówiące, byś przestał, ale nie słuchaj ich, kontynuuj przez kolejne dziesięć minut. Rób to codziennie, a bardzo szybko zaczniesz kształtować to, co śpiewasz.
Sam nie od razu zainteresował się improwizacją. Dopiero na początku lat 80., gdy usłyszał improwizowane solowe występy Keitha Jarreta, postanowił pójść tą drogą. Od tej pory traktuje głos jak malarską paletę, dzięki której powstają dźwiękowe obrazy. Na koncertach realizuje się nie tylko jako muzyk, bywa też komikiem – żartuje, by uwolnić naszą fantazję. Mawia, że najbardziej lubi partnerstwo dzieci, bo one nie mają zahamowań i tworzą z nim najbardziej zwariowane piosenki.
Sam zaczął śpiewać jako dziecko, można powiedzieć, że nie miał wyboru – przyszedł na świat w 1950 r. jako syn dwojga utytułowanych śpiewaków. Jego ojciec Robert McFerrin był pierwszym Afroamerykaninem w składzie nowojorskiej Metropolitan Opera. Ale Bobby zapewnia, że rodzice nigdy nie namawiali go do pójścia w ich ślady: – Muzyką zainteresowałem się sam. Najpierw uczył się gry na klarnecie, potem wybrał fortepian, marzył, by zostać kompozytorem. Był przed trzydziestką, gdy pochłonął go jazz, wtedy zapragnął śpiewać. Talent wokalny rozwijał w nowojorskim Asra Project, później u boku Johna Hendricksa, potem koncertował z Wyntonem Marsalisem i Waynem Shorterem. Aż wreszcie w 1983 r. natknął się na improwizacje Jarretta.
Jego żywiołem jest spontaniczność, cokolwiek by się nie działo, w śpiewaniu czuje się swobodnie: – To moje serce i dusza. Kiedy już wie, że oczarował słuchaczy, zabiera ich w zaskakujące rejony. Z „Ave Maria” przechodzi do bluesa, przeskakuje o cztery oktawy, po czym startuje w trudnej konkurencji – beatboxingu. Wodzi publiczność jak na magicznej wstążce, jest pewny swoich umiejętności, dlatego jego improwizacje mogą być nie tylko efektowne, ale często ryzykowne. – Kocham śpiewać i uwielbiam szukać przygód. Czuję się wtedy, jakbym miał poszybować po raz pierwszy. Stoję na szczycie góry, szykuję się do skoku i mam wiarę w tę wielką paralotnię tuż za plecami. Właśnie tym jest dla mnie śpiewanie, szczególnie a capella.
McFerrin otrzymał wiele prestiżowych nagród, m.in. dziesięć statuetek Grammy, jako pierwszy wokalista w historii wydał w dużej wytwórni solowy album bez akompaniamentu. Ale te osiągnięcia i tak nie oddają największej wartości jego śpiewania. Każdy koncert pokazuje, że uwolnienie się od ograniczeń uszczęśliwia. Dlatego McFerrin prowadzi najznakomitsze orkiestry ubrany w wyciągniętą koszulkę – wtedy nic go nie krępuje. Kiedy dyryguje, nie lubi stać na podium – nie chce, żeby coś dzieliło go od muzyków. – Muzyka to sztuka komunikowania, buduje społeczność, zbliża ludzi.
Chociaż to w jazzie osiągnął najwięcej, przyznaje, że jego stosunek do muzyki najlepiej oddaje piosenka, której wykonywać już nie chce – popowy superprzebój „Don’t Worry Be Happy”. – Zależy mi, żeby koncerty dawały ludziom radość, unosiły ich wyżej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA