fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

Tak wyglądały naciski?

PAP
Jacek Krawczyk jako pierwszy badał wątek afery węglowej, z którego wyłoniła się sprawa Barbary Blidy. W rozmowie z „Rz” przyznaje, że sposób, w jaki prowadzono wobec niego postępowanie karne, odbierał jako wywieranie presji
Komisja śledcza, która bada okoliczności śmierci Barbary Blidy, odkryła, że przeciwko większości prokuratorów, prowadzących tę sprawę toczyły się postępowania. Jak ujawniła „Rz”, posłowie doszukują się w tym koronnego dowodu na to, że śledczy byli poddawani presji. Przeciwko Jackowi Krawczykowi toczyło się postępowanie dotyczące wypadku samochodowego, Emilowi Melce – związane ze sprawami, które prowadził w 2000 i 2001 r., a przeciwko Tomaszowi Balasowi postępowanie o niedopełnienie obowiązków i rzekome żądanie miliona złotych łapówki.
RZ: Czy do sprawy Blidy byli dobierani ludzie, na których były „haki” w postaci postępowań?
Jacek Krawczyk: Nie powtarzam korytarzowych plotek. Faktem jest, że wobec większości prokuratorów, którzy się nią zajmowali, toczyły się jakieś postępowania.
Nie wobec wszystkich. Asesorzy nie byli nimi objęci.
Asesor nie jest w pełni samodzielny przy podejmowaniu decyzji.
To dlatego delegowano ich do tej sprawy?
Wypowiadałem się na ten temat już przed komisją.
W śledztwie dotyczącym Blidy używano argumentu postępowań, by na prokuratorów naciskać?
Swoją sprawę tak właśnie odbierałem. Trudno mi powiedzieć, jak było przy sprawie Blidy, gdyż przy niej już nie pracowałem. Nikt do tej pory o naciskach nie mówił. Jeśli takie rozmowy w ogóle się odbywały, to jedynie w cztery oczy. Nie ma więc o czym mówić, bo sprawa jest nie do udowodnienia. Jeśli faktycznie większość z prowadzących to postępowanie miała postępowania dyscyplinarne, to odpowiedź nasuwa się chyba sama.
Weźmy pana przykład. Twierdzenie, że ktokolwiek pana szykanował, bo był pan niepokorny, jest miałkie. Miał pan postępowanie karne, bo spowodował pan wypadek drogowy. I to ze skutkiem śmiertelnym.
Na pierwszy rzut oka tak to właśnie może wyglądać. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Brałem udział w wypadku, a w jego wyniku kobieta, niestety, zginęła. Ale diabeł tkwi w tej sprawie w szczegółach, bo to nie ja spowodowałem ten wypadek. Ta pani weszła na jezdnię tuż przed moim samochodem, nie dając żadnych szans na uniknięcie tragedii.
Jest pan prokuratorem i wie, że sprawca każdego wypadku tak się tłumaczy.
To prawda, ale w moim przypadku są na tę okoliczność zeznania bezpośredniego świadka i korzystna dla mnie opinia biegłych. Jednoznacznie stwierdzili oni, że bezpośrednią przyczyną wypadku było nagłe wejście pieszej na jezdnię. Co prawda ustalili też, że przekroczyłem dozwoloną prędkość, ale zaznaczyli, iż nawet gdybym jej nie przekroczył, kobieta i tak nie miała szans na przeżycie. Prokurator Melka nie wziął tego pod uwagę.
To prokurator Melka, który przejął po panu śledztwo węglowe, prowadził pana sprawę?
Tak, przejął ją w 2006 roku.
To zgodne z zasadami, że postępowanie w pana sprawie prowadziła Prokuratura Okręgowa w Katowicach, w której był pan znany?
Dla mnie też było zastanawiające, że postępowanie nie zostało przekazane do innej prokuratury. Choćby dlatego, by się nie narażać na zarzut stronniczości. Mogę jedynie przypuszczać, że chodziło o to, by przełożeni mieli kontrolę nad tym śledztwem.
Jakie to wszystko ma znaczenie dla sprawy mafii węglowej?
Gdyby sprawa wypadku dotyczyła nie prokuratora, ale zwykłej osoby, zakończyłaby się umorzeniem z powodu wtargnięcia pieszej. W mojej sytuacji pomijanie istotnych dowodów przemawiających na moją korzyść i przedstawianie mnie jako sprawcy wypadku nabrało tempa za czasów ekipy Ziobry. Pominięto przy tym zasady obiektywizmu oraz domniemania niewinności. Sprawa była prowadzona w taki sposób, by odpowiadać na zapotrzebowanie rządzących.
Sugeruje pan, że to kara za to, iż był pan niepokorny i nie poprowadził sprawy mafii węglowej tak, by dobrać się do Blidy?
Gdyby w 2005 r. cokolwiek wskazywało, że Blida mogła popełnić przestępstwo, postawiłbym jej zarzuty. Dla mnie nie miało znaczenia, skąd kto jest. Jedyną sprawę, jaka mogła budzić wątpliwości, skierowałem do urzędu skarbowego. Byłem zdeterminowany, by dobrać się do mafii węglowej. Wszyscy wiedzieli, że w kierunku politycznym tej sprawy nie poprowadzę.
A było takie oczekiwanie?
W jaki sposób wykorzystywano postępowania, widać na przykładzie pani Blidy.
Uważa pan, że to ze względu na pana nastawienie do sprawy węglowej powierzono ją innemu prokuratorowi?
Ja nie dawałem przełożonym gwarancji, że dostaną to, czego najbardziej oczekiwali, czyli politycznej głowy. Bezpośrednim powodem było nastawienie do mnie prokuratora Sieraka. To na jego wniosek zostałem odwołany z funkcji kierownika działu śledztw w grudniu 2005 roku. To za jego sprawą zostałem też delegowany najpierw do prokuratury w Siemianowicach Śląskich, a potem do Cieszyna. To nie był dla mnie awans. Uzasadnienie było takie, że prokuratura w Cieszynie wymaga wzmocnienia sprawnymi prokuratorami. Wtedy postępowanie związane z wypadkiem nie było obciążające. Kiedy w zeszłym roku odszedłem z prokuratury w stan spoczynku i uzyskałem wpis na listę adwokatów, sprzeciw wniósł minister sprawiedliwości. Jednym z argumentów było niedawanie przeze mnie rękojmi nieskazitelności charakteru. Sprzeciw w imieniu ministra podpisała zresztą Beata Kempa. Sąd uchylił ten sprzeciw, jako bezzasadny.
Kto tak dążył do wyciągnięcia sprawy Blidy? Prokurator okręgowy Krzysztof Sierak? Prokurator apelacyjny Tomasz Janeczek? I Sierak, i Janeczek byli tylko wykonawcami. W katowickiej prokuraturze nie działo się nic bez wiedzy i akceptacji samej Warszawy.
Czyli kogo? Ministra Ziobry? Szefa ABW Bogdana Święczkowskiego?
To prawda, że Święczkowski ustawiał wszystko na Śląsku, ale wszystko konsultował z Ziobrą.
To, co pan mówi, pozwala na wniosek, że sprawę wypadku wykorzystywano do nacisków na pana. Dlaczego nie opowiedział pan tego przed komisją śledczą?
Naciski to może złe sformułowanie, czułem presję – że jeśli nie będę robił tego, czego się ode mnie oczekuje, to karierę mam załatwioną. Przed komisją o tym nie mówiłem, bo nikt mnie o to nie pytał, choć miałem nadzieję, że takie pytania padną.
Nie skorzystał pan z możliwości swobodnej wypowiedzi.
Sam o tym mówić nie chciałem. Nie chciałem stwarzać wrażenia, że mówię coś w swojej własnej sprawie. Ktoś mógłby mi postawić zarzut, że chcę wywierać nacisk na sąd.
Teraz też może paść taki zarzut. Tylko że teraz sprawa już została ujawniona i nie ma sensu dalej udawać, że wszystko było w porządku, skoro nie było.
Zdaje pan sobie sprawę, że po tej rozmowie może się pan spodziewać ponownego wezwania przed komisję?
Biorę to pod uwagę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA