fbTrack

Styl życia

Pociąg do kolei

Rzeczpospolita
Rzadko można zobaczyć równocześnie gagarina i ludmiłę. A muzykom Grzegorza Turnaua udało się to, gdy wracali ze wspólnego koncertu w Bydgoszczy
Jak cyklop wyłoniła się zza zakrętu. Oślepił ich ogromny reflektor. – To ludmiła – krzyknął Michał Jurkiewicz, pianista, i natychmiast zawrócił. – Gonimy ją do przejazdu kolejowego – rzucił. Łukasz Adamczyk, gitarzysta basowy, który siedział na przednim siedzeniu, nie zdziwił się. Wie, że ludmiłę trudno spotkać. Jurkiewicz mocno nadepnął na pedał gazu. Żeby po ciemku zidentyfikować, co ciągnie za sobą lokomotywa, musieli się jak najbardziej do niej zbliżyć. Okazało się, że ciągnęła na złom starego, odrapanego gagarina. – Michał zna symbole lokomotyw i slangowe nazwy nie tylko ich, ale i wagonów. Nic dziwnego, że przy nim odżyła też moja pasja do kolei – opowiada Łukasz Adamczyk. – Grzegorz Turnau o swym akompaniatorze wręcz mówi per „kompletny świr kolejowy”. – Po koncercie wszyscy marzą o wygodnym łóżku, a on idzie na dworzec lub do lokomotywowni – opowiada Turnau. – I nie chodzi tam pić wódkę, ale podotykać i pooglądać z bliska maszyny. To dobre wariactwo. Przekłada się na muzykę. Pozwala uciec od tak zwanej normalności. Michał widzi świat nietypowo, ma poetyckie poczucie absurdu – twierdzi Turnau.
Michał Jurkiewicz wsiada do byle jakiego pociągu, kiedy ma tylko trochę czasu. Oprócz Łukasza Adamczyka często dołącza do niego Leszek Szczerba, saksofonista. – Czy jedzie teraz jakiś pociąg? – pyta w kasie Michał. – W jakim kierunku? – dopytuje się kasjer. – Obojętne – odpowiada Jurkiewicz. Ważniejsze, kiedy wraca, żeby zdążyć na próbę lub koncert. – Jadąc, śledzę prędkości szlakowe, wskazania semaforów, mijane stacyjki – opowiada Jurkiewicz. Adamczyk podróżuje podobnie: – Rumunem jechaliśmy bocznym szlakiem z prędkością 40 km na godzinę – opowiada gitarzysta. – Patrzyłem, jak wiatr zwiewa na tory jesienne liście. To było przeżycie kontemplacyjne, wręcz metafizyczne – mówi. Jedynie Leszek Szczerba, choć bierze udział w kolejowych eskapadach, zachowuje wstrzemięźliwy entuzjazm. – To nie mój świat. Ja raczej jestem fanem dziecięcej radości Michała – tłumaczy. – Trzy lata temu, jadąc na urodzinowy koncert Grzegorza Turnaua do Inowrocławia, zauważyliśmy na bocznicy stacji kolejowej kilka nieczynnych gagarinów. Wieczorem po koncercie poszliśmy przyjrzeć się im bliżej. Niestety, mechanik z warsztatu Paweł Olejniczak powiedział, że będzie to możliwe, dopiero gdy uzyskamy pozwolenie w Dyrekcji Generalnej PKP SA w Warszawie. Jurkiewicz jednak nie dał za wygraną. Pomyślał, że skoro nie można ich z bliska obejrzeć, to może da się coś o nich dowiedzieć i zapytał: „Dlaczego w Polsce jeździły gagariny z dwusuwowymi silnikami Diesla, a w krajach ościennych z czterosuwowymi?”. I lody puściły. Paweł zdumiony wiedzą przypadkowego gościa pokazał muzykom wszystkie lokomotywy, opowiedział o czasach świetności kolei, kiedy sam był maszynistą. Pozwolił nawet sfotografować gagariny. Z czułością opowiadał o zaletach i budowie swojego ulubionego gagarina z numerem bocznym 292, na którego inowrocławscy kolejarze mówią „Tuptuś”. Siedzieliśmy tam przez całą noc, aż do białego do rana – wspomina Szczerba. – To wtedy dostałem od niego ogromne klucze z jego prywatnej kolekcji. Jeden z nich służył kiedyś do przykręcania śrub przy wiązaniach parowozów – dodaje Jurkiewicz. Takie znajomości pianista ma w lokomotywowniach Jasła, Szczecinka, Rzeszowa, Olsztyna, Białegostoku, Węglińca, no i oczywiście Krakowa – wszędzie, gdzie występuje z Turnauem, czasem z Piotrem Nalepą Brekaut Tour lub okazjonalnie z Anną Serafińską. Oczywiście nie tylko podczas muzycznych tras Michał Jurkiewicz zwiedza kolej. Wyszukuje miejsca, gdzie jeszcze są stare obrotnice (urządzenia służące do przestawiania lokomotywy – mają kształt gramofonowego talerza) czy żurawie do nawadniania parowozów, i do nich jedzie. Zwiedził już kilkadziesiąt lokomotywowni. Czasem bierze udział w wycieczce Klubu Miłośników Kolei. – Z Tarnowa do Szczucina od dawna nie kursuje żaden pociąg, ale z Klubem przejechałem tę trasę historycznymi wagonami – opowiada. Kolejowego bakcyla połknął jako sześcioletni chłopiec. – Dziadek zabierał mnie często na stację Rzeszów-Osiedle. Oglądaliśmy lokomotywy, składy pociągów i ich manewry. Potem wsiadaliśmy do któregoś z nich i jechaliśmy przeważnie do Jasła. Po czym zaraz wracaliśmy do domu – opowiada. Do dziś, kiedy przyjeżdżam do rodziców, zawsze odbywam podobną podróż trwającą około godziny. Wsiadam do pociągu w Rzeszowie i na stacji Strzyżów, gdzie mijają się pociągi, przesiadam się i jadę z powrotem. Stacja Rzeszów-Osiedle podupadła od czasów moich wędrówek z dziadkiem: jest częściowo spalona i przeznaczona do rozbiórki. Poświęciłem jej cały utwór, który znajdzie się na mojej pierwszej autorskiej płycie – opowiada Jurkiewicz. Grzegorzowi Wąsowiczowi, studentowi zarządzania i marketingu na Uniwersytecie Opolskim, miłość do kolei zaszczepił tata. „Zabierał mnie na spacer na stację kolejową i oglądaliśmy loki, składy, przyglądaliśmy się i zapewne to przyczyniło się, że kilka lat temu zacząłem być »MK« na szeroką skalę” – napisał Wąsowicz na stronie internetowej miłośników kolei. „MK” jest też Wojciech Groborz, wykładowca improwizacji i harmonii jazzowej w krakowskiej Akademii Muzycznej. – Dziś głównie zgłębiam teorię organizacji kolei, studiuję jej historię i oglądam w Internecie układy stacji amerykańskich. Ale jeszcze kilka lat temu z Jackiem Chruścickim, gitarzystą, wałęsaliśmy się po stacjach, np. krzeszowickiej, i czekaliśmy na przetaczanie parowozów. W stanie wojennym, kiedy telefony były nieczynne, korzystaliśmy z połączeń kolejowych, za dyskretnym przyzwoleniem pracowników PKP, które wtedy łączyło się swą wewnętrzną kolejową linią z całą Polską – opowiada Groborz. Muzycy nauczyli się też wtedy znaczenia sygnałów kolejowych i drogowych związanych z koleją, żeby wiedzieć, dlaczego pociąg, którym jadą na koncert, staje w polu. Semafor pokazuje nie tylko, czy przejazd jest wolny czy nie, ale też oznacza inne parametry istotne dla maszynisty, np. prędkość, z jaką można jechać na danym odcinku. – Od tego czasu zupełnie inaczej patrzę na podróż koleją – opowiada Groborz. Jeśli tylko jestem w domu, codziennie włączam makietę – przyznaje Michał Jurkiewicz. Stworzenie makiety to jakby próba uwiecznienia odchodzącego świata. Przy czym nie każdy „MK” jest modelarzem. Groborz na przykład nigdy nie zbierał kolejek. Adamczyk, choć kupił parę modeli niemieckich lokomotyw, trzyma je w pudełkach. Makieta Jurkiewicza zajmuje pół dużego pokoju i ma ponad 4,5 metra długości. Muzyk zrobił ją sam dwa lata temu, lekceważąc modelarskie zasady. – Plan torowiska, który narysowałem na papierze, zmieniał się w trakcie układania, podobnie jak ukształtowanie terenu. Stworzyłem krajobraz z mego dzieciństwa, klimaty, które najbardziej lubię. Na makiecie nie ma też drutów, bo po moich torach pędzą kolejki spalinowe i parowe. Wzniesienia i doliny budowałem z desek, sklejki i styropianu wiązanych gipsem. W wielkiej górze, pod którą wyżłobiłem tunel, w skrytce umieściłem karteczkę z zapisem, że ówczesna moja narzeczona Agnieszka zostanie moją żoną – opowiada Jurkiewicz i pokazuje na makiecie biały kościołek ze srebrnym dachem. – Skleiła go niedawno zgodnie ze skalą całości HO, czyli 1:87, już żona Agnieszka. – Nikt nie ma takiej lokomotywy gagarina St44 z bocznym numerem 124, którą dostałem z dwoma wagonikami od Agnieszki w prezencie gwiazdkowym – chwali się Jurkiewicz. Model ściśle odwzorowuje prawdziwą lokomotywę. Ten model, podobnie jak pozostałe, produkują tylko niemieckie i austriackie firmy, takie jak Fleischman, Gützold czy Roco. Aby wyprodukowany przez nie model odpowiadał lokomotywie jeżdżącej po polskich trasach, trzeba było zrobić konwersję, co jest zabiegiem drogim. – Przeróbka polega na zmianie malowania i dołożeniu szczegółów, których nie ma w wersji producenta. I tak przy gagarinie wykonanym przez firmę Piko wynajęty modelarz zmienił reflektory zwane wiadrami (ze względu na kształt) i dorobił wentylator z kratką na dachu lokomotywy, dodał charakterystyczne bufory i naturalne napisy. Przez lupę widać, że na lokomotywie wisi tabliczka z napisem „Zakład Taboru Czechowice-Dziedzice”. I tak powstał egzemplarz unikat. Gagariny produkowane były przez Woroszyłowgradzką Fabrykę Lokomotyw w latach 1966 – 1980 i wiele z nich jeździło w PKP. – W ZSRR miała oznaczenia M-62 i zwana była przez rosyjskich kolejarzy maszką, ta z symbolem SU45 – suką – opowiada Jurkiewicz. – Kriegslokomotive o symbolu BR-52, a w wersji polskiej Ty-2, stworzona przez Hitlera na potrzeby wojskowe, to lokomotywa parowa, która pracowała jeszcze u nas do 1992 roku w ruchu towarowym – opowiada muzyk o modelu, który w jego miniświecie ciągnie skład: cysternę i parę wagonów z gwoździami. Jurkiewicz ma też piętrowe oliwkowe wagony osobowe zwane bipami, produkowane przez VEB Waggonbau Görlitz w dawnym NRD, które u nas w kraju jeździły w dwóch wersjach, ze skośnym i z prostym dachem. – Bipy, produkowane w latach 30. ubiegłego stulecia, przypisane były zawsze do drugiej klasy i miały między sobą charakterystyczne harmonijkowe przejścia brezentowe, obecnie zastąpione gumowymi wałkami – wyjaśnia Jurkiewicz. Takimi bipami ciągniętymi przez lokomotywę spalinową przyjechali goście z kościoła w Czarnej koło Końskich na nasze wesele – opowiada pianista, właściciel dwóch niezależnych szlaków kolejowych dowolnie sterowanych. Puszczając równocześnie dwa składy pociągu, trzeba uważać, aby nie spotkały się na jednym torze. To grozi katastrofą, wykolejeniem się lokomotywy i wagoników. Co wtedy? – Biegnę po aparat fotograficzny i robię zdjęcie sytuacji, badam jak komisja przyczyny kolizji: czy prędkość była za duża, czy źle spięte składy? Na szczęście u mnie nigdy nie ma ofiar w ludziach – konstatuje. Na miniszlaku jest wiele zieleni: naturalne gałązki imitują krzewy, a wysuszony mech z lasu udaje korony drzewek. Przy trasie widać światła w domach, szklarni, nastawni, budce dróżnika i dworcowym barze. W magazynie na węgiel z bocznicą stoi kozioł oporowy (to zakończenie toru, które nie pozwala wagonowi zjechać z szyn na ziemię). Trasa ma pięć rozjazdów, trzy skrzyżowania i pięć tuneli. Miniświat waży 150 kilogramów i jest sterowany analogowo. W przyszłości będzie sterowany elektronicznie przez cyfrową centralę. Do tego każda lokomotywa musi mieć dekoder. – Rumun chrapie. Poza tym jest smutny, w każdym razie sprawia takie wrażenie przez opuszczone reflektory. Inne lokomotywy, kiedy jadą, są dziarskie i wesołe – mówi Agnieszka, żona Jurkiewicza. Zdążyła już przy mężu nauczyć się rozpoznawać maszyny po wydawanych przez nie odgłosach. – Bo rumun ma silnik niskoobrotowy, a dziarski gagarin ma dwusuwowego diesla, który ma apetyt na paliwo i olej – wyjaśnia jej Jurkiewicz. Gagarin dodatkowo potwornie kopci i wydaje charakterystyczne dźwięki, przez które zwany jest bębnem tajgi – opowiada. Kiedy Michał Jurkiewicz i Agnieszka Konieczna mieszkali w domu studenckim Akademii Muzycznej przy ul. Przemyskiej w Krakowie, na pobliskich torach na nasypie stawał pociąg pod semaforem. Chcą, żeby i dziś tak było za ich oknem. Kupili już 30-arową działkę na granicy Przybysławic w gminie Zielonki pod Krakowem i uzgodnili z sąsiadem, że będą mogli puścić przez jego łąkę 200 metrów torów, by przetoczyć małą (30 ton!) lokomotywę manewrową SM03 z barierką. Lokomotywa taka, zwana także przetokową, służy na stacjach rozrządowych do przepychania wagonów, a barierka ogranicza mały pomost i chroni maszynistę przed upadkiem przy gwałtownym hamowaniu. Wycofana z obiegu maszyna jest na chodzie i Michał niebawem ją kupi. – W ogródku będzie zegar z prawdziwej stacji, który teraz wisi u nas w mieszkaniu, semafor wjazdowy i wyjazdowy, koniecznie kształtowy (który jest też świetlny) i z podnoszonymi ramionami (jednym lub dwoma). Zbuduję też maleńki peron, przejazd ze szlabanem i budką dróżnika – zdradza plany Jurkiewicz. – A przy tym wszystkim stanie nasz dom. Tory i parowóz będą pierwsze. Resztę będę budować równocześnie. Dwa lata temu Grzegorz powiedział, że jeśli Michał nie nagra płyty, wyrzuci go z zespołu. – A ja właśnie robiłem makietę i nagrałem tylko dwa utwory. – Jak tam płyta? – spytał Turnau ponownie i wiedziałem, że muszę wziąć się do pracy. – To była taka żartobliwa presja – wyjaśnia Grzegorz Turnau, który na płycie Jurkiewicza „Śrubki” występuje gościnnie w jednym utworze „Jak kochać, to namiętnie” ze słowami Jana Brzechwy. – Śrubki scalają dwa światy: muzyki i kolejowy – wyjaśnia tytuł swojej płyty autor. Płyta Jurkiewicza, która ukaże się w czerwcu, w większości zawiera utwory poświęcone kolei. Krążek wyróżnia akustyczne brzmienie takich instrumentów, jak piano Fendera, syntezator moog czy organy Hammonda, których muzyk użył. Zdjęcia Bartosz Siedlik
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL