Sport

Wokół kasy

Niedawno Brytyjczycy zmienili kapitana daviscupowej reprezentacji. Peter Lundgren, ekstrener Kafielnikowa i Federera, opłacany według gazety „The Guardian” sześciocyfrowo („paid a six-figure salary”), obraził na zgrupowaniu lokalnych kolegów po fachu, a potem złożył rezygnację.
Na miejsce Szweda pion szkolenia Lawn Tenis Association (LTA) wymyślił Amerykanina Paula Annacone. Referencje też luksusowe, a pensja naturalnie jeszcze wyższa niż nerwowego poprzednika. Takie starania wyspiarzy, by już, zaraz, najlepiej jutro, nawiązać do czasów świetności Freda Perry’ego, przypominają jednak bicie głową o ścianę.
Po każdym Wimbledonie kasa federacji wzbogaca się o kilkadziesiąt milionów funtów (rok temu było to 25 milionów). Gdyby ktoś zadał sobie trud i podliczył, ile przez ostatnie 15 lat z tego oceanu pieniędzy wydano, a zwłaszcza jaki był efekt tych wydatków dla brytyjskiego tenisa, wykazanie marnotrawstwa w skali światowej byłoby sprawą dziecinnie prostą. Tymczasem u sąsiadów, po drugiej stronie kanału La Manche, sytuacja pod tym względem jest diametralnie odmienna. Francuzi też mają słynny turniej wielkoszlemowy, dochody z Roland Garros są porównywalne do wimbledońskich, lecz do kasy ich federacji trafiają kwoty zdecydowanie większe, bo federacja tenisowa (FFT) jest bezpośrednim organizatorem imprezy, u Anglików zaś o wysokości dywidendy dla LTA każdorazowo decyduje kierownictwo prywatnego klubu. Oprócz tego Francuzi – w przeciwieństwie do Anglików – mądrze te swoje ogromne pieniądze wydają.
Podczas turnieju ATP w Estoril przyglądałem się uważnie, gdy z Rosjaninem Dawydienką walczył przez trzy sety Marc Gicquel. Pokonany jest tenisistą z szerokiej kadry trójkolorowych, mimo że ma już skończone 31 lat. Jak przystało na syna profesora fizyki z Bretanii i kogoś, kto sam skończył studia, na korcie cały czas myśli. Wszędzie powiedziano by, że za stary na wyczyn i nie ma sensu w niego inwestować. W królestwie prezydenta FFT Christiana Bimesa ktoś zdecydował inaczej, dał mu szansę. Marc może zdąży jeszcze zostać reprezentantem, może nada się tylko na sparingpartnera, ale niewykluczone, że już wkrótce, jako trener, odda to, co otrzymał. Dwa dni później na zielonoszarym korcie w Charleston można było obejrzeć Alize Cornet. Ta efektowna 18-latka z Nicei najpierw była objawieniem turnieju w Amelia Island, gdzie dotarła do półfinału, tydzień później fantastycznie walczyła o finał w imprezie pierwszej kategorii z Sereną Williams. Francja jest potęgą kobiecego tenisa, ale największe gwiazdy ostatnio przygasły, więc młoda dama z rakietą i w wielkiej formie jest dla gospodarzy Roland Garros niczym wyśniony prezent pod choinkę. Oczywiście nie ma w tym wszystkim przypadku. W kraju, gdzie najlepiej na świecie zorganizowano szkolenie tenisowe, kwestią czasu jest awans na szczyt kolejnych utalentowanych zawodników. „Nic się tu nie da zrobić, bo nie ma pieniędzy” – usłyszałem w stołecznym klubie piosenkę działacza w starym stylu. Korty zielone od mchu, bałagan i paskudny stan szatni rzeczywiście świadczyły, że w klubie nie dzieje się dobrze. Ale nie o pieniądzach sobie pomyślałem, lecz o tym, że tam, gdzie nie ma mądrego gospodarza, nawet wagon z gotówką nie wystarczy, by ruszyła tenisowa produkcja na wysokim poziomie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL