Opinie

Rozbiór jedyną szansą dla Polski

Maciej Rybiński
Fotorzepa, Darek Golik
Po przeprowadzeniu rozbioru Polacy znów mogliby być Chrystusem narodów i natchnieniem dla Europy, a nie jej obstrukcją – pisze Maciej Rybiński
Siedziałem sobie przy kawie i rozmyślałem o losach świata. A ponieważ musiały to być z konieczności rozmyślania ponure, paliłem, studiując równocześnie ostrzeżenia na paczkach papierosów. Palenie powoduje śmierć, raka, impotencję i wreszcie, generalnie, szkodzi. Nieszczęsny los indywidualnego palacza splótł mi się ze zbiorowym nieszczęściem ludzkości i dlatego apeluję do odpowiednich czynników o dodanie jeszcze jednego napisu, jeszcze jednego mane, tekel, fares na papierosach: "Palenie powoduje ocieplenie klimatu". Przecież to oczywista prawda i dotyczy nie tylko papierosów. Palenie czegokolwiek powoduje wzrost temperatury, zarówno lokalnej, jak i globalnej. W ten sposób zwróci się uwagę osób lekkomyślnych na dwa jednocześnie problemy: szkodliwość nałogu i szkodliwość cywilizacji.
A globalnie nie jest dobrze. Grozi nam zdecydowanie apokalipsa. Można to poznać po wielkim wysypie proroków katastrofy ostatecznej. Liczba książek przepowiadających głód powszechny, susze i zatapianie kontynentów, eksplozję demograficzną, wojny nuklearne, a jak autor jest bardziej ograniczony umysłowo, to tylko zderzenie Ziemi z kometą, rośnie lawinowo. Cynik powiedziałby, że można nareszcie na czymś zarobić. Ale przecież nie chciwość, tylko autentyczna troska o losy świata musiała spowodować, że odezwał się znów sędziwy Alvin Toffler, sławny niegdyś autor "Szoku przyszłości", człowiek o ustalonej renomie profetycznej, i przepowiedział za lat 30 – a więc już po swojej śmierci – wyczerpanie światowych zapasów ropy naftowej. Podlasie stałoby się polskim Piemontem. Wydziedziczony przez Prusaków Jan Kulczyk zamieszkałby w wozie kempingowym. A Jan Pietrzak przeniósłby się z kabaretem do Krakowa... Tego samego dnia, w którym "Dziennik" opublikował Apokalipsę według Tofflera, agencje doniosły o odkryciu największych na świecie złóż ropy w Brazylii. Ale Toffler niepotrzebnie się tak zabezpieczył. Przecież nikt by mu nie wypomniał fałszywego proroctwa, jak nikt (poza mną) nie szydzi sobie z raportu Klubu Rzymskiego, który niedawno tu przypomniałem. Nikt nie przypomina też światowej sławy socjologowi wydanego w 1990 roku dzieła "Powershift" z prognozami dla ludzkości na wiek XXI. Świetna lektura, bardzo orzeźwiająca. Nawet pijanego może przyprowadzić do wytrzeźwienia. Przepowiednie Tofflera dotyczące naszych okolic geograficznych po upadku komunizmu były, z wielką pewnością siebie, następujące. Powszechne konflikty ekonomiczne, wojny domowe w państwach bałtyckich krwawo tłumione przez Związek Radziecki (który naturalnie przetrwał) z udziałem Polski toczącej równocześnie wojnę terytorialną z Niemcami, wojna między Węgrami i Rumunią. Tylko na Bałkanach miał być względny spokój. To scenariusz militarny. Pokojowy ułożył Toffler niewiele lepszy. Kolonizacja Europy Środkowo-Wschodniej przez Niemcy i zatrzymanie rozwoju tego regionu na fazie dymiących kominów fabrycznych. To znaczy przeniesienie całej uciążliwej dla ludzi i środowiska produkcji do Polski i jej sąsiadów. Niemcy, po przejęciu stacjonujących w NRD rakiet nuklearnych SS-20, zostały mocarstwem atomowym, wypchnęły USA z Europy i jako żandarm europejski tłumią bunty i niepokoje w Europie Wschodniej. Świat okazał się być trochę bardziej subtelny od swego sztandarowego proroka. Kiedyś mówiło się – ruch jest wszystkim, cel niczym. Teraz mamy do czynienia z nową formułą – powód jest niczym, walka wszystkim. Powód może być kretyński, absurdalny, ale walka jest na serio, na noże, na pałki ontologiczne i zwykłe. W końcu nikt już nie pamięta, od czego się zaczęło i o co chodziło. Najważniejsza jest konsekwencja. Prać wroga po zębach. To samo jest w polityce. Od czasów Arystotelesa podstawowa definicja polityki się nie zmieniła. Polityka to sztuka zdobycia i utrzymania władzy. Czas by już wreszcie przewietrzyć tę antyczną staroć. Dziś polityka jest sztuką szukania i znajdowania winnych. To jedyna logiczna i absolutnie poprawna definicja współczesna, ponieważ wszystko w polityce zaczyna się od znalezienia winnego. A ostatnio także na tym się kończy. Zresztą słusznie, bo jak się już ma winnego, to nie trzeba nic więcej robić, tylko znalezione gnębić i zwalczać, dając tłumom prawdziwą satysfakcję moralną. To powód, dla którego we wszystkich wystąpieniach publicznych i we wszelkich mediach PiS bije na głowę stopniem zainteresowania, częstotliwością występowania i głębią analizy jeszcze wiele miesięcy po przegranych wyborach zwycięską Platformę. Która na razie może się pławić w miłości, bo jeszcze nie jest niczemu winna. Platforma Obywatelska razem z rządem, który konstytuuje – a piszę to z prawdziwą troską, bo to w końcu mój rząd – wpisuje się w nurt ugrupowań lewicowych. Wiem, że na to określenie sporo polityków PO, uważających się jeśli nie za konserwatystów, to za liberałów, obruszy się i żachnie. Trudno, ale ja na swój użytek, przy całej dzisiejszej nieostrości pojęć lewica i prawica, korzystam z definicji George'a Orwella, który określił myślenie lewicowe jako obarczone wiarą, że to, co jest, będzie trwało wiecznie. Lewicowość PO ujawnia się choćby w działalności ustawodawczej opartej na założeniu, że obecny układ jest spetryfikowany na zawsze. Stąd wysiłki dostosowania na przykład mediów publicznych nie do potrzeb społecznych, tylko do konfiguracji politycznej. Dokładnie tak samo jest z prorokami wszelkich katastrof globalnych. Swoje przepowiednie wywodzą z przekonania, że generalnie to, co jest, będzie wieczne. Takie jest pierwsze założenie wszystkich proroctw i sam Toffler, pisząc "Powershift", nie odważył się, może nie mógł, przepowiedzieć w roku 1990 rozpadu i likwidacji ZSRR. Nie mam w sobie kwalifikacji na proroka, ale mam pokusy. Ułożyłem sobie więc, jako niepoprawny optymista, pozytywne proroctwo dla Polski, którego realizacja pozwoliłaby odnaleźć się Polakom w dzisiejszym chaotycznym świecie, znaleźć pozytywne ujście dla energii społecznej i odbudować zdrowego ducha narodowego. Nie przewiduję, że się tak stanie – na to jestem za skromny – ale uważam, że w najbliższych latach konieczny jest kolejny rozbiór Polski. Między wszystkich sąsiadów. Wielkopolska i Pomorze do Niemiec, Śląsk w ramach sprawiedliwości dziejowej do Czech, Mazury do Królewca, Suwalszczyzna do Litwy, Podlasie do Białorusi, Rzeszowszczyzna do Ukrainy, Podkarpacie do Słowacji, a Kraków do Austrii. Jakaż to piękna perspektywa dla odrodzenia się ducha narodowego i pracy od postaw. Znów Polacy mogliby być Chrystusem narodów i natchnieniem dla Europy, a nie jej obstrukcją. Podlasie, poddane reżimowi Łukaszenki, stałoby się polskim Piemontem. Wydziedziczony przez Prusaków Jan Kulczyk zamieszkałby w Poznaniu w wozie kempingowym. Jan Pietrzak przeniósłby się z kabaretem do Krakowa. Zrobiłoby się parę powstań, namnożyło męczenników i znów byłoby czarownie. Wolność stanowczo nam nie służy. Nie umiemy jej zagospodarować skutecznie. Nie możemy wybudować przez tyle lat autostrad, ale na hasło patriotyczne w ciągu jednej doby dałoby się spontanicznie postawić barykady na wszystkich polskich drogach. Na takiej barykadzie Janusz Palikot bez wahania własną piersią osłoniłby Lecha Kaczyńskiego przed wrażą kulą i zmarł z okrzykiem "niech żyje prezydent!" na ustach. Tego nam trzeba. Rozmawiałem niedawno z pewnym anestezjologiem o służbie zdrowia i powiedział mi, że jest gotów stworzyć najlepszy oddział doraźnej pomocy na świecie, pod warunkiem że będzie to oddział konspiracyjny, sprzeczny z prawem i tropiony przez siepaczy. Bardzo mu wierzę. A czy nie mielibyśmy lepszej, uczciwszej prasy, gdyby w warunkach ostrej cenzury była podziemna? Kto by się chciał narażać na ostracyzm środowiskowy, komponując laurki dla władzy? Czytam właśnie bardzo pouczające wspomnienia Jerzego Odrowąża Pieniążka ("Więcej niż świadek", Iskry, polecam lekturę) i jakimś ponurym echem w roku 2008 dociera do mnie głos autora o roku 1918: "...na młodym organizmie państwowym od samego jego początku zagnieżdżał się typ ludzi bez czci i wiary, którzy tylko we własnym lub swej kliki interesie, pseudointeresie, pracowali, a właściwie rabowali, co się dało. I źle było z tym, kto się ośmielił naruszyć ów porządek, starał się o naprawę, gdyż w jednej chwili zgraja szakali rzucała się na niego". Skoro w dniach wolności wszystko się tak powtarza, nawet oddzielone przez stulecie, to pewnie i zniewolenie wyzwoliłoby znów najszlachetniejsze cechy Polaków. Skoro walka jest i tak nakazem chwili, miejmy przynajmniej dobry powód. Dlatego stawiam wniosek o rozbiory. Chcę się, jako Polak, poczuć znów u siebie. Jak nas w porę nie rozbiorą, zostaniemy goli i bosi. Autor jest publicystą i felietonistą dziennika "Fakt"
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL