Styl życia

Uliczni cudacy

Rzeczpospolita
Nie zapomnę wrażenia, jakie wywarli na mnie paryscy połykacze ognia, żonglerzy i innej maści dziwolągi, kiedy po raz pierwszy – a było to w 1979 roku – stanęłam przed Centre Pompidou. Niespodziewanie jarmark cudów odżył u stóp świątyni sztuki.
Na placu między Halami a muzeum trwał wyścig o uwagę przechodniów zdobywaną zręcznymi chwytami. Obok, w galeriach, odbywał się popis najnowocześniejszych koncepcji wystawienniczych.
W ostatnich latach cyrk na Beaubourgu (to w tej dzielnicy stoi Centrum Pompidou – red.) oklapł, zbladł. W innych cywilizowanych miejscach świata publiczność straciła zainteresowanie popisami rodem z lunaparku. Natomiast wciąż sprawdza się siła przyciągania przebierańców „stylowych”, nawiązujących wyglądem do charakteru obiektu, pod którym rezydują. „Średniowieczni” trubadurzy zawsze będą mile widziani na podwórcu zamku Warwick, mozartopodobni naganiacze – w okolicy wiedeńskiej opery, a arlekin w maskach nad Canal Grande.
Niedawny weekendowy wypad do Krakowa wprawił mnie w zdumienie. Takiego natężenia przebierańców w stylu zupełnie nie a propos nie widziałam dotychczas nigdzie. Piękna pogoda, tłumy turystów i lokalnych niedzielnych spacerowiczów, a między nimi – cudaki, klauni, samorodni artyści i wszelkiej maści naciągacze. Nie powiem, było to nawet malownicze. Jakbym znalazła się w wesołym miasteczku. Brakowało karuzeli, huśtawek i diabelskiego młyna. Zresztą nie wątpię, że wkrótce ktoś na taki pomysł wpadnie – przecież Rynek Główny to całkiem spory plac. Można by sporo zarobić… Na trasie między Grodzką a Floriańską najpierw zaczepiło mnie trzech pijaczków, domagając się datku na kolejne trunki (bo już nie wstyd się przyznać do kwesty „na piwo”). Potem potykałam się o galerię typów, jakiej Fellini by nie wymyślił. Najpierw człowiek cały ubrany na żółto z pomalowaną na purpuro twarzą wdzięczył się do dziecka, namawiając na wspólne zdjęcie. Dalej mężczyzna w sile wieku, udający skałę uformowaną na podobieństwo pioniera podbijającego Dziki Zachód. Ten, nie wiedzieć czemu, miał całą gębę w złotej farbie. Może aluzja do cennego kruszcu? Następnie przebiegła koło mnie kobieta w czarnym trykocie i z uczernionym obliczem. Dookoła bioder spódniczka z rafii, w miejscu piersi – dwa dyndające wałki. Jakiś maluch na jej widok rozdarł się donośnie. Uspokoił się, gdy matka skierowała jego uwagę na puszczacza gigantycznych baniek mydlanych. Z wizualnymi atrakcjami konkurowali aktywiści akustyczni. Z jednej strony rynku ktoś improwizował na cymbałkach skoczny utwór, z drugiej – trębacz podgrywał do melodii „Mały kwiat”, a pośrodku ruski człowiek zawodził „Bradiagę”. Kilka kroków dalej rodzima Janis Joplin chrypliwie interpretowała przebój „O, Ela, straciłaś przyjaciela!”, akompaniując sobie na gitarze. Kakofonia osiągnęła szczyt o pełnej godzinie, gdy z wieży mariackiej rozległy się dźwięki hejnału. Kraków pożegnał mnie gitarowym brzdąkaniem w wykonaniu młodziutkiej Cyganki, której towarzyszył puchaty szczeniak. Obydwoje byli schludni, czyści i nie silili się na udawanie czegokolwiek. Co się okazało? Duet cygańsko-szczenięcy był w branży najlepszy. Ku niemu wyciągały się dłonie z datkami, słały uśmiechy pańcie i panowie, podbiegały dzieci. Zarabiali najwięcej, choć na zdrowy rozum nie powinni. Przecież ich umiejętności plasowały się poniżej przeciętnych. Czym więc wygrywali z konkurencją? Niewinnością. Pamiętacie rady starego Pitchuma z „Opery za trzy grosze”? Mistrzem w wyłudzaniu pieniędzy może być ten, kto umie poruszyć we frajerach odpowiednią emocjonalną strunę. Zdolni są do tego tylko wielcy artyści. Jak cygańska małolata ze szczeniakiem.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL