Muzyka

Nie będę udawać, że lubię bitelsów

Amy Macdonald szkocka wokalistka
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Rozmowa z Amy Macdonald. Młoda gwiazda szkockiej sceny opowiada, skąd wziął się szał na brytyjskie wokalistki
Piosenkarki z Wysp Brytyjskich szturmują listy przebojów. Po królującej w 2007 roku Amy Winehouse teraz numerem jeden na świecie jest piosenka "Bleeding Love" Leony Lewis, drugie miejsce zajmuje "Mercy" debiutantki Duffy. Piąta w światowych zestawieniach jest nowa soulowa gwiazda Estelle i jej "American Boy".
Rz: Czy muzyka brytyjska przeżywa chwile świetności? Amy Macdonald: Z nią jest jak z modą, odchodzi i wraca. Teraz nasza scena jest bardzo żywotna, pojawiają się różnorodni artyści. To nowość, bo kilka lat temu w radiu i notowaniach królowały wyłącznie zespoły indie, potem nastała hegemonia hip-hopu i r&b, a jeszcze później – dominacja dance. Teraz wszystko się wymieszało i jest na równi akceptowane. To dlatego, że możemy ściągać muzykę z Internetu i nikt nie ogranicza naszych upodobań.
Talent się nie liczy, decyduje przypadek i szczęście Poza serią wokalistek kariery robią też zespoły gitarowe z Wysp. Czy wnoszą do muzyki coś nowego? Większość powtarza cudze pomysły. To normalne – jednej grupie się udaje, a cały tłum chce wskoczyć do wagonu z napisem "sukces". Ale ważne, że wszyscy mają szansę spróbować. Moja kariera jest wynikiem fascynacji muzyką. Nikt mnie nie namawiał, nie występowałam na akademiach, nie marzyłam, by zostać gwiazdą. Znalazłam starą gitarę ojca i miałam szczęście. A talent? Talent nie decyduje, mnóstwo ludzi niczego nie osiąga mimo zdolności. Przypadek sprawił, że mój debiutancki album wskoczył na drugie miejsce list, zdetronizowałam nawet Radiohead. Wśród inspiracji wymienia pani nowe zespoły, jak Travis i The Libertines. Nie chciała pani wiedzieć o muzyce więcej, zanim sama zaczęła pani nagrywać? A po co udawać? Nie ma sensu wykrzykiwać: "Kocham bitelsów", skoro kocham kapele, które powstały dziesięć lat temu. One wcale nie są gorszym wzorcem. Nie chce pani poznawać historii muzyki, jak więc będzie się pani artystycznie rozwijać? A kto powiedział, że muszę się rozwijać? Nie wiem, skąd bierze się przekonanie, że jeśli zrobiłeś coś dobrze, następnym razem musi ci pójść lepiej. Nawet nie myślę o następnym albumie. Większość muzyków popełnia ten błąd – wywierają na siebie presję, a pisać trzeba wtedy, kiedy ma się coś do powiedzenia. Czy nagły sukces dużo panią kosztował? Owszem, ciągle jestem daleko od domu, sama. Ale każdy trudny moment jest równoważony wspaniałym: informacją, że mój album stał się gdzieś numerem jeden albo że zagram na ważnym festiwalu. I wtedy się podnoszę. Patrzę na koncertowanie jak na każdy inny zawód. Moja mama często wraca do domu, mówiąc: "Miałam paskudny dzień, nienawidzę tej roboty!" Ja robię tak samo. Podobno nie ceni pani popularności. Ale jeszcze niedawno była pani fanką gwiazd. Byłam wielbicielką muzyków, nie otaczającej ich wrzawy. Odniosłam sukces, nie zaprzedając duszy diabłu. Współczuję Amy Wine- house, że stała się ofiarą nagonki. Ale nikt jej nie kazał łazić po ulicy nago z gigantyczną fryzurą. Artyści cieszą się taką sławą, na jaką zasłużyli. rozmawiała Paulina Wilk
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL