Publicystyka

Lekcja Ligi Narodów

Prof. dr hab. Roman Kuźniar
Fotorzepa
Zbrodnicze Państwo Islamskie jest rodzajem pożaru, który zostanie ugaszony. Strategia Rosji jest długofalowym planem zmierzającym do rozmontowania jedności Zachodu – pisze doradca prezydenta RP ds. międzynarodowych.

W stosunkach Zachodu z Rosją weszliśmy w fazę impasu. Żadna ze stron nie jest zadowolona z obecnego stanu rzeczy i nie może ogłosić zwycięstwa, a przy tym przyszłość jest niepewna. Nie wiadomo, co miałoby się zdarzyć dalej.

Rosja zbrojnie zajęła i inkorporowała Krym, zbrojnie kontroluje Donbas. Cena agresji, choć niespecjalnie wysoka, okazała się bardziej dotkliwa, niż Moskwa mogła sądzić rok temu. Stąd taka tam nerwowość i zastraszanie Zachodu, aby spuścił z tonu i czym prędzej powrócił do – jak mówi minister Ławrow – zdrowego rozsądku. Zachód może uważać, że zrobił to, co do niego należało, a nawet więcej. UE i USA nałożyły sankcje, choć raczej chirurgiczne niż strategiczne. NATO wzmacnia swą wschodnią flankę. Dzięki porozumieniu Mińsk 2 konflikt w Donbasie został zamrożony, sytuacja zatem została ustabilizowana na pewnym poziomie. Można zapytać: co dalej?

Część większego planu

Niestety, nie można się rozejść do domów. Wszak obecna konfrontacja Rosji z Zachodem to nie tylko konflikt na „dalekim wschodzie” Europy, który w wielu krajach zachodnioeuropejskich wydaje się nawet bardziej odległy niż problem kurdyjski. Jednak agresja Rosji na Ukrainę to nie przejściowy incydent, po którym europejski porządek bezpieczeństwa może szybko odzyskać stabilność. I nie tylko akt bez precedensu na kontynencie po 1945 roku. To część znacznie większego planu.

Po pierwsze, prezydent Putin nie kryje, że chce odtworzyć imperium w neosowieckim stylu, ze strefą wpływów w krajach przylegających do Rosji. Po drugie, nie kryje także, że chce – a nawet aktywnie działa w tym kierunku – rozerwać spoistość i osłabić UE oraz NATO, w tym ograniczyć wpływy USA w Europie. Wreszcie po trzecie, nie kryje, że obecny porządek w Europie chce zastąpić swego rodzaju koncertem mocarstw, w ramach którego obowiązywać będzie logika power politics i w którym Rosja z racji swej potęgi militarnej mogłaby odgrywać rolę dominującą. Towarzyszy temu nadzwyczajne wzmożenie nastrojów szowinistyczno-mocarstwowych oraz faszyzacja życia politycznego, Putin zarazem nie jest w nastroju do dialogu czy kompromisu. Interesuje go tylko akceptacja przez Zachód jego oczekiwań.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież jeden człowiek stojący na czele, owszem, nawet regionalnego, mocarstwa „plus” nie jest w stanie wysadzić w powietrze porządku międzynarodowego w Europie, który notabene Moskwa po zimnej wojnie współtworzyła. Nie jest w stanie? Przykłady Napoleona, Hitlera czy Stalina pokazują, że jest. Jest w stanie, jeśli może liczyć na pewną współpracę innych, nawet tych z drugiej strony, jak Hitler w Monachium czy Stalin w Jałcie i Poczdamie.

Business first

Otóż to, co może dzisiaj niepokoić, to melodia i tony późnego okresu Ligi Narodów, które słychać w różnych częściach Europy. Ktoś mógłby powiedzieć: jak to? Przecież mamy solidarność UE wsprawie sankcji, ostatnio przedłużonych o kilka miesięcy. To prawda, są sankcje, jest pomoc finansowa i techniczna dla Ukrainy, ale jednocześnie trwają gorączkowe poszukiwania sposobu wyjścia Putinowi naprzeciw. Nie brakuje chętnych do spotkań, w trakcie których zapewniają oni władcę Rosji, że są przeciw sankcjom, że Rosja jest Europie potrzebna, że trzeba robić wspólne interesy, a za kilka miesięcy sprawy zaczną się układać.

W ostatnich dniach wyróżnił się na tym polu premier Włoch, który przed wyjazdem do Moskwy oświadczył, że powie Putinowi, że „chce go mieć w swojej drużynie” – a to w kontekście Libii. Istotnie, w niektórych środowiskach we Włoszech ceni się specjalistów od mokrej roboty, ale w Libii mamy ją za sobą. Dobrze byłoby przy tym, aby w Rzymie krytycznie spojrzano na swoją odpowiedzialność za sytuację w tym kraju, a nie szukano egzotycznych sojuszników dla jej rozwiązania. Jednak w tym przypadku to nie był chyba przejaw dziecięcej naiwności, lecz próba kontynuacji polityki Berlusconiego business first, tym razem w lewicowym przebraniu. Z kolei przewodniczący grupy przyjaźni francusko-rosyjskiej we francuskim parlamencie wzywa do odbudowy partnerstwa strategicznego z Rosją pomimo konfliktu w Europie Wschodniej. Przykładów jest wiele. Zapowiadająca się niby-stabilizacja będzie sprzyjać wyścigowi o względy Moskwy.

Trzeba w tym miejscu głośno powiedzieć, że nie ma konkurencji pomiędzy zagrożeniem z południa – terroryzmem i nielegalną migracją, a ze wschodu. To pierwsze ma charakter asymetryczny i – jeśli nie potrafimy opanować migracyjnego tsunami – cywilizacyjny. To drugie jest natury strategicznej i geopolitycznej. Każdemu z nich powinny odpowiadać inny sposób myślenia oraz inne środki. Warto przy tym pamiętać, że o ile pierwsze zagrożenie jest w dużej mierze zawinione przez Zachód, w tym przez niefrasobliwe interwencje zbrojne, o tyle źródłem drugiego jest powrót Rosji do polityki imperialnej, która uderza w wartości i zasady cywilizowanego porządku międzynarodowego. Zbrodnicze Państwo Islamskie jest rodzajem pożaru, który zostanie ugaszony, strategia Moskwy jest długofalowym planem zmierzającym do rozmontowania UE jako projektu politycznego oraz jedności Zachodu w sferze bezpieczeństwa.

Przypomnijmy, cywilizująca życie międzynarodowe Liga Narodówupadła nie dlatego, że była źle pomyślana, lecz dlatego, że jej zasady zostały zdradzone przez mocarstwa założycielskie w obliczu geopolitycznego rewizjonizmu innego mocarstwa. Ktoś mógłby powiedzieć, że takie porównanie to niczym nieuzasadniona nerwowość. W 1934 roku, czy nawet rok, dwa później, także uważano, że Europie nic nie grozi, że z Berlinem można się porozumieć, jeśli skieruje się jego apetyt na Wschód. Pogląd Johna Mearsheimera, głoszący że należy porzucić mrzonkę o członkostwie Ukrainy czy Gruzji w Unii Europejskiej oraz zaprzestać szerzenia demokracji i praw człowieka na obszarze byłego Związku Sowieckiego, bo to denerwuje Moskwę, ma na Zachodzie wielu wyznawców. Bo przecież z Rosją można robić dobre interesy, bo przecież Rosja jest nam potrzebna do rozwiązywania problemu Korei Północnej, Iranu, walki z terroryzmem itp. Jak pokazuje doświadczenie, nie jest potrzebna.

To prawda, porównanie do Ligi Narodów, jak każde tego rodzaju porównanie, ma ograniczoną wartość, choć zawsze czegoś uczy. Europę nauczyło, że w takich sytuacjach jak tamta i podobnych nie wolno uprawiać polityki appeasementu. Jeśli jednak warto sięgnąć po to porównanie, to dlatego, że wielu zachodnich polityków i ekspertów nie chce słyszeć o powstrzymywaniu (containment) Rosji. Przecież to nie zimna wojna, a Rosja nie jest Związkiem Sowieckim – powtarzają. To oczywiste, ale powstrzymywanie jest logiką, a nie środkiem. Środki i metody trzeba adaptować do okoliczności. Logika powstrzymywania jest tu odpowiednia, przyczyna bowiem jest analogiczna – mocarstwo rewizjonistyczne, które właśnie dokonało agresji, a na jego czele stoi przywódca, który nie waha się używać siły zbrojnej w celach geopolitycznych, o czym świadczą: Czeczenia, Gruzja, Ukraina. Polityk ten nie waha się też straszyć użyciem siły, także nuklearnej, wobec państw, które mu nie zagrażają – ostatnio wobec Danii. Trzeba więcej?

Dwutorowa strategia

Ten lęk przed samym terminem „powstrzymywanie” zdradza niechęć do rozpoznawania sytuacji takiej, jaką jest. I do wysiłku, jakim jest powstrzymywanie. Rzecz nawet nie w wysiłku, wszakże Zachód dysponuje znaczącą przewagą materialną nad Rosją, więc to nie byłoby kosztowne. Rzecz w braku woli i strachu, że może trzeba będzie trochę poczekać na efekty.

To prawda. Jednak Zachód w czasach zimnej wojny potrafił czekać wiele lat. Przypomnijmy raport Harmela przyjęty przez NATO w 1967 roku, który zakładał dwutorową strategię: gotowość do dialogu z blokiem komunistycznym i odstraszanie. Na jego efekty trzeba było czekać 22 lata. Ale było warto. Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania. Polityka powstrzymywania nie tylko ochroniła Zachód, ale i ułatwiła pokojowe historyczne zmiany w bloku komunistycznym i na całym świecie. Jest się więc z czego uczyć, a nie ze strachem odrzucać.

Historia przyznała rację autorom containment, a nie specjalistom od appeasement. Utrzymaniu pokoju służyło to pierwsze, a nie to drugie. Niestety, jeśli nie można liczyć na szybki powrót zdrowego rozsądku w Moskwie, do szanowania przyjętych zobowiązań i powszechnych norm prawa międzynarodowego, to musimy się liczyć z przewlekłym kryzysem w relacjach Zachodu z Rosją. Najbliższe miesiące mogą być rozstrzygające dla wyniku wyzwania, które Putin rzucił Zachodowi.

Z jednej strony trzeba uniknąć zbrojnego incydentu o trudno obliczalnym dalszym ciągu, który może być rezultatem putinowskiego brinkmanship („balansowania na krawędzi wojny”), a co przejawia się we wzmożonej, nierzadko prowokacyjnej, militarnej aktywności rosyjskich sił zbrojnych. Z drugiej jednak nie wolno dać się psychologicznie i politycznie złamać, nad czym pracuje nie tylko Kreml, ale i jego świadomi i nieświadomi sprzymierzeńcy w krajach zachodnich.

Aby przetrwać ten trudny okres, obie lekcje historii są ważne: o upadku Ligi Narodów porzuconej przez swych przywódców oraz o strategii powstrzymywania, które, pomimo trudnych momentów, uratowało i poszerzyło wolny świat oraz pokój w Europie. Nasz kraj był ofiarą polityki appeasement oraz beneficjentem strategii containment, więc wydaje się, że w Polsce nie powinniśmy mieć problemu z wyborem właściwej postawy.

Autor jest kierownikiem Zakładu Studiów Strategicznych UW oraz doradcą prezydenta RP ds. międzynarodowych

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL