fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Spór o in vitro

In vitro po włosku, ale z wyjątkami

Fotorzepa/Waldemar Kompała
Na płaszczyźnie moralnej in vitro nie można akceptować, ale politycy powinni szukać kompromisu politycznego jak najbliższego etyce katolickiej – mówi biskup Jan Wątroba, przewodniczący Rady ds. Rodziny Episkopatu Polski.

Komunia święta dla rozwiedzionych i żyjących w związkach nieformalnych – ten temat dominuje w debacie przed jesiennym synodem w Watykanie. Także polski episkopat ostatnio zajmował się tym tematem. To najistotniejsze sprawy dotyczące rodziny i małżeństwa?

Nie, bo nie zawsze to, co jest nagłaśniane, jest najważniejsze. Ważne tematy często są wypychane na margines. Moim zdaniem teraz wyzwaniem jest przypomnienie całej prawdy o małżeństwie. Musimy mówić o tym, jak Bóg widzi małżeństwo i rodzinę, czyli że jest to związek dwojga ludzi – mężczyzny i kobiety. A w przypadku małżeństwa katolickiego to także obecność łaski sakramentu. Świętego i nierozerwalnego. Ludzie, niestety, gdzieś zagubili sens tego sakramentu i to powinno być źródłem niepokoju. Widać wyraźnie, że ludzie nie szukają potwierdzenia swojego związku w sakramencie małżeństwa. Nie widzą też potrzeby sformalizowania go chociażby przez związki cywilne.

Liczba małżeństw faktycznie spada. Jako jedną z przyczyn wskazuje się lęk młodych ludzi przed wzięciem odpowiedzialności za drugą osobę.

To jedna z wielu przyczyn. Jednak wydaje mi się, że ludzie nie widzą w małżeństwie miejsca dla Boga i dla jego łaski. Tu jest ogromne wyzwanie dla Kościoła. Trzeba się zastanawiać co zrobić, jak wychowywać, jak przygotowywać młodych ludzi do tego, by odkryli, że Bóg chce z nimi iść przez życie i ich umacniać, błogosławić, pomagać. Ale przez łaskę sakramentu.

Kontrowersyjna kampania billboardowa „Konkubinat to grzech. Nie cudzołóż" miała zachęcać do małżeństwa?

Może rzeczywiście tymi billboardami niektóre osoby poczuły się urażone i napiętnowane, ale treść przekazu jest prawdziwa. Konkubinat jest przecież grzechem. Natomiast pewnie samym ukazywaniem i mówieniem o grzechu nie zrobimy zbyt wiele. Jestem zwolennikiem przekazu pozytywnego. Chciałbym, byśmy mówili o pięknie rodziny. Pokazywali ją i po prostu byli.

Co ma ksiądz na myśli mówiąc „byli"?

Jako biskupi i duszpasterze musimy być przy ludziach, którzy są rozwiedzeni, żyją w nowych związkach. Mamy im towarzyszyć, być bliżej nich. Zwracał na to uwagę papież Benedykt XVI. Mówi o tym także Franciszek. Mamy tym ludziom przypominać, że choć nie mogą przyjmować sakramentów, to jednak wciąż należą do Kościoła.

Ale oferta Kościoła jest raczej uboga. Nie tylko w odniesieniu do rozwodników, ale w ogóle dla małżeństw, narzeczonych.

Nie zgadzam się z tym. To, co robimy, nie jest zbyt atrakcyjne medialnie i dlatego głośno się o tym nie mówi. Ale programy ukazujące piękno małżeństwa są w Kościele obecne. Mamy katechezy, organizowane są weekendowe spotkania małżeńskie, spotkania dla zakochanych, narzeczonych. I one cieszą się zainteresowaniem. Bardzo popularne są tzw. randki dla zakochanych. Pozornie nie ma to nic wspólnego z katechezą, rekolekcjami, ale są to miejsca do dialogu i stawiania pytań. I są wcale nierzadkie przypadki, że młodzi, którzy uważali, że są dla siebie stworzeni, po takiej randce się rozchodzą.

I Kościół traci potencjalnych małżonków.

Wcale nie. Wybiegając w przyszłość, mamy po prostu o jeden rozwód mniej. Ci ludzie w dialogu na takiej randce dochodzą do wniosku, że to, co oni nazywali miłością, która powinna zakończyć się małżeństwem, wcale nią nie jest. I im szybciej do tych wniosków dojdą, tym lepiej. Mamy też w Polsce sporo ruchów, wspólnot, inicjatyw duszpasterskich skierowanych dla małżeństw o różnym stażu. Począwszy od tych najmłodszych, po te bardzo dojrzałe. One czasem mają formę terapii, bo czasem się okazuje, że nawet po 30 latach występuje jakiś kryzys.

Często się mówi, że reformy wymaga przygotowanie do małżeństwa.

To prawda. Na pewno trzeba zmienić język. Ten, którym się teraz posługujemy jest zbyt hermetyczny. Wyrażenia, terminy, którymi się posługujemy nie występują na co dzień w języku potocznym. Samym słownictwem możemy ludzi zrazić i zniechęcić. I to jest do zmiany. Ale trzeba też mocniej zaangażować we wszystkie formy przygotowania do małżeństwa osoby świeckie. Na zasadzie świadków. Małżonków, lekarzy, psychologów, terapeutów.

Mówi ksiądz o świeckich, ale jak pojawił się atrakcyjny przedmałżeński kurs internetowy przygotowany właśnie przez świeckich, to powiedzieliście: stop.

Jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy stworzyli ten program, bo on jest naprawdę na wysokim poziomie merytorycznym i faktycznie bardzo atrakcyjny, bo wykorzystuje nowoczesne techniki komunikowania się ze światem. Jako forma pomocnicza może być wykorzystywany w parafiach czy poradniach katolickich, ale nie może zastąpić tradycyjnego kursu przedmałżeńskiego.

Dlaczego?

Bo w przygotowaniu do małżeństwa kluczem jest słowo „spotkanie". Bezpośredni kontakt narzeczonych z księdzem, doradcą życia rodzinnego. To jest spotkanie z Chrystusem przez posługę innych ludzi. A przez internet nie da się tego zrobić. Z drugiej strony nie da się też zweryfikować przyswojenia materiału, wiedzy. Da się to zrobić tylko przy bezpośrednim spotkaniu. Internet jako pomoc tak, ale nie może to być droga na skróty, bo nie mam czasu. Czas zawsze się znajdzie. Kościół – jak mówił abp Henryk Hoser - zdradził Jana Pawła II?

Jeśli mówimy o Kościele jako wspólnocie ludzi ochrzczonych, to niektórzy na pewno zdradzili. Niektórzy teoretycy, teologowie głoszący własne teorie też. Ale w polskim Kościele nauczanie Jana Pawła II jest bardzo mocne. Wszystkie programy duszpasterskie bazują na tym co o rodzinie i małżeństwie mówił papież. Nie odchodzimy od tego.

Po synodzie nastąpi rozłam w Kościele?

Nie. Tu jestem spokojny. Same rozmowy, a nawet różnice zdań są wpisane w logikę poszukiwania prawdy, dochodzenia do niej. Inaczej się nie da. A to, że się różnimy, że są różne głosy, to nie są sygnały rozłamu. Wiemy, że to nie uchwały synodalne wyznaczają kierunki zmian. To jest tylko narzędzie pomocnicze dla papieża, który ostatecznie na podstawie tych rozmów i dyskusji, a także relacji synodalnej zredaguje dokument końcowy.

I wszyscy na tego papieża patrzą i usiłują go rozgryźć, bo jak na razie w tych najbardziej kontrowersyjnych tematach milczy.

Sam czasem stawiam sobie pytanie co myśli papież. Ale nie boję się, bo wierzę w działanie Ducha Świętego.

Mimo zastrzeżeń biskupów parlament przyjął tzw. konwencję antyprzemocową.

Ubolewam nad tym, że głos katolików – których w sensie oficjalnym reprezentują biskupi – nie został wysłuchany. Lekceważenie licznych środowisk, które mówią o niebezpieczeństwach konwencji, to nie jest dobra droga. Uważam, że dokument ten powinien być poddany szerszemu dialogowi. Powinno się sprawdzić jego zgodność z konstytucją i polskim prawodawstwem. Powiedzmy sobie szczerze, że to w istocie jest konwencja przemocowa. Nie ma w tym dokumencie nic nowego, co miałoby zmniejszyć skalę przemocy wobec kobiet. Wszystko mamy uregulowane, ale dobrze wiemy, że konwencja otwiera furtkę dla wprowadzenia groźnych programów. Co więcej, tam się mówi o karalności dla tych, którzy się do niej nie dostosują. Wiemy, że będą jakieś bliżej nieokreślone ciała, które będą miały prawo kontroli wdrażania jej zapisów. To niepokoi. Ale oprócz konwencji mamy jeszcze tzw. pigułkę dzień po i kwestie zapłodnienia pozaustrojowego.

Temat gorący teraz, gdy trwa kampania wyborcza, a rząd przyjmuje projekt ustawy...

I jako biskupi nie możemy milczeć. Mamy prawo do tego, by mówić prawdę. A prawda o in vitro jest taka, że to nie jest leczenie niepłodności. Tu się niczego nie leczy. To jest tylko techniczny zabieg, który sprawia, że komuś – mówiąc brzydko – zostało dostarczone dziecko, którego bardzo pragnął.

Ale jeśli inne metody zawiodły?

Jestem bardzo blisko ludzi, którzy cierpią z powodu niepłodności i latami poddają się terapii. I wie pan, co jest najskuteczniejsze? Modlitwa, szczera modlitwa owocuje poczęciem dziecka. Z osobą św. Jana Pawła II wiąże się wiele świadectw ludzi, którzy nie mogli mieć dzieci, a dziś mają. Jest skuteczna metoda naprotechnologii, którą się wyśmiewa, a jest zgodna z nauką Kościoła.

Przyzna ksiądz, że in vitro potrzebuje ram prawnych. Ale gdy pojawiają się propozycje tychże, Kościół je piętnuje.

Mamy obowiązek mówić o tym, że ta technika wedle nauczania Kościoła jest nie do zaakceptowania. Tego prawa nikt nie może nam odbierać. Ale faktycznie, ten ogromny obszar trzeba jakoś uregulować, bo dziś mamy bezprawie. Nie ma żadnych regulacji. Nie szanuje się godności człowieka, także tego na etapie embrionu.

Możliwy jest kompromis?

Na płaszczyźnie moralnej nigdy. Ale trzeba go szukać na płaszczyźnie politycznej. Trzeba szukać jakichś rozwiązań, które byłyby bliższe katolickiej etyce i lepsze od wypracowanej teraz propozycji. Myślę, że do zaakceptowania byłby model włoski, który ogranicza liczbę zarodków, nie pozwala na ich mrożenie.

Ale dostępny jest nie tylko dla małżeństw.

To faktycznie jego mankament, ale tego na gruncie polskim wcale nie trzeba powielać. I my o tym bardzo wyraźnie mówimy, bo obecny projekt jest najgorszy ze wszystkich dotąd proponowanych.

Z in vitro będzie jak z aborcją? Coraz więcej osób chce jej całkowitego zakazu. Polacy się obudzili?

I dzięki Bogu. To są lata pracy duszpasterskiej. Tylko w kościele można było usłyszeć, że aborcja to zabójstwo, a dla katolika jest to grzech śmiertelny. Wiele osób, słysząc o tym w kościele, zgrzytało zębami, że się o tym mówi. Ale ta ciągła, systematyczna praca, uświadamianie ludzi, przyniosła już efekty. Dziś widać, że zdecydowana większość Polaków to obrońcy życia. Proszę też zauważyć, że wszystkie antyaborcyjne działania to inicjatywy ludzi świeckich. I myślę, że kiedyś prawo uda się zmienić.

- rozmawiał Tomasz Krzyżak

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA