Publicystyka

Darowanemu leo zagląda się w lufę

Leopard to świetny czołg dla polskiej armii – uważa autor
Fotorzepa/Bartek Sadowski
Miały być ogromne oszczędności i transfer technologii. Tymczasem Szwedzi, Hiszpanie i Kanadyjczycy już dawno swoje leopardy unowocześnili – pisze publicysta.

Były wiceminister obrony narodowej Andrzej Karkoszka poinformował 13 stycznia 2014 roku czytelników „Rzeczpospolitej”, że w ciągu minionych 25 lat „Polska utraciła znaczną część potencjału przemysłu obronnego i ograniczyła suwerenność w zakresie dostaw zaawansowanego uzbrojenia”. Trudno się z tym nie zgodzić. Czy kraj posiadający lotnictwo bojowe, które może być zdalnie „wyłączone” przez dalekiego producenta, można uznać za militarnie suwerenny?

W tekście czytamy też: „Istnieje rozbudowany system nabywania broni, opatrzony przepisami, kontrolowany przez wywiad, NIK, parlament itd. Mimo to często decyzje zakupowe zaskakują. Nie dowiadujemy się, kto ponosi winę za przedłużone procesy zakupowe, za przetargi przerwane nagle, po jakoby przemyślanych decyzjach o ich rozpoczęciu, za wydatki na ekwipunek, który okazuje się chybioną inwestycją, za dostawę drogiego sprzętu, dokonaną bez zobowiązań kompensacyjnych dostawcy, za przygotowanie wymagań technicznych, które określone są dla wyimaginowanych, a nie istniejących w rzeczywistości systemów broni”.

Powyższy fragment artykułu Andrzeja Karkoszki jest miażdżącym oskarżeniem. Mijają tygodnie, i co? I nic! Nikt nie zaprzeczył jego słowom. Nikt nie oskarżył o brednie. Nikt nie wezwał go na przesłuchanie. Bo wśród ludzi wydających nasze pieniądze na militaria dominuje stare żołnierskie porzekadło: „Spokojnie jak na wojnie”. A więc spokojnie siedzimy, palimy, broń czyścimy… Wszak wiemy, że nikt nas nie rozliczy. System jest bowiem tak pomyślany, by odpowiedzialność skutecznie rozmywała się po departamentach i inspektoratach, sztabach i referatach, bazach logistycznych i gabinetach politycznych.

Bataliony Wokulskich kręcących się przy Wojsku Polskim zacierają ręce i szepczą: „Będzie się działo!"

Nie ma bowiem szans, by opinia publiczna była rzeczywistym kontrolerem wojskowych zakupów. Nawet posłom trudno wgryźć się w system, który (jak żartują jego uczestnicy) dlatego jest tak skomplikowany, by wrogowie nie zorientowali się, jak działa.

Siano za koszenie

Pamiętacie Państwo skandal z zakupem luksusowych samochodów terenowych w 2011 roku? Oczywiście, zepsute piwo musiał wypić minister obrony. Bo odpowiada on za wszystko. I za skręconą nogę na poligonie, i za działania operacyjne armii na misjach zagranicznych. Tymczasem 20 aut za skórzanymi fotelami, jakimi w Londynie poruszają się Rosjanie, kupiła za 5 mln złotych prowincjonalna baza logistyczna. Zamówienie zostało wciśnięte w trudno czytelne tabelki, między kalesony ogólnowojskowe a gwoździe.

Kilku generałów dumnie zajeżdżało w terenowych limuzynach na odprawy i koncerty (bo na poligony zakup się nie nadawał) do chwili, kiedy sprawa stała się głośna. Wówczas błyskiem wrócili do starych opli, a 20 gorących kartofli czekało na nowe przydziały.

Tak, armia ma czasem największy kłopot z tym, co już kupiła. Dawno temu nabyła mianowicie system komunikacji mający być podstawą zarządzania polem walki. Świetny system; sprawdził się na ćwiczeniach, uzyskał certyfikaty NATO i pojechał do Afganistanu, gdzie ostatecznie dowiódł swej przydatności. W czym zatem problem? Ano w tym, że po wielu latach, ta sama armia sprawdziła, że w papierach nie ma tak zwanych „wuzettetów” czyli wstępnych założeń techniczno-taktycznych. Zasada jest bowiem taka, że najpierw wojsko ogłasza, jakie zdolności są mu potrzebne. I na podstawie tychże „wuzettetów” ocenia, czy to co oferują producenci spełnia bojowe potrzeby.

Paradoks polegał na tym, że to, co kupili spełniało potrzeby rewelacyjnie, ale nie mogli znaleźć kwitów, które procedurę zakupu oficjalnie otwierały. Tęgie głowy myślały co zrobić ze świetnym systemem BMS (Battle Management System), który został niesłusznie kupiony. Najbardziej rozczuliła mnie propozycja VIP-a „pełniącego obowiązki cywila”: „Położyć TO pod płotem w jednostce wojskowej i nie nakrywać. Poczekać aż zardzewieje i wybrakować”. Czyli spisać na straty. System kosztował ponad pół miliarda złotych.

Nawet wyspecjalizowane służby państwowe, które prowadzą postępowania sprawdzające, a w wielu przypadkach – śledztwa, toną na lata w stosach makulatury. Pomagają im specjalistyczne periodyki, co i rusz prześwietlające kontrakty, o których szeroka publiczność nigdy nie będzie miała pojęcia; jak choćby zakup silników lotniczych. Do ogółu docierają już tylko absurdy totalne, jak ten z Malborka. Dowódca bazy lotniczej zawarł porozumienie z rolnikiem, że ów za darmo będzie kosił lotnisko i zabierał skoszone siano. Źle zrobił, bo powinien ogłosić przetarg i kupić usługę koszenia. Furda, że oszczędził nasze pieniądze! Działał wbrew procedurom.

Studium ciężkiego przypadku

Mankamentem wywodu Andrzeja Karkoszki jest jego ogólnikowość. Argumenty użyte przez autora padają na każdym spotkaniu weteranów zbrojeniówki. Można tam usłyszeć o wielu owocach polskiej myśli technicznej, w które wpakowano olbrzymią kasę, by na koniec dnia kupić za granicą. Taki los spotkał choćby polskie konstrukcje odrzutowego samolotu szkolnego Iryda i Grom. Pieniądze, które pochłonął program pancerny Anders były w porównaniu z projektami lotniczymi, drobne. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zapłaciło za prototyp marne 20 mln złotych.

Program Anders przemysł przygotował ochotniczo. Nie miał zamówienia od armii. Do jego promocji wykorzystano nieco cynicznie Annę Marię Anders, córkę generała Władysława Andersa. Czołg, a raczej uniwersalna platforma, na której można budować także bojowe wozy piechoty oraz znaleźć dla niej jeszcze kilkanaście innych zastosowań, poległ przed bojem. Każda z osób zaangażowanych w to przedsięwzięcie ma inne wytłumaczenie.

W tamtym czasie (2010 rok) wojsko planowało nowe zakupy pancerne dopiero na 2020 rok. Sytuacja zmieniła się po zmianie władzy w MON i dojściu do głosu ciężkozbrojnego lobby, które poczęło głosić potrzebę programu pancernego obliczonego na 1000 czołgów. Łuk Kurski zaczął się znowu bać. Warto zobaczyć, jak ów program (którego oficjalnie nie ma) jest wprowadzamy w życie. Studium tego ciężkiego (masa bojowa: 60 ton) przypadku pozwoli wyrobić sobie przez publiczność opinię o wieloletnim planowaniu i przemyślanych decyzjach.

Zaczęło się od tego, że w 2002 roku dostaliśmy (za 1 euro+VAT) 128 Leopardów 2A4 z rezerw mobilizacyjnych Bundeswehry. Zachwytom nie było końca. Poza wszelką wątpliwością: to świetny czołg podstawowy dla polskiej armii. A interes? Skorzystały Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne w Poznaniu, dokonując bieżących napraw i przeglądów. Samo przygotowanie czołgów do użytku (rozkonserwowanie) kosztowało 100 mln złotych. Ale i tak byliśmy na plusie.

Na podobnej zasadzie Niemcy nam chcieli przed kilkoma laty odstąpić używany system przeciwlotniczy i przeciwrakietowy Patriot. Pomysł miał wielu możnych, polskich adwokatów. Gdyby do tej transakcji doszło, nie rozmawialibyśmy dziś o przetargu na system rakietowy średniego zasięgu Wisła. Rakiety, tak jak czołgi, wjechałyby do Polski kuchennymi drzwiami. Potem trzeba by było tylko system modernizować i rozbudowywać. Oczywiście płacą miliardy złotych, ale bez publicznej ekscytacji, jaka dziś towarzyszy przetargowi.

Pod koniec 2013 roku kupiliśmy od Niemców kolejną partię (119) używanych Leopardów 2A4 i 2A5. Zrobiono to podstawie przepisów resortowych: „Takie już mamy, więc możemy dokupić bez przetargu”. Tak jak kupujemy właśnie od Norwegów drugi dywizjon rakietowy dla Marynarki Wojennej. W tym samym czasie Holandia sprzedała 100 Leopardów 2A6 Finlandii. Za te czołgi, nowsze i lepsze od naszych, Finowie zapłacili 200 mln euro. Za to z częściami zamiennymi, dokumentacją techniczną, wyposażeniem logistycznym, amunicją ćwiczebną i materiałami szkoleniowymi. My tym razem musieliśmy zapłacić Bundeswehrze 180 mln euro. I znów radość. Będziemy mieli ciężką dywizję pancerną z prawdziwego zdarzenia.

Będziemy mieli pod warunkiem, że doprowadzimy wszystkie 247 starych czołgów (4 pancerne bataliony) do standardu 2PL, który opracowało wojsko (słynne „wuzettety”). Ile więc naprawdę będą nas kosztować czołgi dowiemy się po wymianie napędu wieży i armaty, systemów obserwacji i prowadzenia ognia, zwiększeniu odporności pancerza, zamontowaniu nowych agregatów prądotwórczych, zabezpieczeń przeciwminowych, klimatyzacji i wielu innych „drobiazgów”. Szacuje się, że nie będzie to mniej niż 2 mld złotych, a raczej – sporo więcej. I pytanie najważniejsze: kto będzie to robił?

Nowe kłopoty starych czołgów

MON wybrał do negocjacji jedno konsorcjum (mimo, że zgłosiły się trzy), któremu lideruje Bumar-Łabędy z niemieckim koncernem Krauss Maffei-Wegmann. Trwało to trochę, zanim się przekonano, że Bumar-Łabędy nie ma zdolności, by podołać zadaniu. Z takiego obrotu sprawy cieszą się Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne w Poznaniu, które chciały remontować i modernizować leo wraz z Rheinmetall Landsysteme. I jak dziś ocenia wojsko, lepiej przygotowują się do przeglądów na najwyższym poziomie F6.

Na nic zdały się tłumaczenia Bumaru-Łabędy, że nie mogą zapewnić trzydziestodniowego terminu na dostarczenie części. Podobnie zresztą jak nikt inny w Polsce, a nawet w Niemczech. Nikt bowiem tych części już nie produkuje, a oni nie mają dokumentacji technicznej, która pozwoliłaby zrobić je samemu. Kontrakt ten może więc trafić do niemieckich firm.

Nikt zresztą nie ma złudzeń, że całemu zamieszaniu z uwagą przyglądają się Niemcy. Kiedy w Krauss Maffei-Wegmann dowiedziano się, MON będzie rozmawiał tylko z Bumarem-Łabędy, Niemcy usztywnili pozycję. Jak od wieku wiadomo, gdzie nie ma konkurencji fordy T mogą być w każdym kolorze, pod warunkiem, że jest on czarny. Trudno się dziwić, że Niemcy chcą jak najwięcej zrobić u siebie, zainkasować zapłatę, nie udostępniając Polakom dokumentacji i technologii. Niestety nie zapisano tego warunku w umowie kupna-sprzedaży. Do jej sporządzenia nie użyto bowiem Prawa zamówień publicznych, lecz artykuł 346 Traktatu o UE, który pozwala wyłączyć pełną konkurencję, ze względu na bezpieczeństwo państwa.

Miały być nowoczesne czołgi, ogromne oszczędności i transfer technologii. Polski przemysł miał wskoczyć na wyższy poziom i sam zaprojektować następny czołg, jeśli wojowniczy rodzaj ludzki uzna, że nowoczesne narzędzia zabijania są mu jeszcze potrzebne. Tymczasem Szwedzi, Hiszpanie i Kanadyjczycy już dawno swoje leo unowocześnili. A nasze zakłady marzą o dokumentacji konstrukcyjnej i technologii serwisowania.

Z kolei w RFN, po przebazowaniu do Wojska Polskiego najstarszych czołgów, Bundeswehra zamówiła 20 najnowszych leopardów 2A7, które już zasiliły 203. batalion pancerny. A kanclerz Angela Merkel, po jesiennej uchwale Bundestagu, dała niemieckiej zbrojeniówce zielone światło do konstruowania Leoparda 3. Nowy czołg powstanie zapewne w koprodukcji z Francją. Tym bardziej, że KMW i francuski koncern Nexter (producent czołgu Leclerc) planują połączenie. Nowy holding pancerny zmieni układ sił w Europie. Dlaczego nie zaproponowano kooperacji polskim firmom? Zapewne część odpowiedzi można znaleźć w tym artykule.

Jeżeli pozostałe 130 miliardów, które przeznaczyliśmy na modernizację naszej armii, będą wydawane podobnie, możemy spodziewać się interwencji Komisji Europejskiej, która przypomni, że dyrektywa obronna 81 dopuszcza ewentualność odejścia od otwartego przetargu tylko w okolicznościach krytycznych dla bezpieczeństwa państwa. Bataliony Wokulskich, kręcących się przy Wojsku Polskim zacierają ręce i szepczą: „Będzie się działo!”.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL