Publicystyka

Mniej totolotka, więcej demokracji

Rzeczpospolita
Po wielu latach powstaje szansa na powrót do normalności, w której partie reprezentują nie tylko fobie i interesy swojego aparatu, ale też poglądy i interesy wyborców – pisze publicysta
Drobne prezenty umacniają przyjaźń” powtarzał często mój – zmarły, niestety – przyjaciel, którego brat był do niedawna jednym z liderów PO. I dla każdego, na kim mu jakoś zależało, miał zawsze coś dobrego. W najgorszym razie było to dobre słowo. Tak działa Platforma, od kiedy nie ma w niej Jana Rokity. Tym najwyraźniej różni się od Prawa i Sprawiedliwości, które dla każdego lub niemal każdego ma karę lub choćby złe słowo.
Platforma Obywatelska jest partią uniwersalną. Jak kiedyś PRI przez pół wieku rządząca Meksykiem. Przynajmniej na razie prawie dla każdego ma coś przyjemnego, a sprawy nieprzyjemne omija szerokim łukiem. Do każdej sytuacji i do prawie każdego towarzystwa może dobrać odpowiednio pasującą twarz. Dla liberałów jest partią liberalną (Tusk), dla chadeków – chadecką (Gowin), dla neoliberałów – neoliberalną (Chlebowski), dla konserwatystów – konserwatywną (Zdrojewski). Kiedy się pamięta, że szef strategicznych doradców Donalda Tuska, czyli Michał Boni, był szefem kampanii Jacka Kuronia jako kandydata w wyborach prezydenckich, można pomyśleć, że także dla zwolenników umiarkowanej lewicy ma to być partia lewicowa. I rzeczywiście, Donald Tusk od czasu do czasu takie wrażenie potwierdza. Choćby, gdy mówi, że nie będzie współpłacenia w służbie zdrowia i zapowiada podniesienie składki (czym wkurza Leszka Balcerowicza), gdy odrzuca pomysł odpłatnych studiów na publicznych uczelniach albo gdy dystansuje się od homofobicznych i ksenofobicznych zachowań czy słów liderów Prawa i Sprawiedliwości. To sprawiło, że przez ostatnie miesiące także wśród zwolenników umiarkowanej lewicy Platforma zdobywała coraz więcej sympatii. Zwłaszcza że LiD się od niej odróżniała z coraz większym trudem, a PO miała władzę i sprawowała ją w sposób niedrażniący nikogo. Przez ostatnie miesiące liderom LiD coraz trudniej było wyjaśnić swoim wyborcom, dlaczego właściwie nie mieliby poprzeć premiera Tuska, który niemal zawsze wyrażał troskę o słabszych i konsekwentnie odrzucał wybuchające w jego własnej partii pomysły, które by im mogły zaszkodzić, a przy tym stanowi realną zaporę dla autorytarnych tendencji Prawa i Sprawiedliwości. Sytuacja LiD stała się jeszcze trudniejsza, gdy współtworząca go Partia Demokratyczna zaczęła głośno mówić, że chce wzmocnić swoją liberalną tożsamość kojarzoną z pomysłami Leszka Balcerowicza, byłego szefa Unii Wolności, czyli poprzedniczki PD. Nie tylko w sferze programowej, ale i symbolicznej, zaczęła bowiem wówczas rodzić się wątpliwość, czy jest jakiś powód, żeby popierać LiD przeciw Platformie. Tu są liberałowie i tu są liberałowie (z tym że Tusk to gołąb przy Balcerowiczu). Ci chcą zachować status quo w sprawach obyczajowych i ci też (z tym że to jednak nie politycy PO, ale Hanna Suchocka z UW wynegocjowała konkordat w jego obecnym kształcie). Ci troszczą się o słabszych i ci również. Na dodatek członkowie PD okazali się bardziej proamerykańscy od PO, chociaż wśród zwolenników lewicy zdecydowanie dominują przeciwnicy wojny w Iraku i zwolennicy silnej integracji europejskiej – między innymi jako alternatywy dla dominacji Ameryki. Mówiąc krótko – kierunek tegorocznej ewolucji PD sprawiał, że – jak by to absurdalnie nie brzmiało – przynajmniej części osób o centrolewicowych poglądach zaczynało być bliżej do PO niż do LiD. Dla centrolewicy liczyło się oczywiście to, że LiD była bardziej anty-PiS-owski niż Platforma i nigdy nie dała się zaczarować wizją IV RP. Ale to jednak Platforma odsunęła PiS od władzy, zerwała z IV RP i przywróciła w polskiej polityce jaką taką normalność. A wyborcy umieją docenić polityków, którzy uczą się na błędach i potrafią modyfikować poglądy, kiedy rzeczywistość pokaże, że są one nietrafne. W tym sensie naprawdę niewiele brakowało, żeby LiD – a zwłaszcza jej elektorat – stopniowo została rozpuszczona w rozszerzającym się oceanie Platformy. Podobnie jak stopniowo rozpuszcza się w nim sensowna część wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Rozstanie SLD z Partią Demokratyczną dość istotnie zmienia sytuację (podobnie jak zmieniłoby ją rozstanie Jarosława Kaczyńskiego z moherem i o. Tadeuszem Rydzykiem). W jakimś sensie przesuwa bowiem scenę polityczną w stronę normalności. Specyfiką polskiej polityki po traumie afery Rywina jest bowiem nawrotowa ciągota do budowania kosmosów zamiast rzetelnych partii politycznych. Taką partią jest oczywiście PO, ale także PiS (w którym znalazło się mydło i powidło, od fundamentalistów chrześcijańskich przez konserwatystów, liberałów, neoliberałów aż po socjalizujących państwowców, epigonów obozu piłsudczykowskiego). Gdyby LiD przetrwała w dotychczasowym kształcie i gdyby próbowała pogłębiać integrację mimo radykalizowania się liberalnej tożsamości PD, zamroziłaby tę patologiczną strukturę partyjną, jeszcze bardziej zwiększając skalę populistycznego ryzyka. Partie typu wash and go, próbujące pokryć całe spektrum postaw politycznych, bywają atrakcyjnymi produktami politycznymi, ale też są poważnym zagrożeniem dla demokracji Partie typu wash and go, próbujące pokryć niemal całe spektrum postaw politycznych, mogą robić wrażenie atrakcyjnych produktów politycznych, ale z natury rzeczy stanowią poważne zagrożenie dla demokracji. Nie będąc zdolne – na skutek wewnętrznych podziałów – do sformułowania spójnego programu w obrębie tradycyjnego pola polityki, jakim jest podział bogactwa, sposób zapewnienia bezpieczeństwa i zakres odpowiedzialności państwa, muszą bowiem organizować emocje polityczne wokół problemów zastępczych. Obóz IV RP doszedł w tym do perfekcji, zarówno gdy dwa lata temu zgodnie demonizował polską rzeczywistość, jak teraz, gdy się rozpadł i niezwykle skutecznie koncentruje społeczne emocje na pozornie absurdalnych swarach (o faksy, terminy spotkań, grzeczność). Swary i wywoływane przez byle co histerie stają się bowiem jedynym prostym sposobem politycznego różnicowania, gdy nie ma programów, więc merytoryczne różnice pomiędzy partiami są nieczytelne lub wcale ich nie ma. Gdy partie nie mają programów (a żadna duża polska partia nie ma dziś programu), wymyślane przez spin doktorów swary stają się jedynym sposobem komunikowania wyborcom swojego politycznego istnienia. W tym sensie LiD była dla PO i PiS wyjątkowo wygodnym przeciwnikiem. Bo strukturalnie przypominała swoich głównych rywali. Rozpięta między liberałami i socjalistami, konserwatystami i libertynami, zwolennikami i przeciwnikami tarczy, nie mogła wyartykułować ani rzeczowej krytyki, ani konkurencyjnej oferty. Rozstanie SLD z PD istotnie tę sytuację zmienia. Ani dla rządzącej Platformy, ani dla opozycyjnego PiS, ani nawet dla PSL, jak ognia unikającego wszelkiej kwalifikacji ideologicznej, taki przeciwnik nie może być wygodny. Wystawione na konfrontację z czytelnie lewicową ofertą trzy prawicowe formacje będą bowiem musiały przynajmniej częściowo uczytelnić swoją ideową tożsamość i polityczne zamiary. Przede wszystkim zaś będą musiały ujawnić, czyje interesy chcą reprezentować, czyli komu chcą dawać, a komu odbierać. W ten sposób po wielu latach powstaje szansa na wymuszenie powrotu do politycznej normalności, w której partie reprezentują nie tylko fobie i interesy swojego aparatu, ale też interesy wyborców, wyrażają nie tylko emocje, ale też poglądy, oferują nie tylko wrażenia, ale też odpowiedzi na rzeczywiście istniejące wyzwania i odzwierciedlają nie tylko biograficzny kapitał polityków, ale też społeczne podziały. Jeśli SLD uwolniony od wybierającej liberalną tożsamość PD stanie się rzeczywiście partią lewicową, to PiS i PO też będą musiały się zidentyfikować ideologicznie. Jeśli SLD zdoła sformułować lewicowy program polityczny, PiS i PO będą musiały się wylegitymować swoimi programami. Nie wiadomo, czy to się tym razem uda. Ale rozpad LiD otwiera polskiej polityce drogę do normalizacji. Przynajmniej w tym sensie, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, to za trzy lata na wyborczych billboardach obok uśmiechniętych i ucharakteryzowanych na mężów stanu polityków nie wystarczą już hasła typu „by wszyscy byli szczęśliwi”. Trzeba będzie jeszcze dopisać jakiś konkret. Jest zatem cień szansy, że dla spin doktorów, pijarowców, speców od reklamy przyjdą gorsze czasy, a w centrum polityki znów pojawią się ludzie zdolni do złożenia wyborcom konkretnej oferty. Może więc demokracja będzie trochę mniej totolotkiem, a odrobinę bardziej demokracją. Autor jest publicystą tygodnika „Polityka”
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL