Publicystyka

Platforma na wiele lat

Rzeczpospolita
Opozycja chce walczyć z Platformą za pomocą argumentów i przekonań. Ale to broń poprzedniej wojny. Dziś naprzeciwko stoi przeciwnik kwestionujący w ogóle sens starcia poglądów – uważa publicysta „Rzeczpospolitej”.
Czy Platforma stoi u progu rozpadu? Czy koalicja rządowa trzeszczy w szwach i pęknie lada moment? Czy niedługo dojdzie do wybuchu społecznego niezadowolenia i Polacy wyślą obecny rząd na śmietnik historii? A może takie nadzieje to tylko rodzaj, jak mawiał Melchior Wańkowicz, chciejstwa?
Oto trzy filary antyplatformerskiego chciejstwa. Mit pierwszy: PO skończy szybko swój żywot, bo jest tylko zlepkiem różnych nurtów politycznych połączonych chwilowo nienawiścią do kaczyzmu. Nie wiadomo, czy to chadecja, czy liberałowie, czy konserwatyści. Kiedy będzie się trzeba jasno określić, to Platforma straci swoje lewe lub prawe skrzydło. Mit drugi: rozwścieczony naród opuści zakłady pracy i zwartymi kolumnami wejdzie do śródmieścia, by w odruchu słusznego gniewu zmieść rząd, który obiecywał cuda, a dał to, co zwykle. Mit trzeci: PO zużyje się szybko w koalicji rządowej z Polskim Stronnictwem Ludowym. Nienasyceni ludowcy będą zgarniać kolejne urzędy czy agencje, a jednocześnie kontestować sztandarowe pomysły Platformy (podatek liniowy, jednomandatowe okręgi wyborcze itd.). To doprowadzi do rządowej katastrofy i rozpadu PO, lub przynajmniej utraty przez nią zaufania lwiej części wyborców. Wszystkie te scenariusze wyglądają efektownie i gwarantują ciekawą (czytaj: pełną kryzysów politycznych) najbliższą przyszłość, mają jednak jedną wspólną cechę – raczej się nie spełnią. Obraz górników i pielęgniarek przeganiających z Warszawy fałszywych cudotwórców jest kuszący, ale całkowicie fantastyczny. Owszem, sytuacja w służbie zdrowia czy szkołach wciąż jest zapalna i protesty są pewne. Może nawet cała kadencja PO – PSL upłynie w rytm strajków, zadym czy nawet głodówek. Ale Polska to nie jest już ten sam kraj co kilkanaście lub kilka lat temu. Protesty spowszedniały i utraciły swój wymiar polityczny. Ot, po prostu różne grupy walczą różnymi metodami o swoje. W końcu we Francji, Niemczech czy Włoszech też nie ma dnia bez strajku, pikiety, manifestacji. Jak nie rolnicy, to śmieciarze. Jak nie stoczniowcy, to kolejarze. No i co? I nic. Żyje się. Nie czeka nas rewolucja, najwyżej ruchawki, które na pewno nie będą się odbywały pod sztandarami restauracji IV RP. Bo trudno doprawdy sobie wyobrazić, by aktywiści z postkomunistycznego Związku Nauczycielstwa Polskiego ruszyli do boju z tęsknoty za rządami Romana Giertycha w Ministerstwie Edukacji. Żeby górnicy skandowali „Wassermann wróć!”, a strajkujący celnicy wołali „Chcemy Leppera na wicepremiera!”. A czasy, gdy „Solidarność” obalała rządy, należą do przeszłości. Jeżeli zwolennicy PiS liczą na to, że Jarosław Kaczyński na czele zbuntowanego ludu lada moment powróci do władzy, to przeliczą się tak samo jak ci, którzy w 1993 r., po wyborach wygranych przez postkomunistów, mówili z lekceważeniem, że starczy miesiąc strajków, żeby przegonić czerwonych. Nieprawdą jest także twierdzenie, że sukces Platformy był politycznym fuksem skleconej byle jak koalicji strachu. PO wygrała, bo trafnie odczytała zmianę nastrojów wyborców na nie tylko anty-PiS-owskie, ale i antypolityczne. Brak jasnej tożsamości ideowej PO, brak jednoznacznych deklaracji światopoglądowych, wytykany jej przez krytyków, dla wyborcy był ogromną zaletą. Platforma wygrała wybory nie tylko jako doraźnie skrzyknięta koalicja antykaczystowska, ale także jako piewca bezideowości: nie musisz mieć poglądów, bo poglądy są nieważne, wystarczy, żebyś chciał lepiej żyć. Kto by nie chciał? Owszem, u źródeł sukcesu leżało hasło „nieważne skąd przychodzisz, ruszaj z nami, jeśli tylko nie cierpisz Kaczorów”. Ale długie rządy zagwarantuje Tuskowi dbałość o pospolite ruszenie wyborców zachwyconych perspektywą „rozdziału poglądów od państwa”. Rząd Platformy ma być normalny, to znaczy ma nie mieć poglądów. Nie pouczać, tylko administrować. Nie wymagać, tylko zrobić coś (nieważne, że nie wiadomo co), żeby było lepiej. Tak na naszych oczach rodzi się nowa generacja: pokolenie „świętego spokoju”. Mantra, którą wbito jej do głowy, brzmi tak: „poglądy są niebezpieczne, kto ma poglądy, ten zieje nienawiścią – patrzcie na Jarosława Kaczyńskiego, widzicie, jak kończą ci, którzy mają poglądy? W ramionach ojca Rydzyka!”. Zatem: zły polityk to ten, który ma własną opinię na jakikolwiek temat, dobry polityk to ten, który mówi tylko o zaufaniu i ciepłej wodzie w kranach. A już nie daj Boże, żeby się ośmielił powiedzieć publicznie, że coś uważa za słuszne – obraziłby przecież w ten sposób tych, którzy mają inne zdanie! Wedle tej szkoły, kto ma poglądy, ten jest ekstremistą, a ekstremistom już dziękujemy. Taka opinie wydawać się może nadmiernym uproszczeniem: ale co, jeśli założymy, że większość społeczeństwa rzeczywiście uważa konflikt ideowy, starcie światopoglądowe czy nawet wymianę przeciwstawnych opinii za warcholstwo, a nawet działanie na szkodę Polski? Może kupiło wizję polityki, jaką serwują mu media: chamskiej pyskówki ziejących nienawiścią frustratów, którym „nie wiadomo o co chodzi”? I doszło oczywiście do wniosku, że taką politykę trzeba odrzucić, bo to jakieś ohydztwo, trzeba za to wybrać „normalność”, choćby nikt nie wiedział, co ona dokładnie oznacza. Jeśli polscy wyborcy naprawdę zaczęli tak myśleć, to czas był wyciągnąć z tej lekcji wnioski. I Platformie się to udało najlepiej. Jednym z wniosków był wybór koalicjanta. PSL, partia bez właściwości, partia obrotowa, partia miłośników stanowisk, jest doskonałym partnerem w budowie Polski normalnej, czyli bezideowej. Ludowcy najpierw sprawdzili się jako sojusznik PO w samorządach, potem odnieśli sukces wyborczy jako wiejska Platforma-bis, idąc ku władzy pod hasłem „nie mamy poglądów, jesteśmy rozsądni i chcemy, żeby było normalnie”. Teraz moszczą się w administracji, spółkach, agencjach, tak jak czynili to w czasach koalicji z komunistami. PSL to ugrupowanie wyspecjalizowane we wrastaniu w struktury samorządowe i rządowe, prawdziwi mistrzowie kapitalizmu politycznego. Wiedzą, że ich poparcie jest bezcenne dla PO, jeśli chodzi o stworzenie rządowej większości. Ale pamiętają smutny los Samoobrony i LPR, przystawek pożartych przez PiS, nie będą więc przesadzać z wierzganiem. Waldemar Pawlak liczy też zapewne na to, że odziedziczy fotel premiera po spodziewanej wygranej Tuska w wyborach prezydenckich. PSL nie ma żadnych powodów, by wisieć Platformie u gardła i generować konflikty rozsadzające rząd. Będzie wykorzystywać każdą okazję do poszerzenia stanu posiadania, ale w granicach rozsądku. Tu upada trzeci z antyplatformerskich mitów: krucha koalicja. Ten pragmatyczny sojusz miłośników władzy z PO i PSL jest na najlepszej drodze do stworzenia czegoś w rodzaju polskiego frontu liberalno-instytucjonalnego: liberalnego w retoryce, ale trzymającego mocno w garści wszelkie instytucje. Taka koalicja może z powodzeniem rządzić przez długie lata. Na pewno dłużej niż przez jedną kadencję. Trzeba tylko utrzymać wizerunek ugrupowania „walczącego o normalność”, chroniącego „rozsądnych Polaków” przed ekstremistami z prawa lub lewa. Recepta na miłość wyborców jest prosta. Zamiast zmieniać bieg rzeki, trzeba płynąć z jej nurtem. Platforma postanowiła więc zostać partią sondaży. Z ankiet wynika, że mamy wyjść z Iraku? Oczywiście wyjdziemy z Iraku. Z badań czytamy, że większość Polaków chce bojkotu ceremonii otwarcia olimpiady? Tusk zbojkotuje. Połowa chce bezpłatnej służby zdrowia? Obieca się, że nadal będziemy mieć bezpłatną służbę zdrowia. Druga połowa myśli, że prywatna i płatna byłaby lepsza? To się ogłosi, że płatne wizyty u lekarza też nie są wykluczone. Potem zwoła się biały szczyt dla lekarzy, czarny szczyt dla górników, zielony szczyt dla ekologów i w ogóle szczyt wszystkiego dla wszystkich. Premier pokaże, że słucha głosu społeczeństwa i powie, że wszyscy mają rację, ale na razie budżetu państwa nie stać, żeby każdemu tę rację sfinansować. I doda, że jak kiedyś będzie można, to sfinansuje. Recepta na miłość wyborców jest prosta. Zamiast zmieniać bieg rzeki, trzeba płynąć z jej nurtem. Platforma postanowiła więc zostać partią sondaży Nie znaczy to, że członkowie PO nie mają poglądów: mają, i to różne. Ale Platforma jako byt polityczny oddaje się całkowicie unikaniu sporów i schlebianiu publice. W istocie jej rządy, rządy miłości i normalności, to pierwsza w Polsce próba stworzenia ugrupowania postpolitycznego. Używając sformułowań francuskiego filozofa Andre Glucksmanna, oznacza to: „koniec ideologii, żegnajcie wzniosłe sprawy, skończyły się raz na zawsze konflikty o wielkiej amplitudzie”. W świecie postpolitycznym nie liczą się idee, tylko „aktorzy, którzy troszczą się o wzrost i rozwój” („Dostojewski na Manhattanie”). Skoro polityka to bagno, to skończmy z polityką. Czyż nie jest to przypadkiem wizja rzeczywistości, którą chcą sprzedać nam spin doktorzy Platformy? Konsekwencje takiego obrotu rzeczy nie przebiły się jeszcze do świadomości opozycyjnej prawicy i opozycyjnej lewicy, które próbują walczyć z nowym rządem starymi metodami, nieadekwatnymi do sytuacji.Lewica spod znaku SLD mówi o powrocie do korzeni lewicowości, cokolwiek miałoby to znaczyć. Ale jeśli spróbuje walczyć o dobro człowieka pracy, usłyszy w odpowiedzi od Platformy: my walczymy o dobro wszystkich. Gdy spróbuje uderzyć strunę antyklerykalizmu, doczeka się kontrataku słowami: nie ma zielonego światła dla wojen ideologicznych. Nową Lewicę albo Młodą Lewicę, czyli domniemany, spodziewany prędzej czy później nowy twór w rodzaju tęczowej koalicji gejowsko-eko-feministycznej łatwo będzie można przedstawić jako dziwaczną skrajność. Równie trudna jest sytuacja PiS. Spróbuje coś pisnąć o wartościach? Dowie się, że nie ma prawa o nich mówić, bo sam haniebną koalicją z LPR i Samoobroną je splugawił. O tradycji i Kościele? Dostanie w łeb argumentem „rydzykowcy, rydzykowcy!”. O społecznej solidarności? Usłyszy, że jest bandą socjalistów, którzy przeszkadzają Polakom się bogacić. O zbyt ugodowej polityce zagranicznej? To się znów uruchomi profesora Bartoszewskiego, żeby PiS-owców wyzywał od dyplomatołków. SLD i PiS gotowe są do walki z PO za pomocą pałek argumentów i armat przekonań, ale nie odkryły jeszcze, że to broń poprzedniej wojny. Dziś naprzeciwko stoi nie przeciwnik pragnący dyskusji, tylko kwestionujący sam sens tej dyskusji prowadzenia. Nie partner, tylko gumowa ściana, od której ciosy pałek i kule będą się odbijać. Oto sedno podwójnego nelsona, który Platforma pospołu z PSL założyła polskiej debacie publicznej. Nie jest to wcale taka sensacyjna nowość, przecież u narodzin Platformy leżał bardzo podobny chwyt: nie jesteśmy partią, partie są złe, bo ciągle politykują. Precz z polityką! My jesteśmy obywatelską inicjatywą i dbać będziemy o los obywateli. Dlatego PO konsekwentnie buduje swój wizerunek w kontrze do „partyjnych sporów”, „ideologicznych kłótni”, „politycznego zacietrzewienia”. Dlatego nawet gdy coś zawłaszcza, nazywa to pięknie „odpolitycznieniem”. Platforma chce być ugrupowaniem Wszystkich Rozsądnych Polaków. A skoro rozsądni ludzie są za tym, żeby było normalnie, to przeciwko nim mogą występować tylko jednostki nierozsądne i nienormalne. Skoro jest za wzrostem i rozwojem, to jej przeciwnicy są za karleniem i uwiądem. Bo kto może być wrogiem miłości? Tylko siewca nienawiści. W ten sposób opozycja zostaje zagoniona do rezerwatu, w którym może najwyżej powoli zdychać. Żeby wyprowadzić skuteczny kontratak, będzie musiała unieważnić cały apolityczny paradygmat narzucony Polsce przez PO. Przekonać wyborców, że można mieć poglądy, że warto politykować, że święty spokój nie jest wartością samą w sobie, że konflikt jest twórczy, bo nie musi być synonimem wzajemnego wyniszczenia, tylko wolnej konkurencji idei. Krótko mówiąc: będzie musiała sprawić, by Polacy znów w coś uwierzyli. Ciężko wyobrazić sobie trudniejsze zadanie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL