Teatr

"Proces" przeciw inteligencji

Próba procesu w Tetrze Współczesnym
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Premiera w Teatrze Współczesnym. Czy przedstawienie Macieja Englerta jest intrygującym moralitetem czy nużącym słuchowiskiem? Dwugłos naszych recenzentów
Pro - Jan Bończa-Szabłowski
Łatwo byłoby wystawić dziś "Proces" Franza Kafki jako reakcję na niedawne rządy PiS, komisje śledcze, rozprzestrzeniającą się niebezpiecznie sieć inwigilacji, ciągłe afery z podsłuchami. Takie mówienie wprost, charakterystyczne dla wielu modnych dziś reżyserów, Teatrowi Współczesnemu zawsze było obce. Teatr przy Mokotowskiej od początku swego istnienia doceniał wagę metafory i wierzył w wyobraźnię tak chętnie odwiedzającej go intelektualnej elity. I tak jest do dziś. Maciej Englert, sięgając po "Proces" Kafki, wyszedł daleko poza krytykę nadmiernie rozbudowanej i niezrozumiałej w swych poczynaniach machiny biurokratycznej ograniczającej wolność jednostki. Potraktował tę powieść jako obraz niepokoju egzystencjalnego młodego inteligenta. Człowieka, który w zmaganiu z otaczającym światem jest bezbronny i bardzo samotny. To przedstawienie ma wiele atutów. Pierwszym jest odtwórca roli Józefa K. Borys Szyc zdecydował się na zabieg dość karkołomny i odniósł zwycięstwo. Pokazał swego bohatera jako bliskiego krewnego filmowych postaci Woody'ego Allena, życiowego outsidera, zagubionego w dzisiejszej rzeczywistości. Do przygarbionego, wycofanego i nieśmiałego Szyca jako Józefa K. bardzo pasują słowa Allena: "Wyraźniej niż kiedykolwiek ludzkość stoi dziś na rozdrożu. Jedna droga prowadzi w rozpacz i skrajną beznadziejność, druga w totalne unicestwienie". Majstersztykiem jest funkcjonalna i klaustrofobiczna sceno-grafia Marcina Stajewskiego, zwłaszcza ruchome ściany osaczające bohaterów. Zaletą są też inne role perełki: pani Grubach Stanisławy Celińskiej, kupiec Block Janusza Michałowskiego, żona woźnego Magdy Nieć i kapelan więzienny Andrzeja Zielińskiego. Kontra - Janusz R. Kowalczyk Józef K. z "Procesu" Franza Kafki nie pozna przyczyny swego aresztowania, a widz teatralny – powodu tej inscenizacji Macieja Englerta. Sceniczne adaptacje arcydzieł literatury należą do najtrudniejszych wyzwań teatralnych. Samo zilustrowanie akcji powieści działaniami aktorskimi to jednak za mało, a najnowsze przedstawienie w warszawskim Teatrze Współczesnym do tego się, niestety, sprowadza. Lepiej przeczytać książkę. Rzetelność Macieja Englerta w detalicznym przekazywaniu wątków prozy Kafki mogłaby nawet budzić uznanie, gdyby nie fakt, że akcja wlecze się niemiłosiernie, a odosobnione popisy aktorskie nie chcą się ułożyć w dramatyczną całość. Prowadzi to do paradoksalnej sytuacji, w której pozornie wszystko gra, a jednak nic się nie klei – poza oczami widzów. Kafkowski Józef K. jest neurotyczną osobowością skłonną do uległości, podporządkowania się innym, niezdolną do buntu. Trafia w nieprzebyty labirynt sądowych korytarzy i zakamarków, gdzie czai się bliżej nieokreślone zagrożenie. Narastające, choć niepojęte. Borys Szyc w zagubieniu i bezradności swego bohatera nie jest jednak na tyle przekonujący, żeby widz mógł mu współczuć, identyfikować się z nim, przejąć jego losem. Zadziwiającą, choć nieuniknioną śmierć tej postaci poprzedza niema etiuda, w której dwóch oprawców podrzuca sobie nawzajem katowski nóż. Po niepotrzebnej, bo kiepskiej klaunadzie samo wykonanie wyroku nie jest już w stanie nikogo poruszyć. Takim końcem nużącego wielkoobsadowego widowiska Englert przekreśla wszelkie tropy interpretacyjne. Bo umieszczenie akcji poza określonym czasem i miejscem nie każdemu musi się kojarzyć, że nigdzie znaczy… w Polsce. Dużo pary w gwizdek.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL