fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Epidemie strachu

W „Epidemii” (po lewej Dustin Hoffman) apokalipsie udaje się jeszcze zapobiec
AFP
Ludzkość boi się zarazy od zawsze. Ale nigdy ten lęk nie był tak intensywny jak dziś.
To wszystko już było. I nie chodzi wcale o histerię w mediach i globalną panikę, skutkującą mordowaniem krów i kurczaków albo kretyńskimi kontrolami na lotniskach, które nikogo przed niczym nie ochronią. Nie mam na myśli pandemii E. coli, choroby wściekłych krów, świńskiej czy ptasiej grypy, których świat bał się przez długie miesiące i które nigdy nie nadeszły, tylko tę samą ebolę, której obawiamy się  dziś.

Ludzie, bombardowani milionami niepotrzebnych informacji, mają w naszych czasach bardzo krótką pamięć. Podobnie jak dziennikarze. Mało kto sobie przypomina, że równo 20 lat temu, kiedy w Afryce Środkowej wybuchła epidemia gorączki krwotocznej, również baliśmy się wirusa Ebola. Może nie aż tak bardzo jak dziś, ale na fali tego strachu spektakularny sukces odniósł wtedy słabiutki film Wolfganga Petersena „Epidemia" z Dustinem Hoffmanem i Rene Russo. Scenarzyści wykazali się niesamowitym wyczuciem, pisząc, jeszcze zanim wybuchła globalna panika, opowieść o niebezpiecznym wirusie atakującym Amerykę. Choroba (notabene była to zmutowana odmiana eboli nazwana motabą) została przywleczona przez pewnego młodego człowieka wraz z przemyconą do Kalifornii małpką.

Rozedrgany świat

Śmiercionośny wirus zabija setki ludzi, a zaatakowane miasteczko zostaje poddane kwarantannie. Bezwzględny rząd nie ma skrupułów, by skazać na zagładę nieszczęśników, którzy mogą być nosicielami wirusa, i kto wie, jak by się to skończyło, gdyby nie dzielni naukowcy pod wodzą szlachetnego Dustina Hoffmana. Narażając życie, szukają przyczyny wybuchu epidemii i antidotum na chorobę. Słowem, jest to typowa hollywoodzka sztampa, gdzie wszystko dobrze się kończy, a zwroty akcji wzięto wprost z podręcznika dla scenarzystów. Jeśli coś w filmie „Epidemia" uderza z dzisiejszej perspektywy, to wstrzemięźliwość w straszeniu. Zaraza nie powoduje zagłady świata, ogranicza się do kalifornijskiego Cedar Creek i istnieje sposób, żeby sobie z nią poradzić. Jeśli dziś powstanie podobny film – a z pewnością powstanie – będzie wieszczyć apokalipsę. Zresztą takie obrazy już w ostatnich latach nakręcono. Przez te dwie dekady wiele się bowiem zmieniło.
Proroctwo Marshalla McLuhana spełnia się na naszych oczach. Za sprawą mediów naprawdę żyjemy dziś w globalnej wiosce i jednocześnie w świecie po eksplozji bomby megabitowej, jak nazwał to zjawisko Stanisław Lem. Wiele lat temu polski pisarz przewidział mianowicie, że rozwój technologii sprawi, iż nikt nie będzie w stanie przyswoić sobie wytwarzanej wiedzy i informacji. To właśnie dlatego atakowani jesteśmy w mediach coraz bardziej kategorycznymi i histerycznymi komunikatami. Żeby przebić się w tym chaosie, trzeba mówić najgłośniej i najostrzej.
Tym bardziej że za sprawą rewolucji cyfrowej konkurencja jest tak duża jak nigdy w historii. Nikt nie jest dziś w stanie ogarnąć liczby kanałów telewizyjnych nadających na terenie Polski czy stron internetowych, jakie mamy do dyspozycji. O skali świata nie ma nawet sensu wspominać. Ale przecież te strachy, choć podsycane przez media, mają oparcie w rzeczywistości. Bo jeszcze nigdy ludzie nie mogli tak łatwo podróżować, nigdy też poprzez sieć najrozmaitszych kontaktów gospodarczych nie byliśmy połączeni z tak wieloma tak odległymi miejscami, o których często nawet nie słyszeliśmy. Takie właśnie są skutki globalizacji.
Jeśli zbiorowe emocje najlepiej odczytują redaktorzy tabloidów, to zarazy boimy się już w tej chwili bardziej niż Rosji. „Ebola atakuje! Jest gorzej, niż zakładano! Polsce grozi epidemia?" – czytamy w nagłówku jednego z artykułów, na które można trafić, szukając informacji na temat filmu „Epidemia". Jakże łatwo przeoczyć końcowy znak zapytania i uwierzyć, że epidemia stoi u bram. Ale przecież kino nie jest gorsze, choć posługuje się nieco subtelniejszymi środkami. Niektórzy badacze kultury popularnej nie bez powodu uważają, że to zbiorowy Zygmunt Freud, leczący nasze lęki i zarabiający na tym miliony. Filmowcy z obu stron Atlantyku odmalowali w ostatnich latach pandemiczną apokalipsę we wszystkich kolorach.
Najbardziej spektakularnym przykładem tego trendu jest brytyjski film „28 dni później" Danny'ego Boyle'a, który był takim sukcesem, że doczekał się nawet sequela „28 tygodni później". Twórca, znany wcześniej z ekscentrycznych thrillerów, takich jak „Płytki grób" czy „Trainspotting", tu poszedł śladem innego wielkiego ekscentryka Terry'ego Gilliama i jego „12 małp". Punkt wyjścia jest podobny, bo w obu filmach zagładę na ludzkość sprowadzają nieliczący się z niczym ekolodzy, którzy robią to w imię obrony praw zwierząt. Przy czym obraz Gilliama przez swoją skomplikowaną narrację (bohater przemieszcza się w czasie i nie może trafić w odpowiedni moment) był jednak propozycją dla wybranych. Tymczasem „28 dni później" to rozrywka trafiająca do setek milionów ludzi i przez to z naszego punktu widzenia znacznie ciekawsza. Pokazuje bowiem w wersji dla masowego odbiorcy, co jest najgłębszym powodem strachu przed zarazą.

Małpi gniew

Historia opowiedziana przez Danny'ego Boyle'a zaczyna się od wypuszczenia zakażonych małp z laboratorium, co staje się przyczyną epidemii, która zabije niemal wszystkich mieszkańców Wielkiej Brytanii. Tytułowe 28 dni później bohater, który tuż przed wybuchem zarazy zapadł w śpiączkę, budzi się w pustym szpitalu. Gdy wychodzi na zewnątrz, okazuje się, że kraj jest kompletnie wymarły. Spacer Jima pustymi ulicami londyńskiej metropolii, na co dzień zamieszkanej przez ponad 8 milionów ludzi, szybko stał się sceną kultową. Przebieg wydarzeń poznajemy wraz z bohaterem, któremu udaje się spotkać dwoje ocalonych i przyłączyć się do nich. Otóż wirus przenoszony przez małpy powodował niekontrolowane wybuchy agresji i w efekcie niemal wszyscy Brytyjczycy zginęli w zamieszkach, w czasie których każdy walczył z każdym.
Jesteśmy zatem w świecie po apokalipsie, takim, jaki znamy z dziesiątków najróżniejszych filmów czy powieści. Ma on jednak swoją specyfikę. Otóż widzimy, jak dwoje rozbitków: Selena i Mark, do których przyłączył się główny bohater, wspierających się przez dłuższy czas, staje przeciwko sobie. Gdy w wyniku ataku hordy zarażonych Mark styka się z ich krwią, zostaje przez swoją towarzyszkę zastrzelony bez najmniejszych skrupułów. Ale najbardziej dramatyczna jest scena kulminacyjna, kiedy Selena, mimo że zakochana w Jimie, zamierza go zastrzelić. Podejrzewa, iż jest zakażony wirusem. W ostatniej chwili jednak się cofa i wszystko kończy się happy endem, o ile to określenie znajduje zastosowanie w przypadku zagłady całego kraju. W finale widzimy, jak ocaleni próbują zwrócić na siebie uwagę przelatujących samolotów. Okazuje się, że aby nie doszło do wybuchu pandemii, Wielka Brytania została otoczona przez inne kraje kordonem sanitarnym.
W filmie „28 dni później" mamy zresztą scenę jeszcze bardziej wymowną od tej opowiedzianej powyżej, bo tam z kolei główny bohater zaraża się wirusem od swojej żony w czasie pocałunku, by potem stać się prawdziwym morderczym monstrum. Przy czym ów pocałunek jest efektem pojednania między małżonkami, jako że wcześniej kobieta została porzucona przez męża w obliczu zagrożenia. Po tym wielkiego wrażenia nie robi nawet film tak bliski realiów jak popularna hollywoodzka „Epidemia strachu". Obraz Stevena Soderbergha sprzed niespełna trzech lat, z prawdziwie gwiazdorską obsadą (Kate Winslet, Gwyneth Paltrow, Matt Damon), był tak wyraźnie inspirowany epidemią SARS, że nawet zaczynał się w tym samym miejscu, to znaczy w Hongkongu. Ale to jest tylko opowieść o globalizacji strachu, o tym, że zaraza rozprzestrzenia się z niezwykłą dynamiką i może nas dopaść wszędzie. Natomiast sceny przywołane wyżej przerażają, bo pokazują w sposób symboliczny, że aby przetrwać, nie można sobie pozwolić na żaden ludzki gest. Śmiertelny może się okazać nawet pocałunek, to znaczy najkrótsza  chwila słabości. Zaraza niszczy wszystkie najważniejsze więzi między nami, bo każdy człowiek, nawet najbliższy, może się okazać nosicielem śmiertelnej choroby. Czyli wrogiem. I to jest tu najbardziej przerażające.

Oran jako metafora

Bodaj najlepiej pokazał to w swoim arcydziele Albert Camus, dla którego dżuma w Oranie stała się metaforą zła tego świata. „Każdy nosi w sobie dżumę, nikt bowiem nie jest od niej wolny. I trzeba czuwać nad sobą nieustannie, żeby w chwili roztargnienia nie tchnąć dżumy w twarz drugiego człowieka i żeby go nie zakazić" – jak mówi jeden z bohaterów w najsłynniejszym cytacie powieści. Tym większy podziw budzi postawa doktora Rieux, który pomaga chorym mimo niewiary w sens walki z epidemią, choć w zasadzie należałoby powiedzieć: mimo braku wiary w cokolwiek.
Camus najpełniej pokazał w „Dżumie" postawę filozoficznego egzystencjalizmu, który stawia człowieka wobec absurdu istnienia, skazując go na nicość i grozę. A jednak, niejako wbrew założeniom, lekarzowi z Oranu udaje się ocalić nie tylko wielu ludzi, ale coś znacznie ważniejszego – człowieczeństwo. W przypadku Oranu, czy też jego polskiego odpowiednika Arras z najlepszej powieści w dorobku Andrzeja Szczypiorskiego, stykamy się z wielką skalą występków czy nawet zbrodni w  społeczności dotkniętej zarazą. Da się to porównać jedynie z czasem wojny. Dlatego zresztą w „Dżumie" widziano obraz świata zdegradowanego moralnie w czasach hitleryzmu.
Z kolei w „Mszy za miasto Arras" zaraza była metaforą antysemickiej nagonki z 1968 roku. U Szczypiorskiego idzie bowiem przede wszystkim o polowanie na kolejnych winnych: Żydów, zdrajców, czarownice, których publiczne egzekucje mają uspokoić nastroje. Jak mówi władca Arras, zetknięcie z bestialstwem ma uczynić jego poddanych „bardziej ludzkimi, niż byli dotychczas", choć zapewne Camus powiedziałby, że w ten sposób bezpowrotnie zostali zakażeni złem.
A jak się to ma do wirusa Ebola i kolejnego po E.coli, SARS czy chorobie Creutzfeldta-Jacoba wybuchu globalnej paniki? Ma się, i to bardzo, ale żeby to wyjaśnić, musimy się cofnąć w czasie i przede wszystkim uświadomić sobie, że istnieje alternatywna historia cywilizacji. Taka, którą można opowiedzieć, odwołując się do kolejnych epidemii dziesiątkujących ludzkość. Nie byłaby to jednak opowieść szczególnie krzepiąca i wcale nie musielibyśmy sięgać tak daleko, jak nam się zdaje. Jeszcze w XX wieku, konkretnie w roku 1919, podczas pandemii grypy zmarło co najmniej 25 milionów ludzi (a zachorowało 500 milionów, 1/3 światowej populacji!). To oznacza, że ofiar było o wiele więcej niż podczas zakończonej rok wcześniej I wojny światowej.
A w stuleciu XIX, kiedy medycyna dynamicznie się rozwijała, cholera zebrała niemal dwa razy tyle ofiar co hiszpanka. W stuleciach poprzednich były przecież pandemie ospy, trądu, dżumy, tyfusu, syfilisu itp., itd. Niektóre prowadziły do zagłady całe narody, np. choroby przywleczone przez konkwistadorów do Ameryki Południowej. System immunologiczny tamtejszych Indian nie był przygotowany na zetknięcie się z europejskimi wirusami i bakteriami, co powodowało straszliwe spustoszenia. Ale w Europie, zwłaszcza pod koniec średniowiecza, działo się przecież to samo. „Czarna śmierć", czyli jedna z odmian dżumy, tak bardzo zdziesiątkowała ludność Starego Kontynentu, że trzeba było 150 lat, by wróciła do liczebności sprzed pandemii. Zaraza, która trafiła do nas prawdopodobnie wraz z wojskami mongolskimi, w XIV wieku zabrała życie co najmniej 75 milionom ludzi (różne szacunki mówią nawet o 100 milionach), przy czym populacja Europy wynosiła w owym czasie około 450 milionów. Trudno to nazwać inaczej niż hekatombą.

Wielki strach

Co gorsza, „czarna śmierć" otworzyła tylko worek z pandemiami, które później spadały na naszych przodków jedna po drugiej. Temu właśnie zjawisku (choć nie tylko, bo wątków jest tu więcej) poświęcony jest klasyczny esej Jeana Delumeau „Strach w kulturze Zachodu XIV–XVIII w.". We wstępie francuski historyk i antropolog dokładnie wskazuje datę wybuchu wielkiej epidemii strachu. Jest to, jego zdaniem, rok 1348, kiedy pojawia się na naszym kontynencie „czarna śmierć". Delumeau wywodzi, że to właśnie zarazy w głównej mierze odpowiadają za „akumulację agresji" w Europie, za „zachwianie psychiczne" ówczesnych społeczeństw, co groziło ich rozkładem. To w wielkiej trwodze, w jakiej żyli wtedy nasi przodkowie, widzi jeden z najważniejszych powodów prześladowań mniejszości. Bo przecież to stąd brały się pogromy Żydów, palenie czarownic i działania inkwizycji – to jest akurat jasne i mamy na to wiele dowodów. Ale w jakimś stopniu z tego wzięły się także wojny religijne pustoszące wówczas Stary Kontynent.
A teraz przenieśmy się w wiek XXI i zastanówmy, co wynika z tego dla nas. Czy strach przed epidemią jest dziś większy niż w wiekach średnich? Tak, mimo że mamy znacznie wyższy poziom medycyny i prawie każdą chorobę da się wyleczyć. Poza AIDS, oczywiście, dlatego panika związana z wirusem HIV trwała wiele lat, bodaj najdłużej we współczesnej historii. Ano właśnie. Słowa „panika" czy „histeria" idealnie pasują do współczesnych reakcji na epidemie. Tak właśnie reagują media, prześcigające się w straszeniu i czarnowidztwie. Wyolbrzymiające fakty i nadające im wagę, jakiej nie mają. Coś podobnego robi też popkultura, zwłaszcza kino, które temat AIDS przemieliło na wszelkie możliwe sposoby, podobnie jak kwestię innych śmiercionośnych wirusów.
I w sumie powinniśmy się z tego cieszyć. Dlaczego? Ano z tego powodu, że dziś epidemie strachu wywoływane przez kolejne zarazy są kanalizowane przez medialną histerię i najrozmaitsze produkty kultury masowej. Nasi przodkowie radzili sobie z tym, paląc na stosach przedstawicieli mniejszości i wywołując wojny. Bo z tą trwogą ludzkość musi się jakoś zmierzyć, a chyba lepiej, gdy przeżywa katharsis podczas wizyty w kinie, niż przyglądając się publicznej egzekucji. Dlatego schemat zawsze jest podobny: najpierw wielkie larum w mediach, szukanie dowodów na pandemię, a po kilku miesiącach wszyscy wzdychają z ulgą i zapominają o sprawie. Przebudzenie następuje po pojawieniu się kolejnego niewidzialnego zabójcy, który przychodzi nie wiadomo skąd i zagraża międzyludzkiej solidarności. Tak będzie też zapewne w przypadku eboli, która wkrótce zniknie z czołówek gazet i serwisów informacyjnych, by za mniej więcej rok ustąpić miejsca jakiejś innej groźnej chorobie.
A dlaczego boimy się bardziej niż nasi przodkowie? Choćby dlatego, że zagrożenie może przyjść zewsząd, jako że nie ma już białych plam na mapie i zawsze może się zdarzyć, jak w wyświechtanej metaforze, że trzepot skrzydeł motyla wywoła gdzieś tornado. Poza tym żyjemy, przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym, w epoce powszechnego niemal dobrobytu i bezpieczeństwa. Wojny, która miałaby jakieś poważniejsze skutki w skali globalnej, nie było od 70 lat, czyli trzecie już pokolenie dorasta w takim świecie.
A przecież życie naszych przodków nieustannie było zagrożone. Jeszcze w XIX wieku średnio dożywano na Starym Kontynencie czterdziestki, a obecnie w Europie siedemdziesiątka jest normą (w najzamożniejszych krajach nawet osiemdziesiątka). Przedwczesna śmierć była więc w tamtych czasach niejako codziennością, podczas gdy dziś uważana jest za skandal i dowód zaniedbań osób odpowiedzialnych za system opieki zdrowotnej. I jeszcze jedno. Ludzie, którzy mieszkali na naszym kontynencie przed stuleciami, mieli nad nami tę przewagę, że niemal wszyscy byli religijni. Dziś, w czasach postępującej sekularyzacji Zachodu, Europejczykom trudniej się pogodzić z przemijaniem (stąd kult ciała i wiecznej młodości) oraz własną śmiertelnością. Ponieważ nie wierzą w życie wieczne, bardziej boją się o to doczesne.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA