Sztuka

Lament i radość oddane dotykiem

Zachęta
Twórczość jednej z najoryginalniejszych polskich artystek przypomina wystawa w Zachęcie. Doskonały wybór rzeźb i rysunków z różnych okresów dopełniony filmami dokumentalnymi o autorce
„Figury nasłonecznione” to tytuł jednej z prac, a zarazem nazwa pokazu. Umieszczony został „na betonach”, jak popularnie określa się nową część Zachęty. I znakomicie tam się prezentuje. Każda z sal została pomalowana na odmienny kolor współgrający z tematyką obiektów. W tle – muzyka Krzysztofa Knittla, utwór „Pamięci Barbary Zbrożyny”. Artystka zmarła 13 lat temu.
Jak zapamiętali ją znajomi? Są jednomyślni: spontaniczna, serdeczna, mądra. Dodają często: społecznik z natury. Odważna, poszukująca – współzakładała Grupę 55, jedną z pierwszych awangardowych formacji odwilży. Przypominam sobie inne jej piękne gesty – działalność w podziemiu lat 80., organizowanie spotkań muzycznych w pracowni, zajęcia plastyczne dla niewidomych. Robiła to wszystko z marszu, nie żałując czasu wydartego sztuce.
„Zawsze istniała we mnie potrzeba uczestniczenia – podkreślała rzeźbiarka. – Aby móc pozwolić sobie na samotność – twórczą, konstruktywną – trzeba zanurzyć się w życiu”. Nie usiłowała przekładać na sztukę wydarzeń, których była świadkiem. Unikała narracji. Oddawała tylko prawdę emocjonalną. I nie planowała żadnej kompozycji od początku do końca. Kilka wstępnych szkiców, potem improwizacja. Nic dziwnego, że tak bliska jej była muzyka. Ekspozycja w Zachęcie dzieli się na część żałobną, słoneczną oraz prywatną. Osobisty aneks znalazł się na końcu, w małej, czarnej salce. Z jednej strony – rysunkowy portret Xawerego Dunikowskiego, u którego Zbrożyna studiowała; na przeciwnej ścianie – „Anioł dla Ewy”, płaskorzeźba w stylu „archaizowanym”, odmiennym niż pozostałe dzieła. I dokumenty o artystce z różnych lat. Kamera zawsze rejestrowała rzeźbiarkę w atelier. Nie przerywając pracy, opowiadała o sobie. Wykuwanie formy w kamieniu porównała do… związku dwojga ludzi, który zanim nabierze właściwego kształtu, nieraz sprawia ból. Rysowanie nazwała wyrzucaniem z siebie wrażeń, rodzajem intymnego dziennika. Jej prace na papierze bardziej kojarzą się z obrazami niż rysunkami: wielkie kompozycje, niekiedy mierzące kilka metrów, często podbarwione. Są nieokiełznane, rozrastające się jak dziki busz we wszystkich kierunkach, dynamiczne i witalne. Właśnie – najbardziej typowe dla sztuki Zbrożyny jest upodobnienie rzeźb do żywych organizmów. Zwłaszcza późna jej twórczość sprawia takie wrażenie. Takie odczucie towarzyszyło mi nawet w kontakcie z pracami na temat śmierci. Ceramiczny „Sarkofag” z lat 1973 – 1974 wygląda niemal jak koralowiec – nieregularny, pofałdowany, miękki. Tylko brunatny odcień tego „organizmu” sugeruje obumieranie, zdrewnienie. Całe pomieszczenie spowija mrok. Ściany w brązowo-fioletowej tonacji, punktowe światła, funeralna muzyka. Nastrój sali podkreśla obecność trzech „Figur żałobnych”. Przywodzą na myśl zawoalowane płaczki. Ale pod nimi – nuta optymizmu, cykl „Życie jest snem”. Dziewięć kobiecych aktów na wspólnej planszy. Pulchne, obłe, rozmarzone. Wprowadzenie do następnego pomieszczenia – poświęconego ciepłym, optymistycznym motywom w twórczości Zbrożyny. Tu na pomarańczowym tle króluje słońce. Pokaźnych rozmiarów płaskorzeźba pokryta promieniście wyrytymi bruzdami. Nie jest to jednak kompozycja symetryczna. W strukturze gwiazdy widać liczne „zakłócenia”, wewnętrzną dynamikę. To „Słońce” tchnie żarem i energią. Naprzeciw panoszy się „Pisklę”. Niezdarna, miękka forma, ptasio-abstrakcyjna. Łapie równowagę skrzydełkami przypominającymi tłuste łapki. A w miejscu dzioba… otchłań. Symbol apetytu na życie. Wystawa czynna od dziś do 18 maja
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL