fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Niemiecka prasa o tym, że nacjonalistom nie udało się utworzyć frakcji w PE

picture-alliance/dpa
Skrajnej prawicy nie udało się utworzyć frakcji w PE – stwierdzają z satysfakcją niemieckie gazety.
"Badisches Tagblatt" z Baden-Baden zauważa, że "Wrzawy i zamieszania było co niemiara. Najważniejsi skrajni prawicowcy europejscy z Marine Le Pen i Geertem Wildersem na czele szumnie zapowiadali powołanie do życia antyunijnego bloku w Parlamencie Europejskim. A tu masz babo placek! Nie udało im się nawet utworzyć w nim własnej frakcji. To bolesna porażka prawicowych populistów i dobra wiadomość dla wszystkich przyjaciół i zwolenników UE. W gruncie rzeczy nikt nie powinien się temu dziwić. Przedstawiciele skrajnie prawicowego skrzydła w PE nigdy do tej pory nie dokonali w nim czegoś godnego uznania. Jeśli dali o sobie znać, to raczej wskutek rzucającego się w oczy braku kompetencji, lenistwa i niechęci do brania udziału w posiedzeniach parlamentu. Ci ludzie działają stale według tego samego wzoru: przed wyborami zapowiadają, że wszystko zmienią, a potem słuch o nich ginie i stają się niewidoczni. Ich jedyną umiejętnością jest bicie piany, ponieważ nie mają nic wartościowego do zaoferowania".
"Straubinger Tagblatt/Landshuter Zeitung" twierdzi, że "Zarówno austriaccy i holenderscy wolnościowcy, jak i francuscy narodowcy nigdy nie zamierzali włączyć się na serio w prace Parlamentu Europejskiego i tworzenie unijnego ustawodawstwa. Nigdy też, wbrew zapowiedziom, nie planowali zlikwidowania tej instytucji ponieważ jest im ona potrzebna jako trybuna do głoszenia własnych haseł, przez co mają nadzieję zyskać na znaczeniu u siebie w kraju".
"Rhein-Zeitung" z Koblencji przypomina, że "Zarówno Geert Wilders jak i Marine Le Pen zostali wybrani do Parlamentu Europejskiego już w roku 2004. Geert Wilders nie przyjął wtedy mandatu, a Marine Le Pen zasłynęła z rekordowej absencji na jego posiedzeniach. Z takimi politykami nie chcą mieć nic wspólnego nawet brytyjscy przeciwnicy UE, ani też przedstawiciele Alternatywy dla Niemiec. Nieudana próba utworzenia własnej frakcji skrajnej prawicy w PE potwierdza wcześniejsze analizy: kto w wyborach stawia na hasła nacjonalistyczne, ten później sam spycha się na polityczny margines. I tak się właśnie teraz stało".
Wychodzący w Magdeburgu dziennik "Volksstimme" zauważa, że "Załamanie się frakcyjnych planów skrajnej prawicy leży w naturze wszystkich jej potencjalnych członków i zwolenników. Nacjonalizm może odnosić sukcesy tylko w ograniczonej przestrzeni, w przeciwnym razie nie byłby sobą. Zrozumieli to członkowie Alternatywy dla Niemiec, którzy mieli dość oleju w głowie aby nie ulec pokusie przyłączenia się populistycznych prawicowców, mimo swych zastrzeżeń i krytyki wobec UE".
"Badische Neueste Nachrichten" z Karlsruhe pisze, że "Zwolennicy europejskiej integracji mogą teraz zacierać ręce z radości. Dopóki skrajni prawicowcy sami sobie skutecznie podstawiają nogę, mogą skupić się na pracy politycznej w PE. Marine Le Pen zbyt pospiesznie oznajmiła o woli sprowadzenia ich pracy do absurdu".
Źródło: Deutsche Welle
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA