fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Luc Besson literatury

Plus Minus, Richard Dumas Richard Dumas
Francuzi nie mają wątpliwości: Pierre Lemaitre to dziś autor najlepszych kryminałów na Starym Kontynencie. A Europa? Jest bliska, by w to uwierzyć.
Na czym polega patent Luca Bessona, reżysera i producenta najbardziej kasowych filmów w Europie? Nie tylko najlepszego autora filmów sensacyjnych po tej stronie Atlantyku („Leon zawodowiec", „Nikita", „Piąty element"), ale także pomysłodawcy i scenarzysty hitowych cyklów, takich jak „Taxi" (cztery części) czy „Transporter" (trzy). Otóż Besson wymyślił, że będzie robił amerykańskie kino w Europie, wykorzystując sprawdzone w Hollywood konwencje, a także fakt, że na Starym Kontynencie kręci się po prostu taniej. Po czym będzie je sprzedawał na całym świecie, również w Ameryce, trochę jak twórca spaghetti westernów Sergio Leone.
Zresztą obaj, by sobie ułatwić osiągnięcie tego celu, angażowali amerykańskich aktorów, w tym wielkie gwiazdy. Besson założył w tym celu swoją firmę producencką o wiele mówiącej nazwie Europa Corp, która dziś jest jednym z największych potentatów w branży.

Francuskie przyprawy

A co to ma do literatury? Otóż w pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że podobną drogę obrał mistrz francuskiego kryminału Pierre Lemaitre. W posługiwaniu się wymyśloną i dopracowaną do perfekcji w Stanach konwencją czarnego kryminału osiągnął biegłość, której większość amerykańskich autorów może mu tylko pozazdrościć. Ale największe sukcesy artystyczne, podobnie jak Besson, osiąga dlatego, że jest bardzo francuski. Że owszem, korzysta ze sprawdzonych fabularnych wzorców zza oceanu, ale wyraźnie nawiązuje do klasyki gatunku znad Sekwany. Przede wszystkim do kryminałów Georges'a Simenona o komisarzu Maigret, który dla swoich rodaków (ale także dla Polaków w wieku średnim, bo w PRL-u ceniono francuskie filmy czy seriale) ma zmęczoną twarz Jeana Gabina.
Oczywiście, światowa prasa o Simenonie nie pamięta i Lemaitre nazywany bywa dziś francuskim Stiegiem Larssonem, co z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Poza jednym. Podobnie jak autor trylogii „Millennium" ma teraz szansę na podbicie rynku anglosaskiego. Jego powieść „Alex" została tam świetnie oceniona, choć aż takiego sukcesu jak w ojczyźnie pisarza nie odniosła. Ale wszystko jest jeszcze możliwe, jako że do adaptacji tej książki, uznanej za najlepszy kryminał 2013 roku, przymierza się hollywoodzki weteran James B. Harris (scenarzysta znany ze współpracy z Kubrickiem, a także reżyser i producent).
Jeśli film odniesie sukces, Lemaitre ma szansę na karierę podobną do Larssona. We Francji osiągnął już chyba wszystko, co możliwe. Dostał w ubiegłym roku Nagrodę Goncourtów. Nie za kryminał, oczywiście, lecz za historyczny fresk „Au revoir la-haut", rozgrywający się między I i II wojną światową. Wszystkie jego książki trafiają natychmiast na listy bestsellerów, osiągając nakłady rzędu 300–400 tysięcy egzemplarzy i dziś jest Lemaitre na najlepszej drodze, by zdetronizować zmagającego się z własnymi słabościami Michela Houellebecqa na pozycji literackiego numeru jeden w kraju. Teraz nadszedł więc czas, by podbić inne rynki. Tłumaczenia sypią się jedno za drugim. Podobnie jak doskonałe recenzje. Jak najbardziej zasłużone, dodajmy dla jasności. Francuski pisarz naprawdę jest mistrzem intrygi. Slogan, który sam ukuł na swój temat, że pisze tylko takie książki, które powinien filmować Alfred Hitchcock, dobrze opisuje jego niezwykłą biegłość w konstruowaniu fabuł.
Widać to choćby w ostatnim tomie trylogii o komisarzu Camille'u Verhoevenie, który właśnie ukazał się w polskim przekładzie. To temu niskiemu policjantowi (który nie mierzy nawet 150 centymetrów, a jest to efekt tytoniowego nałogu jego matki) zawdzięcza Lemaitre swoje największe sukcesy. Środkową częścią tego cyklu jest „Alex", pierwszej nie wydano jeszcze po polsku, a ostatni to „Ofiara". Choć jak to z kryminalnymi bestsellerami bywa, ostatni nie do końca jest ostatni, ponieważ w ubiegłym roku ukazał się po francusku tom kolejny. Przywiązanie pisarza do bohatera nie powinno dziwić, bo to dzięki niemu telewizyjny scenarzysta i wykładowca literatury stał się autentyczną gwiazdą. I to tuż przed sześćdziesiątką. Zresztą akurat w tym przypadku wyszło to pisarzowi na zdrowie. Człowiek młody nie byłby w stanie tak przekonująco opisać życiowych rozczarowań, zgorzknienia Verhoevena czy jego braku złudzeń. U młodszych autorów czarnych kryminałów ma się czasem wrażenie, jakiejś nienaturalnej pozy, podrabiania stylu Chandlera. Tymczasem Lemaitre'owi wierzymy we wszystko, co pisze, zapewne dlatego, że wie, o czym mówi.
Pisanie o książkach takich jak „Ofiara" ma tę poważną wadę, że niewiele można zdradzić. Że opisanie tego, co najważniejsze, co jest prawdziwym powodem czytania kryminałów, czyli zwrotów akcji, byłoby niewybaczalną zbrodnią. A szkoda jest tym większa, że Lemaitre jest w tym doprawdy mistrzem i aż korci, żeby coś czytelnikowi zdradzić. To oznaczałoby jednak odebranie połowy przyjemności z lektury, bo mamy do czynienia z autorem, który nie epatuje tzw. klimatem ani tym bardziej brutalnością, tylko wymyśla intrygi, precyzyjne jak konstrukcja szwajcarskiego zegarka.
Kilka rzeczy da się jednak napisać. Zgodnie z zasadą Hitchcocka, dla którego Lemaitre chciałby pisać, zaczyna się mocno, tj. od sceny masakrowania bezbronnej kobiety przez bandytów. Miała po prostu pecha i znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, nakrywając przestępców przygotowujących się do skoku na jubilera. Później okazuje się zresztą, że jest to jeden z serii podobnych napadów i mniej więcej wiadomo, kto za nimi stoi. A ów gangster znany jest z przebiegłości i brutalności. Nie waha się np. zabijać przypadkowych osób. Kobiecie udaje się jednak przeżyć, mimo że wszyscy myślą, iż jest martwa. Ba, choć wygląda jak zombi, ucieka przed bandytami. Ci strzelają do niej kilkakrotnie, ale na szczęście niecelnie. Nie dają jej zresztą spokoju także później.
Szybko okazuje się, że pobita to Anne Forestier, życiowa partnerka komisarza Camille'a Verhoevena, który ignorując wszelkie policyjne procedury i oszukując przełożonych, przejmuje dochodzenie w tej sprawie. Łatwo zrozumieć, jakim może to być dla niego szokiem, zważywszy że cztery lata wcześniej zamordowano jego żonę (co było aktem zemsty psychopatycznego przestępcy na znienawidzonym policjancie). Verhoeven wpadł potem w tak głęboką depresję, że wylądował w szpitalu. Przez wiele miesięcy nie był w stanie pracować, wrócił zmuszony przez współpracowników przy sprawie, która stała się kanwą fabuły „Alex".

Mściciel w trójkącie

Notabene ten tytuł to nie imię męskie, tylko kobiece, co w tym kontekście ma swoje znaczenie. Zasadą, na jakiej Lemaitre konstruuje swoje kryminały, jest bowiem rozgrywanie ich w trójkącie głównych bohaterów. I prowadzący śledztwo Verhoeven wcale nie jest tu najważniejszy: co najmniej równie ważne są postaci kobiece. Trzecim wierzchołkiem tego nierównobocznego trójkąta są zaś przestępcy. Oczywiście, nie są to tuzinkowi rzezimieszkowie, tylko ludzie owładnięci jakąś obsesją, mszczący dawne krzywdy, bezwzględni i okrutni. Pisarz stara się przedstawić czytelnikom ich sposób rozumowania z całkiem niezłym skutkiem, choć, ostrzegam, u Lemaitre'a nic nie jest takie, jakim się wydaje, i nikt nie jest tym, kim jest z pozoru.
Tak jest też w „Ofierze", gdzie Verhoeven ściga nie te osoby, które rzeczywiście popełniły przestępstwa, i nie bardzo rozumie, kto naprawdę ma być ofiarą. Do czasu. Nie jest trudno polubić komisarza paryskiej policji, człowieka wykazującego się niezwykłą przenikliwością, a jednocześnie pełnego zwyczajnych ludzkich słabości. Ulegającego impulsom, miotanego namiętnościami, czasem brutalnego i bezwzględnego. Tu też mota bardzo skomplikowaną sieć intryg, których ostatnim etapem może być zemsta. Ale czy będzie? Tego nie możemy być pewni. Nie ma natomiast wątpliwości co do tego, że u Lemaitre'a ofiarami są kobiety. Tak było w „Alex" i tak jest w „Ofierze". Trochę przypomina to, jeśli chodzi o przesłanie, bardzo feministyczne w wymowie kryminały skandynawskie. Tam też pokazane jest piekło kobiet, zgotowane im przez patriarchalne społeczeństwo. Bohaterki Lemaitre'a gotowe są do autentycznego poświęcenia. W imię wyższych celów muszą poświęcić nie tylko swoje szczęście, ale czasem wręcz życie.
Nie bez znaczenia jest też w książkach Pierre'a Lemaitre'a drugi plan. Wspomniałem o podobieństwie cyklu o Verhoevenie do opowieści Simenona na temat komisarza Maigreta. Obaj są ludźmi miasta, niechętnie opuszczającymi Paryż. Stolica Francji nie jest może głównym bohaterem tego cyklu, ale Lemaitre lubi budować na kontraście. Cały czas przeciwstawia zaplute przedmieścia i podejrzane zaułki burżuazyjnym kamienicom oraz pełnym przepychu pasażom. Nie odwiedzamy z bohaterami mieszkań zwykłych paryżan. Jesteśmy albo na ludzkim dnie, albo wśród bogaczy. Podobnie interesująca jak u Simenona jest też galeria drugoplanowych bohaterów, przede wszystkim współpracowników Verhoevena, z jego podwładnym Louisem na czele. Jest to człowiek z arystokratycznej rodziny, który ma na sobie ubrania wartości rocznej pensji policjanta. Nikt nie rozumie, dlaczego nie został politykiem czy biznesmenem, wybierając ciężką pracę w dochodzeniówce. Można zatem powiedzieć, że mamy do czynienia z typowo paryskim esprit, z wyrafinowaniem kojarzącym się stereotypowo z burżuazją znad Sekwany. Sam Verhoeven jest postacią z pogranicza tej sfery i bohemy. Erudyta, uzdolniony artystycznie, syn malarki, a do tego człowiek dotknięty kalectwem. Nietrudno dostrzec podobieństwo tej postaci do malarza Henriego de Toulouse-Lautreca.
To są, oczywiście, detale dla znawców. Ale na tym właśnie polega siła pisarstwa Lemaitre'a. Jest tu coś i dla połykaczy fabuł, i dla czytelników bardzo wyrafinowanych.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA